niedziela, 31 stycznia 2016

Rozdział 11

I swear it will get easier, remember that with every piece of you


          Od samego rana wysłuchiwałem krzyków ojca. Nie darł się na matkę. Na nią nigdy nie podniósł głosu. Nigdy jej nie uderzył. Traktował ją, jak księżniczkę i ona to uwielbiała. Jego wszystkie przekleństwa i gorzkie słowa kierowane były we mnie. A wszystko przez nieuprzątnięty – według niego - garaż.
          Od momentu kiedy wróciłem do domu po nieudanej próbie samobójczej, miałem problemy ze snem. Pojawiał się u mnie niepokój. Nie czułem się pod tym dachem bezpiecznie. Nigdy nie potrafiłem spać zbyt długo, dodatkowo wielokrotnie budziłem się w środku nocy. Mój organizm już się do tego przyzwyczaił. Dlatego zrywałem się z samego rana, gdy wiedziałem, że nie dam rady zmusić się do drzemki i wychodziłem z domu lub robiłem cokolwiek innego, by oderwać się od rzeczywistości.
          Dziś od siódmej rano grzebałem cicho w swoim samochodzie, starając się, jak zwykle udawać, że mnie tu nie ma. Jakbym w ogóle nie istniał. Miałem być niewidzialny i taki próbowałem być. Niestety według Adama nie pozostawiłem po sobie nieskazitelnego porządku w garażu. Kilka źle odłożonych narzędzi, leżących nie na swoim miejscu i niewielkie smugi po smarze na kafelkach, wprowadziło go we wściekłość. Pod ostrzałem groźnego i surowego wzroku, ponownie zabrałem się za sprzątanie. Nie obyło się bez takich epitetów, jak beznadziejny, bezużyteczny i oczywiście gnojek, który stał się ostatnio chyba jego ulubionym słowem kierowanym do mnie. Każe słowo bolało tak samo. Każde z nich było tak samo gorzkie. W końcu był moim ojcem. Kimś, kto powinien mieć ze mną zupełnie inną relację. Relację, której nigdy nie poznałem i której tak wielokrotnie zazdrościłem innym.
          Byłem pewny, że po tym, jak ogarnę garaż na nowo, to Adam mi odpuści. Jednak po wypitej kawie, starszy Hemmings przyczepił się do mnie po raz kolejny. Tym razem chodziło o niepozmywane naczynia, których nawet nie używałem. To oni jedli śniadanie. Moi rodzice mieli jakiegoś dziwnego bzika na punkcie czystości. Byli pedantami do kwadratu i najmniejsza plamka pozostawiona po jedzeniu czy piciu, prowadziła do czyszczenia całego domu. Byłem zbyt naiwny sądząc, że pojedynczy wybuch ojca nie przerodzi się w kolejne krzyki. Wystarczyła jedna akcja, bym miał przerąbane przez resztę dnia. Skarciłem się w myślach za to, że nie zarządziłem ewakuacji wcześniej. Że nie wyszedłem z domu, kiedy miałem ku temu okazję.
- Matka kazała ci pozmywać – warknął, wchodząc do kuchni, niczym tornado. Podskoczyłem na krześle. Nie przypominałem sobie, by Lauren cokolwiek dzisiaj do mnie mówiła.
- Zaraz się tym zajmę – odpowiedziałem automatycznie.
- Nie zaraz gówniarzu, a teraz! 
          Jego dłoń zacisnęła się na moim ramieniu. Szarpnął mną tak mocno, że ledwo utrzymałem się na miejscu. Ręka przesunęła się po stole, a kubek z kawą roztrzaskał się na białych kafelkach. Przełknąłem ślinę, robiąc wielkie oczy. Teraz miałem dopiero przejebane.
- I co?! Widzisz, co narobiłeś?! To twoja pieprzona wina! Gdybyś zajął się od razu sprzątaniem, nie narobiłbyś dodatkowego cholernego bałaganu! Jesteś zwykłym bezużytecznym darmozjadem! Zero z ciebie pożytku! Masz wszystko podtykane pod nos, ale książę nie może ruszyć tyłka, by zrobić to, o co go prosiła jego własna matka! Rusz się do cholery i zacznij to w końcu sprzątać!
           Kolejne szarpnięcie było jeszcze mocniejsze. Złapał mnie za białą koszulkę, podciągając do pionu. Nawet nie próbowałem się stawiać, bo wtedy rozwścieczyłbym go jeszcze bardziej. Adam spojrzał na mnie, świdrując na wylot swoimi niebieskimi oczami. Naparł na mnie mocniej. Ugięły się pode mną kolana i runąłem w dół. Wylądowałem tuż przed kawałkami szkła. Uderzył mnie w kark, aż poleciałem do przodu. Zaasekurowałem się dłońmi, które wcisnęły się w szczątki białego kubka. Poczułem pieczenie, gdy odłamki rozcięły mi skórę po wewnętrznej ich stronie. Zacisnąłem zęby, starając się nie wydać z siebie żadnego dźwięku.
- Sprzątaj to! Ale już! Za chwilę tu wrócę i kuchnia ma znów błyszczeć!
           Na odchodnym kopnął mnie w bok, a ja poczułem, jak wypita niedawno kawa podchodzi mi do gardła. Przymknąłem powieki, starając się powstrzymać mdłości i unormować przyspieszony oddech. Przez chwilę dyszałem, jak pies. Tyle, że większość psów ma lepsze życie, niż ja.
           W końcu podniosłem się z ziemi. Chwiejnym krokiem podszedłem do zlewu. Opłukałem dłonie, pozbywając się z nich szkła. Następnie, ignorując ból w boku, zabrałem się za ekspresowe mycie naczyń. Na końcu zmyłem, zamiotłem i wyczyściłem podłogę na błysk. Zdążyłem wrzucić ostatnie kawałki ręcznika papierowego do śmietnika, gdy usłyszałem za plecami chrząknięcie. Zamarłem.
- No, w końcu- odparł. – A teraz zjeżdżaj mi z oczu, gnojku!
           Nie musiał mi tego dwa razy powtarzać. Odwróciłem się na pięcie i wyleciałem z kuchni najszybciej, jak mogłem, w dalszym ciągu ignorując bolący fragment ciała. Nawet na niego nie spojrzałem, tylko od razu wbiegłem na górę. Ucieczka… W głowie pojawiła mi się ucieczka. Musiałem się stąd wynieść, póki miałem jeszcze siłę, by utrzymać się w tym stanie. By zupełnie się nie rozpaść. Nie mogłem się w żaden sposób pogrążyć, bo wtedy Adam znów wyładowałby się na mnie. Dziwiłem się, jakim cudem jeszcze od tego wszystkiego nie zwariowałem.
           Obwiązałem papierem toaletowym dłonie, które nadal lekko krwawiły. Potem w szybkim tempie wciągnąłem na siebie czarne spodnie. Zmieniłem koszulkę, która była ubrudzona krwią. Narzuciłem na siebie czarną bluzę z kapturem. Złapałem za telefon i podszedłem do okna. Otworzyłem je. Wszedłem na parapet. Złapałem się wysokiej, aż po sam dach pergoli, wokół której rosły pnące się rośliny. Robiłem to już tak wiele razy, że bez problemowo zszedłem po niej na dół. Następnie ignorując padający deszcz, który chłostał mnie zimnymi kroplami po twarzy, ruszyłem przed siebie, byleby znaleźć się, jak najdalej od tego piekła, który nazywany był domem.

~***~
           Była sobota, a co za tym idzie, dzień porządków. Dzisiaj robiłam je sama, bo rodzice byli od rana w pracy. Na szczęście regularnie sprzątaliśmy po sobie, więc wielkiego bałaganu nie było. Brudu też nie, bo mama lubi pucować ten nasz dom. Zostało jej to po mojej chorobie, podczas której byłam łatwo podatna na infekcję, więc mam wzięła sobie do serca doprowadzania każdej rzeczy do niemalże sterylnej czystości. O tyle dobrze, że gdy z tego wyszłam, jej obsesja zmalała. Nadal jednak twierdziła, że to ją w jakiś sposób relaksuje. Nie wnikałam w to.
           Jak tylko skończyłam sprzątać, zrobiłam sobie listę zakupów. Byłam umówiona na pierwszą z Lukiem. Chłopak po raz drugi miał się u mnie zjawić, a ja jako przykładny gospodarz, chciałam, by niczego nam nie zabrakło. Musiałam zrobić zapasy słodkich i słonych przekąsek. Dlatego ubrałam się i wyszłam z domu. Mama zostawiła mi samochód, bo od rana strasznie padało i zabrała się do pracy z tatą, dzięki czemu miałam, czym pojechać do sklepu i z niego wrócić. Przynajmniej nie zmokłam.
           Skręciłam w naszą ulicę. Wycieraczki chodziły pełną parą. Dzisiaj pogoda w Sydney naprawdę była paskudna. Zwolniłam, by nie przegapić własnego domu, bo padało tak intensywnie, że budynki zlewały się ze sobą, tworząc jedną wielką niewyraźną plamę.
           Zmrużyłam oczy, dostrzegając ciemną postać stojącą przy moich drzwiach. Osoba niemalże się w nie wciskała, jakby próbowała uchronić się przed tym, co działo się na dworze. Przypatrzyłam się uważniej i rozpoznałam sylwetkę Luke'a. Coś mnie tknęło, a ja poczułam zdenerwowanie. Spóźniłam się? Spojrzałam na zegarek. Było ledwo po dwunastej. Moje palce mocniej zacisnęły się na kierownicy.
           Skręciłam na podjazd. Złapałam za parasolkę i wyskoczyłam z samochodu. Zostawiłam zakupy na tylnym siedzeniu. Nie chciałam, by blondyn dalej moknął. Podbiegłam do niego, a woda chlapała mi spod stóp, wdzierając się do białych adidasów.
- Luke?
           Odwrócił się. Jego błękitne oczy od razu spojrzały w moją stronę. Nie musiałam nawet pytać. Już widziałam, że przemoknął do suchej nitki. Cały się trząsł. Blond włosy oklapły mu na bladą twarz, z której ściekały pojedyncze krople zimnej wody, mimo tego, że miał kaptur na głowie. Ręce wcisnął w kieszenie bluzy. Uśmiechnął się, robiąc minę do złej gry. Kogo, jak kogo, ale mnie nie oszuka. Gdzieś w środku czułam, że znowu spotkało go coś niedobrego.
- Wiem, że przyszedłem za wcześnie – zaczął, drżącym z zimna głosem. Jego wargi były sine, jakby od dawna włóczył się po ulicach. – Przepraszam.
- Nie przepraszaj. Trzeba było zadzwonić, przyjechałabym szybciej– odparłam, wyciągając z kieszeni klucze od domu.
           Szybko otworzyłam drzwi, a następnie oboje weszliśmy do środka. Luke od razu zatrzymał się przy wejściu, jakby nie chciał przejść dalej. Popchnęłam go trochę w głąb korytarza, a on niepewnie zrobił kilka kroków do przodu. Złożyłam parasolkę, stawiając ją na niewielkim dywaniku, na którym składowaliśmy buty, by obciekła z wody. Znów spojrzałam na Hemmingsa. Miałam wrażenie, że trzęsie się jeszcze bardziej, niż wcześniej.
- Co się stało? – wypaliłam, od razu przechodząc do konkretów.
- Nic się nie stało.
- Popatrz na mnie – rzuciłam, a on lekko zacisnął usta. – Nie powiesz mi, że lubisz urządzać sobie spacerki w taką pogodę. – Pokręcił powoli głową. - Więc?
- Musiałem koniecznie wyjść z domu. Zapomniałem kluczy od samochodu i… Nie chciałem tam po nie wracać.
- Ojciec? – Pokiwał głową, potwierdzając moje przypuszczenia. – Jak długo?
- Jak długo, co?
- Łaziłeś po tym deszczu?
- Może z godzinę.
- Luke – jęknęłam z niedowierzaniem. – Czy ty chcesz się rozchorować?! – Jak tylko uniosłam głos, on prawie niezauważalnie podskoczył. – Dlaczego nie przyszedłeś od razu? Dlaczego nie zadzwoniłeś? Przyjechałabym po ciebie.
- Nie chciałem zawracać ci głowy – odpowiedział ciszej.
- Przyjaźnimy się, tak? – Znów tylko pokiwał głową. – Więc twoim zasranym obowiązkiem jest zawracanie mi głowy nawet najmniejszą pierdołą, rozumiesz? – Wlepił we mnie swoje błękitne oczy, delikatnie zagryzając siną z zimna wargę.
- Ja…
- Przestań – mruknęłam. – Wkurzyłeś mnie.
- To dla mnie żadna nowość.
- Zaraz ci przywalę.
- To też żadna nowość.
- Mój Boże, Luke – jęknęłam, a on wzruszył ramionami. – A gdybym to ja błąkała się po ulicach w taką pogodę? Chyba chciałbyś, bym do ciebie zadzwoniła?
- Pewnie, że tak.
- Więc dalej nie wiem, czemu sam tego nie zrobiłeś.
- Nie chciałem sprawiać ci problemów…
- Zaraz naprawdę cię walne – wymamrotałam, ciężko wzdychając. – I nie! Cisza… Żadnego, to dla mnie żadna nowość – dodałam, gdy Luke już otwierał usta. – Zrobił ci coś? – Teraz to on wziął głębszy oddech. Prawie niezauważalnie pokiwał głową. – Co?
- To naprawdę nie ważne- wydusił i znów zaczął się trząść.
- I tak to z ciebie wyduszę – powiedziałam, a potem ściągnęłam buty i złapałam go za ramię. – Idziemy.
- Nie… Jestem cały mokry i…
- I chcesz tu stać, dopóki nie wyschniesz? – zapytałam, unosząc brwi do góry. – Wyluzuj. Ostatnio ustaliliśmy coś, tak?
- Co?
- Masz się czuć, jak u mnie – przypomniałam mu, wywołując jednocześnie lekki uśmiech na jego twarzy. Ściągnął mokre buty. – Weź je. Trzeba je przesuszyć. Chodź.
- Zostawię ci ślady na…
- Luke, to nic. To tylko pieprzona woda – powiedziałam, ciągnąc go w stronę schodów. Zaczęłam się zastanawiać, czy jego rodzice nie są przypadkiem zbyt pedantyczni i rygorystyczni względem porządku w domu. – Zaraz znajdę ci, jakieś ubrania.
- Sam, naprawdę nie musisz niczego mi znajdować.
- Nie chcę byś był chory – odparłam, a on przyjrzał mi się uważniej. – Niech w końcu to dojdzie do twojego mózgu, że się o ciebie martwię. A po drugie, jestem starsza i masz się mnie słuchać.
- Starsza?
- Nie pamiętasz? Mówiłam ci, że powtarzam jeden rok nauki z uwagi na to, że byłam chora.- Luke kiwnął głową. Zanim jednak zdążył się zorientować, wepchnęłam go do łazienki. – Przyniosę ci coś na zmianę. I masz to ubrać, bo inaczej naprawdę mnie wkurzysz, a ty nie chcesz mnie wkurzyć, jasne? – dodałam, machając na niego palcem. Blondyn uśmiechnął się lekko. – I tak ma być.
           Zostawiłam go samego, a potem skierowałam się do sypialni rodziców. Dorwałam się do ich garderoby. Odszukałam w ubraniach taty szare grube dresy i niebieską koszulkę. Wzięłam także parę nowych, jeszcze spiętych ze sobą białych skarpet. Z tymi rzeczami wróciłam do łazienki. Podałam je Lukowi.
- Wskakuj w to. Mokre rzeczy weź ze sobą na dół. Wysuszymy je przy kominku.
- Sam?
- Tak.
- Dziękuję.
- Od tego są przyjaciele, Hemmings – powiedziałam z uśmiechem, a on zrzucił z siebie mokrą bluzę.
           Wyszłam z łazienki i już chciałam zamknąć drzwi, ale w ostatnim momencie cofnęłam się. Wtedy to zobaczyłam. Wielki siniak na jego plecach, a także kilka mniejszych śladów, które kiedyś mogły być większymi rozcięciami. Drugi wychodził spod jego ramienia, jakby dostał czymś mocno w bok. Coś ścisnęło mnie w gardle. Dlaczego oni to mu robili? Dlaczego ktokolwiek robił coś takiego drugiemu człowiekowi?
           Zanim zdążyłam zamknąć drzwi, zapominając o tym, o co chciałam go zapytać, Luke spojrzał w lustro. Jego błękitne oczy spotkały się z moimi. Widziałam na jego twarzy wyraz przerażenia i smutku. Już wiedział, że to widziałam. Niewiele myśląc zamknęłam drzwi. Schodząc jednak na dół, nie mogłam pozbyć się tego obrazu z głowy. Tej całej przykrej historii, którą miał wypisaną na ciele. Tego, co było dowodem na to, że przechodzi piekło. Zacisnęłam mocniej usta, walcząc z łzami. W tym momencie miałam ochotę po porostu się popłakać. Popłakać z totalnej bezsilności. A ja tak cholernie nienawidziłam tego uczucia.

~***~
           Zrobiło mi się odrobinę cieplej, gdy ubrałem się w suche rzeczy. Mimo tego nadal trząsłem się, jak galareta. Choć nie byłem pewny, czy to z powodu deszczu czy tego, co zobaczyła Samantha. Zerknąłem w stronę dużego lustra. Byłem blady, jak ściana, choć powoli wracały mi kolory. Przynajmniej moje wargi nie wyglądały już, jak u trupa. Spojrzałem na swoje pokaleczone dłonie. Miejsca po wbitym szkle nadal były świeże. Westchnąłem cicho pod nosem, widząc, jak znów zaczynają trząść mi się ręce.
           Usiadłem na brzegu białej wanny, spuszczając głowę. Zagryzłem dolną wargę, a potem przymknąłem oczy, ignorując kolejny przebiegający po moim kręgosłupie dreszcz. Widziała to. Widziała te okropne ślady, które ukrywałem pod koszulką. Zacząłem się zastanawiać, czy Sam przypadkiem nie ucieknie tak, jak zrobiła to moja była. Ona nie pociągnęła długo, gdy dowiedziała się o relacjach między mną a moimi rodzicami. Była pewna, że stanę się w końcu taki sam, jak ojciec. Nie widziała jednak tych wszystkich rzeczy, które mi robił. Nigdy nie odważyłem się ściągnąć przy niej koszulki. Nawet wtedy, gdy uprawialiśmy seks, światło musiało być zgaszone, by nic nie psuło jej wyobrażenia o mnie. Ewentualnie zaliczaliśmy szybkie numerki, nawet do końca się nie rozbierając. A teraz… Teraz Sam przez przypadek miała wszystko wyciągnięte, jak na dłoni. Cały ten pieprzony koszmar. Koszmar, którego wstydziłem się pokazać. Który przez tak długi czas ukrywałem.
- Luke? - Moje serce od razu przyspieszyło, gdy usłyszałem jej cichy głos dobiegający zza drzwi. Co jeśli każe mi się stąd wynieść? – Żyjesz?
- Już… Już idę – odpowiedziałem, siląc się na spokojniejszy ton. - Czułem, jak gdzieś w środku włącza mi się panika. A co, jeśli przez to, co zobaczyła, odsunie się ode mnie? Nie mogłem stracić tego kawałka normalnego życia, które mi w jakiś sposób ofiarowywała.
- Czekam na dole – rzuciła, a potem doszedł do mnie odgłos jej kroków, kiedy kierowała się w stronę schodów.
           Zacisnąłem usta. Nie mogłem ukrywać się w tej łazience w nieskończoność, choć w tym momencie chciałem zaszyć się, w jakimś kącie i nigdy z niego nie wyleźć. Zniknąć. Po porostu zniknąć. Już tak na zawsze. Przynajmniej pierwszy raz uszczęśliwiłbym swoich rodziców.
          Dźwignąłem się do pionu. Złapałem za mokre ubrania. Nadal czuć było od nich zapach deszczu, który w dalszym ciągu bębnił w szyby. Podszedłem do drzwi. Wyciągnąłem rękę i zawahałem się. W końcu wziąłem głębszy oddech, jakby to miało mnie, w jakiś sposób uspokoić i nacisnąłem klamkę. Wyszedłem na cichy korytarz.
          Kiedy zszedłem na dół, zobaczyłem rozpalony kominek. Drewno cicho trzasnęło, a płomień rozjaśniał szare pomieszczenie. Na stole stały dwa kubki gorącej herbaty z cytryną. Na oparciu sofy dostrzegłem granatową bluzę. W pomieszczeniu obok, musiała znajdować się Samantha. Słyszałem szelest siatek. Zapewne rozpakowywała zakupy. Ruszyłem w stronę sofy. Zdążyłem jednak pokonać połowę tej drogi, gdy z kuchni wynurzyła się ona. Od razu spojrzałem w jej stronę. Uśmiechnęła się do mnie lekko.
- Nadal cały się trzęsiesz – odparła, podchodząc do mnie. 
           Zabrała moje mokre rzeczy, a potem szybko rozwiesiła na krzesłach, przystawiając je bliżej kominka. Śledziłem jej każdy najdrobniejszy ruch, zastanawiając się, czemu akurat ona musiała pojawić się na mojej drodze. Dlaczego pojawiła się teraz? Chociaż to, co zaczynałem do niej czuć, musiało zmienić nieco te moje nieme pytanie do samego siebie. Zmienić ja na – dlaczego dopiero teraz zjawiła się w moim życiu?
- Dziękuję i przepraszam…
- Luke, przestań mnie za coś takiego przepraszać – powiedziała stanowczo, a następnie złapała za bluzę. – Zakładaj. Powinno zrobić ci się cieplej.
           Wcisnęła mi dodatkowe ubranie w ręce. Bez słowa naciągnąłem na siebie bluzę. Faktycznie, nadal miałem dreszcze po niedawnym długim spacerze w dreszczu. Widząc moją niepewność, Sam złapała mnie za rękę, ciągnąc w stronę kanapy. Usiadłem, a ona od razu zajęła miejsce obok. Podała gorący kubek, który przyjemnie rozgrzewał moje dłonie. Ciepło powoli rozchodziło się po ciele, podwyższając temperaturę mojego organizmu. Upiłem łyk herbaty.
- Słodzisz?
- Nie.
- To dobrze trafiłam. – Utkwiła we mnie swoje ciemne oczy, które tak bardzo mi się podobały. Które miały w sobie te wesołe iskierki. Które dodawały entuzjazmu, komuś takiemu, jak ja. – Nadal ci zimno?
- Nic mi nie będzie.
- Czyli zimno – skwitowała. 
            Wychyliła się i z sąsiedniego fotela złapała za gruby, puszysty, niebieski koc. Zanim zdążyłem się zorientować, narzuciła mi go na plecy, a potem owinęła wokół mnie. Po chwili zrobiło mi się jeszcze cieplej.
- Dziękuję.
- Co ci się stało w ręce? – zapytała, łapiąc za moją prawą dłoń, by móc się jej dokładniej przyjrzeć.
-Zbiłem w domu kubek – odpowiedziałem, starając się na nią nie patrzeć. Choć ostatnio coraz ciężej było mi odwrócić od niej wzrok, to w tym momencie zabrakło mi odwagi na to, by znów spojrzeć w jej brązowe tęczówki.
- A to na… - Nie dokończyła, ale ja doskonale wiedziałem, o co jej chodzi. – On ci to wszystko zrobił? 
           Kiwnąłem głową, zwalając wszystko na mojego ojca. Nadal nie chciałem, by Sam wiedziała o moim spotkaniu z jej kuzynem. Odstawiłem kubek, wpatrując się w swoje ręce. Zatrząsłem się po raz kolejny, choć teraz chyba bardziej z tego, że emocje powoli zaczęły ze mnie schodzić.
           Nagle Sam przybliżyła się. Gdy tylko ujęła moją twarz w dłonie, poczułem pojawiające się na policzkach wypieki. Jej dotyk działał na mnie sto razy mocniej i lepiej, niż koc czy gorąca herbata. Od razu uderzyła we mnie przyjemna i kusząca fala ciepła. Spojrzała w moje oczy, lekko zagryzając wargę. Musiałem to przyznać sam przed sobą, że wyglądała teraz cholernie pociągająco.
- Przykro mi z powodu tego, co się stało – powiedziała ciszej. – Nie chcę jednak byś pod wpływem impulsu robił takie głupie rzeczy, jak błąkanie się podczas ogromnej ulewy, jasne? Zdzwoń, cokolwiek by się nie działo.
- To działa też w drugą stronę?
- Działa w drugą stronę- odpowiedziała, uśmiechając się. – Będzie dobrze, Luke. W końcu musi być lepiej.
            Tych słów chyba teraz potrzebowałem. Zapewnienia, że jakoś to będzie. Że w końcu los przestanie rzucać mi kłody pod nogi i nieco mi odpuści. Może przyjdzie ta chwila wytchnienia, której tak mocno potrzebowałem.
           Sam przejechała dłonią po moich plecach, a ja niewiele myśląc oparłem się czołem o jej bark. Zamknąłem oczy, czerpiąc z tej chwili garściami. By przejąć od niej trochę tej wewnętrznej siły, którą w sobie miała. Drgnąłem, gdy oplotła mnie ciasno ramionami. Dopiero po chwili zorientowałem się, że oparła się o oparcie, a ja wtulam się w nią, przyciśnięty do jej ciała, jak rzep. Przejechała palcami po moich mokrych włosach, wrzucając mnie w objęcia spokoju i psychicznego bezpieczeństwa, którego chciwie pragnąłem. Było mi ciepło i naprawdę dobrze w jej ramionach, które koiły i dawały nadzieję. A było to całkiem inne odczucie, niż szybki uścisk przyjaciela czy babci. Było to dla mnie coś znacznie ważniejszego i większego. Coś, czego już nigdy nie chciałem oddać. Coś, co może dać ci osoba, którą darzy się znacznie większym uczuciem.

           Siedziałem w pustym, białym pomieszczeniu. Drewniane krzesło było mało wygodne. Spojrzałem przed siebie. Na przeciwko wisiało olbrzymie lustro. Zmarszczyłem lekko czoło, widząc w odbiciu siebie w wieku siedmiu lat. Przyjrzałem się sobie uważnie. Miałem podbite oko, a z nosa lekko wypływała mi krew.
          Byłem pewny, że wokół mnie nie było nikogo. Przecież w końcu, bym kogoś zobaczył. Rozejrzałem się raz jeszcze po pomieszczeniu. W momencie, gdy znów chciałem spojrzeć w lustro, zobaczyłem tuż przed sobą rozzłoszczoną twarz ojca. Był tak blisko, że mocniej wcisnąłem się w twarde oparcie krzesła.
- I co, smarkaczu? Nic innego nie potrafisz, jak tylko ryczeć w kącie, jak mała dziewczynka – wysyczał, uśmiechając się do mnie złośliwie. – Będziesz taki sam… Nic ci nie pomoże.

           Raptownie otworzyłem oczy, wstrzymując powietrze. Zamrugałem kilka razy. Przez moment byłem naprawdę zdezorientowany. Dopiero po chwili, gdy doszedł do mnie cichy odgłos telewizora i delikatny trzask wypływający z kominka, zrozumiałem, że nadal jestem u Sam. A ona nadal obejmuje mnie ramieniem. Poruszyłem się, a jej uścisk zelżał.
- Jezu… Przepraszam – powiedziałem, czując się zażenowany tym, że zasnąłem. Usiadłem, zerkając na nią niepewnie. Byłem pewny, że ujrzę w jej oczach zawód, ale ona uśmiechnęła się ciepło.
- Najwidoczniej tego potrzebowałeś. Mam nadzieję, że ci lepiej.
- Lepiej.
- Głodny? – Gdy tylko się o to zapytała, usłyszałem, jak zaburczało mi w brzuchu. Punkt do czucia się ostatnim kretynem dodany. – Dobra, mam już odpowiedź – odparła ze śmiechem. – Co powiesz na tosty?
- Pasuje. – Wstała z miejsca, a po chwili ja zrobiłem to samo. – Pomogę ci.
           Posłała mi kolejny swój uśmiech. Dopiła swoją herbatę, a ja złożyłem koc w kostkę, odkładając go na sofę. Potem sam złapałem za swój kubek i wyzerowałem całą jego zawartość, która zdążyła już ostygnąć.
- Ile spałem?
- Nie długo. Pół godziny, może czterdzieści minut. – Musiałem mieć naprawdę tragiczną minę, bo zaśmiała się lekko. – Wyluzuj. Naprawdę nic się nie stało.
           Kiwnąłem jej głową, odpowiadając również uśmiechem. Machnęła ręką, a ja ruszyłem za nią w stronę kuchni. Zdążyliśmy dojść do drzwi, gdy ktoś wpadł do domu. Usłyszałem dwa znane głosy, które od razu rozpoznałem, mimo tego, że okazję do ich poznania miałem niedawno. Rodzice Sam wrócili z pracy.
- Ależ się cholernie rozpadało – mruknęła matka dziewczyny i jako pierwsza pojawiła się w zasięgu mojego wzroku. –  Cześć, Luke. – Powiedziała to takim tonem, jakby spodziewała się mnie tu zastać. Wyglądało na to, że Sam podzieliła się swoimi dzisiejszymi planami ze swoimi rodzicami.
- Dzień dobry – odpowiedziałem automatycznie. 
           Kiedy do salonu wszedł również jej ojciec, moje policzki znów oblały się czerwienią. W końcu miałem na sobie jego ubrania. Mężczyzna zmierzył mnie wzrokiem, a potem pytająco uniósł brwi do góry.
- Cześć, chłopcze.
- Dzień dobry, panie Hood.
- Albo mi się zdaje albo podkradłeś mi ubrania – rzucił, a ja przełknąłem ślinę. Zastanawiałem się, czy mocno się wścieknie. Czy zacznie się na nas wydzierać. On jednak zaśmiał się. – Podkradłeś je?
- Ja mu je dałam – odezwała się Sam. – Luke mocno zmókł, idąc do mnie.
- Właśnie widzę – powiedział Ray, wskazując na moje suszące się ubrania. – Nie rób takiej miny, przecież nie zamierzam cię za to podać do sądu – dodał i znów się zaśmiał.
- Mam nadzieję, że nie jedliście obiadu – odparła Gabrielle Hood. Dopiero, kiedy dostrzegłem siatki w jej dłoniach, poczułem przyjemny zapach mocnych przypraw. Znów zaburczało mi w brzuchu.
- Nie. Właśnie mieliśmy zamiar zrobić tosty.
- A my postawiliśmy na chińszczyznę- odpowiedziała jej matka, machając siatkami, przez co zapach stał się bardziej intensywniejszy. Chyba, że to mój mózg go sam potęgował z głodu.
- Bosko – skwitowała Sam z uśmiechem. Przejęła jedzenie od matki.
- To do kuchni dzieciaki, bo umieram z głodu – zarządził Ray, machając na nas rękami. – Migiem, migiem, bo inaczej sam to zjem i się nie podzielę!
- No, wiesz – rzuciła, z udawanym oburzeniem, Sam.
- Ale sajgonki są moje!
- Przestań Ray! – odparła głośniej jego żona, a potem sprzedała mu szybką sójkę w bok. Następnie spojrzała na mnie. – No, chodź Luke, bo nic dla ciebie nie zostanie, jak ta dwójka dorwie się do jedzenia przed tobą. 
            Powiedziała to miłym tonem, że aż szeroko się uśmiechnąłem. To było tak inne od tego, co miałem w domu. Tak bardzo naturalne, a jednocześnie obce dla mnie. Gdzieś w środku zazdrościłem Sam tego, co miała. Tych kochających rodziców, którzy byli gotowi zrobić dla niej wszystko. Kobieta rozpromieniła się jeszcze bardziej, widząc, że nadal się uśmiechem, a potem oboje dołączyliśmy do Sam i jej ojca, którzy już grzebali w siatkach.

           Siedziałem na łóżku. Naprzeciwko mnie znajdowała się Sam. Od dobrej godziny graliśmy w karty, stawiając na wojnę, która była luźniejszą grą, podczas której mogliśmy normalnie ze sobą rozmawiać i nie koncentrować się zbyt mocno i intensywnie na rozgrywce. W tle leciała muzyka, którą oboje lubiliśmy. Od czasu do czasu wybuchaliśmy cichym śmiechem, gdy któreś z nas znów walnęło, jakiś głupi tekst. Zauważyłem, że będąc obok niej wpadałem w naprawdę dobry nastrój, odrywając się od życia, jakie do tej pory znałem.
- Wojna! – krzyknęła Sam, a ja oderwałem wzrok od jej ciemnych oczu i uśmiechu, by zerknąć na karty. Faktycznie, wypadły dwie damy.
- Na trzy.
- Raz…
- Dwa..
- Trzy… - Równocześnie wyciągnęliśmy ostatnie karty. – Tak! – rzuciła zadowolona i klasnęła w dłonie. – Mam cię, blondasie – dodała z triumfem, gdy odkryła środkową kartę.
- No, nie… Sammy, zgarnęłaś mi drugiego Asa – wypaliłem, kręcąc nosem z niezadowoleniem.
- Jak mnie nazwałeś? – Podniosłem głowę, by znów skupić się, tylko na niej. Lekko zacisnąłem usta.
- Sammy – wydusiłem z siebie, nie będąc pewnym, czy powinienem się tak do niej zwracać.
- Wiesz, że tylko Calum tak do mnie mówi? – odparła, a na jej twarzy znów pojawił się uśmiech. Zmieszałem się. – Spoko, też masz ten przywilej. – A potem wytrzeszczyłem oczy, gdy trzepnęła mnie w ramię poduszką. – I nie spinaj się tak.
- Czy ja się spinam?- Wstrzymałem oddech, gdy przybliżyła się do mnie, kładąc mi dłonie na ramionach. – Żyj chwilą, Luke.
- Nowa zasada życiowa?
- Wypróbowana i sprawdzona. A co najważniejsze, działa. Pomaga się wyluzować, a ty tego potrzebujesz. Wiem, że jest stara i tandetna, ale… Ponoć w prostocie tkwi sekret – odpowiedziała szybko, a potem puściła mi oczko, wracając na swoje miejsce. Przez moment wpatrywałem się w nią zaskoczony. Znów to zrobiła. Znów dzieliła się entuzjazmem. – Uśmiechnij się smutasie… Tak lepiej – powiedziała, gdy moje kąciki ust podjechały do góry. Zaśmiałem się i lekko pokręciłem głową.
- Jesteś niesamowita.
- Pod tym dobrym względem?
- Zdecydowanie pod tym dobrym względem, Sammy.
- Lukey – wymruczała, a ja uśmiechnąłem się jeszcze szerzej. To brzmiało tak uroczo z jej ust, że nie miąłbym nic przeciwko temu, by zwracała się tak do mnie częściej.
           Nagle drzwi od jej pokoju otworzyły się, a my oboje podskoczyliśmy na swoich miejscach. Raptownie odwróciłem się w stronę wchodzącego chłopaka. Niemalże jęknąłem pod nosem, widząc przed sobą Caluma. Jej kuzyna, który kategorycznie zabraniał mi się z nią widywać. Mój dobry nastrój prysł, jak bańka mydlana.
           Mulat uśmiechnął się do Sam, a potem przeniósł swoje ciemne oczy na mnie. Od razu się spiął, a po uśmiechu został, tylko grymas. Patrzył na mnie, jak na coś obrzydliwego. Jak na coś, co nigdy nie powinno znajdować się w tym pokoju i pod tym dachem. Widziałem, że już otwiera usta, dlatego ubiegłem go i poderwałem się ze swojego miejsca.
- Pójdę już.
            Zanim Sam zdążyła, w jakikolwiek sposób zareagować, wyszedłem z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Zszedłem szybko po schodach. Już chciałem ruszyć do wyjścia, ale w ostatniej chwili przypomniałem sobie o moich ubraniach, które przez cały dzień suszyły się przy kominku.
           Zerknąłem niepewnie w stronę salonu. Rodziców Sam nie było, a po głosach wnioskowałem, że siedzą w kuchni. Wykorzystałem tą okazję i zabrałem swoje rzeczy. Wcisnąłem na nogi wilgotne buty i wypadłem z domu, najszybciej, jak umiałem. Wiedziałem, że w tym momencie zachowuję się, jak zwykły tchórz, ale nie miałem ochoty na kolejną wielką walkę z Hoodem. Nie przy niej i nie tutaj, bo ta cała afera i tak wisiała już w powietrzu.

~***~
           Oderwałam wzrok od drzwi, za którymi przed chwilą zniknął Luke. Powoli odwróciłam się w stronę Caluma, który miał taką minę, jakby chciał zamordować blondyna na miejscu. Widziałam, jak zaciska dłonie w pięści i byłam pewna, że zaraz zacznie najnormalniej w świecie na mnie krzyczeć. Podniosłam się z łóżka, by znaleźć się naprzeciwko niego.
- Serio, Sammy?! – warknął pod nosem.
- Cal proszę, przestań…
- Przecież mówiłem ci, że Hemmings to nic dobrego – pociągnął, nieco ściszając głos. Byłam pewna, że nie chciał, by tą małą sprzeczkę słyszeli moim rodzice.
- Mylisz się, co do niego…
- Mylę się?
- Wcale go nie znasz! – pociągnęłam, podchodząc do niego.
- A ty go znasz?!
- Pewnie o wiele lepiej, niż ty.
- Nawciskał ci kitów, a ty mu uwierzyłaś…
- Cal, błagam… Odpuść... Naprawdę go lubię i…
- Czy ty się słyszysz?!
- Proszę – odparłam cicho, a Mulat drgnął. Spojrzał na mnie łagodniej. Zagryzłam lekko wargę. – Nie chcę się z tobą kłócić. Nie z tobą, Cal – wydusiłam, obejmując się ramionami. – Tylko nie z tobą.
- Sammy… Już… Jest okej – powiedział, a ja dopiero po chwili zorientowałam się, że w moich oczach pojawiły się łzy. 
           Naprawdę nie chciałam, by Luke stanął między mną, a kuzynem. Tak samo, jak nie chciałam, by to on stanął pomiędzy mną a Hemmingsem. Nie potrafiłam jednak w danym momencie znaleźć idealnego dla nas rozwiązania. Dlatego nic dziwnego, że znów poczułam się w pewien sposób bezsilna. Ponownie. Już drugi raz tego samego dnia. Cal nie odrywając ode mnie wzroku, przybliżył się, a ja po chwili już tonęłam w jego ciepłych ramionach.
- Cal…
- Już dobrze. Przepraszam… Tylko – westchnął ciężko- nie chcę byś miała kłopoty.
- Jedyną osobą, jaka ma kłopoty jest Luke – pomyślałam, ale nie powiedziałam tego na głos. W końcu obiecałam blondynowi, że nikomu nie powiem. Że nie pisnę słowem o tym, co dzieje się u niego w domu.
- Nie chcę, by cię skrzywdził. – Pokiwałam głową. Przytulił mnie do siebie jeszcze mocniej. – Zostawimy to na razie? – Znów pokiwałam głową. – Okej… W porządku.




***
Kolejny powrót ojca Hemmo. Tym razem jednak jego ucieczką okazał się być dom Sam :) Niestety, na końcówce pojawił się Calum, który o dziwo nie zaczął się rzucać :)

Dziękuję Wam za wszystkie tak cudowne komentarze! Jesteście najlepsi! 

Kolejny rozdział wyjątkowo pojawi się w środę - może być? :)

Przypominam też o możliwości zadawania mi pytań odnośnie opowiadań czy bohaterów na Ask - link znajduje się w jednej z zakładek Menu.

Pozdrawiam!

10 komentarzy:

  1. Niech się Luke przeprowadzi do Sammy i spokój! Nienawidzę ojca Luke'a, wiem, że już nie raz to mówiłam, ale ogromnie go nienawidzę. Rozdział wspaniały ♥ Bardzo się cieszę, że następny rozdział pojawi się wcześniej.
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdyby było to takie łatwe, to pewnie już by to zrobił :) Ojciec Luka jest tu ewidentnie czarnym charakterem i nikt go nie lubi - nawet ja, jako autorka.
      Cieszę się, że się podobało :)
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Jejku, ja wiedziałam, że to kiedyś się stanie... Calum wbił do pokoju Sammy podczas wizyty Luke’a, ale co dziwne, nie zrobił dużej afery. Choć jak na mój gust to " zostawmy to na razie? " nie wróży zbyt dobrze... Mam ogromną nadzieję, że któregoś dnia wszystko się wyjaśni i Calum da spokój Luke'owi. On i tak ma już dużo problemów.
    Wspaniały rozdział, twarz sama mi się cieszy na myśl, że następny już w środę!<3 Czekam na następny!
    Pozdrawiam i życzę weny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z Calumem nigdy nie wiadomo :) Ale fakt nie zrobił afery, być może powstrzymał się przed tym, bo rodzice Sam byli w domu. A czas pokaże, czy ta złość Hooda względem niego minie :)
      Dziękuje za tak miły komentarz!
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. A wiecie co? Ja mam naprawdę nadzieję, że tak się stanie i autorka to też uwzględni. Mianowicie chodzi mi o wyraźny sprzeciw matki Luke'a. Nie chce mi się wierzyć, że ona znosi cierpienie swojego własnego syna. Wiem, że tak jest... w końcu każdego dnia widzi jak Luke jest poniżany przez własnego ojca, a ona udaje, że tego nie widzi.. Może w niej chodzi taka tykająca bomba, która w końcu zrobi bum?
    Coś czuję, że będą problemy, że Calum znowu się wyżyje na nim...
    Z niecierpliwością czekam do środy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko jest możliwe. Z drugiej strony, ona też może mieć w poważaniu swoje własne dziecko, co jest dość przykrą perspektywą.
      Dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  4. Uwielbiam Sam i Luka razem. On naprawdę potrzebuje w swoim życiu kogoś takiego, więc mam nadzieję, że dziewczyna go nie zostawi. Nienawidzę jego ojca! Serio! Wredny dupek. Dobra, jak pojawił się Calum to myślałam, że będzie zadyma do kwadratu, ale jakoś obeszło się bez dramy - chyba, że Hood go dorwie za plecami Sam. Calum błagam zostaw go!
    Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy!
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dziwię się, że ojczulek zbiera same negatywne oceny. Jest naprawdę wkurzającym czarnym charakterem i tego nie da się ukryć. Można powiedzieć, że Cal się opanował - choć z nim nigdy nic nie wiadomo :)
      Dzięki za komentarz!
      Pozdrawiam

      Usuń