niedziela, 3 stycznia 2016

Rozdział 6

But now that I'm broken, now that you know it


          Minęły dwa tygodnie od mojego spotkania z Lukiem na starym boisku. Od tamtej pory widzieliśmy się niemalże codziennie, nie tylko w szkole, ale także na polanie. Zauważyłam, że jego nastawienie do mnie zmieniło się i chłopak przestał traktować mnie z dystansem tak, jak to miało miejsce na początku naszej znajomości. Otwierał się coraz bardziej. Jego osoba nadal mocno mnie ciekawiła, a ja nie miałam nic przeciwko temu, by spędzać z nim czas i poznawać go coraz lepiej. 
          Zdałam sobie jednak sprawę z tego, że Luke jest osobą dość zamkniętą w sobie, z bardzo niską samooceną. Wyłapałam to wiele razy i zastanawiałam się, co jest tego przyczyną. Nie był typowym wesołkiem, choć uśmiechał się i śmiał coraz częściej. Mimo wszystko, ja nadal widziałam w nim smutnego i złamanego chłopaka, który skrywa w sobie wiele tajemnic, a także i bólu i być może cierpienia.

          Rano, jak zwykle byłam półprzytomna. Wyszykowana do szkoły zeszłam na dół, by dorwać się do porannej dawki kofeiny. Położyłam torbę przy szafce z butami, która stała na holu, a następnie weszłam do kuchni. Mój tata od razu podniósł głowę, obdarzając mnie szerokim uśmiechem.
- Jak się czuje moja mała księżniczka?
- Dobrze, dzięki- powiedziałam, siadając na krześle obok niego. Przysunęłam sobie pod nos talerz ze śniadaniem, a następnie przyssałam się do kubka z kawą. – A jak czuje się mój tatuś? – To pytanie spowodowało, że Ray wyszczerzył się do mnie jeszcze bardziej.
- Dobrze, dziękuję – odpowiedział, kiwając głową. – Choć mam dzisiaj wielkiego lenia i najchętniej zostałbym w domu.
- Mam to samo. Co powiesz na olanie pracy i szkoły, by byczyć się przez cały dzień w salonie, oglądając Jersey Shore?
- Chciałbym, ale żadne z nas nie może.
- Nie może?
- Wiesz, tobie groziłaby tylko nieobecność, a mi zależy na mojej pracy i…
- Wiem, wiem – przerwałam mu szybko, zanim zaczął pouczającą rodzicielską gadkę na temat odpowiedzialności w pracy i w szkole. Tata zaśmiał się pod nosem.
          Zdążyłam zjeść połowę płatków, gdy usłyszałam znajomy klakson. Wytrzeszczyłam swoje ciemne oczy, nie mogąc uwierzyć w to, że wybiła godzina zero. Calum zjawił się pod domem, co tylko oznaczało jedno. Jestem spóźniona.
          Zerwałam się z miejsca, zostawiając jedzenie i niedopitą kawę. Cmoknęłam szybko tatę w policzek, a potem wyleciałam na hol, wciągając na nogi trampki. Nawet ich nie zawiązałam, tylko wepchnęłam sznurówki do butów. Złapałam za torbę i wybiegłam z domu, krzycząc w stronę taty głośne do zobaczenia. Dotarłam do samochodu. Otworzyłam drzwi i niemalże wskoczyłam na miejsce pasażera. Calum pokręcił nosem.
- Cześć – rzuciłam niewinnym tonem.
- Masz trzy minuty spóźnienia – powiedział, pukając się palcem w srebrny zegarek, który znajdował się na jego prawym nadgarstku.
- To znaczy, że nie dostanę batona?
- Dzisiaj nie zasłużyłaś.
- A gdzie studencki kwadrans…
- Nie jesteś jeszcze studentką, więc cię nie obowiązuje.
- Jesteś okropny – wyjęczałam niezadowolona, gdy Calum ruszył w stronę szkoły. Zerknęłam na niego. Widziałam, jak drgają mu kąciki ust. Mulat walczył z tym, by się nie roześmiać, więc miałam jeszcze szansę na dorwanie się do słodkości ukrywanych w jego schowku.
- Pomyślimy.
- Cal, to tylko trzy małe, niewinne minuty. Daj batona!
- A dasz przepisać zadanie z chemii?
- Znowu olałeś zadanie domowe?
- Nie olałem. Zapomniałem o nim.
- Czyli olałeś. – Calum prychnął pod nosem. – Dobra, ty dasz mi batona, a ja ci dam mój zeszyt z chemii.
- Umowa stoi. Szperaj w schowku – powiedział zadowolony. Uśmiechnęłam się szeroko. Baton przed szkołą, jedzony w jego samochodzie, był już naszą tradycją.

          Podeszłam do szafki. Otworzyłam ją i wymieniłam książki na kolejną lekcję, zostawiając w niej te, które dziś się już nie przydadzą. Zamknęłam ją, a następnie założyłam kłódkę. Odwróciłam się. Uśmiechnęłam się, wyłapując wzrokiem blondyna. Znajdował się na drugim końcu korytarza i tak, jak ja przed chwilą, grzebał w swojej szafce. Niewiele myśląc ruszyłam w jego stronę.
- Cześć – powiedziałam, opierając się o sąsiednią metalową szafkę.
- Cześć – rzucił, nawet nie odrywając wzroku od jej wnętrza.
          Po chwili jednak zamknął drzwiczki i wsunął książki do plecaka. Założył kłódkę. Dopiero wtedy jego błękitne oczy spojrzały wprost na mnie. Uniósł lekko brwi do góry, a potem rozejrzał się po korytarzu, jakby nie chciał, by ktokolwiek widział nas razem.
- Przesłuchałam te kawałki od ciebie… - przerwałam, widząc, jak zaciska usta. – Co jest?
- Nie powinnaś tu ze mną rozmawiać – powiedział cicho. Zrobiłam wielkie oczy, zupełnie nie wiedząc, o co mu chodzi. Luke nieco się zmieszał, a potem westchnął ciężko pod nosem. – To grozi upadkiem społecznym w tej pieprzonej budzie.
- No, co ty Luke – wydusiłam z siebie, ale blondyn pokręcił tylko głową.
- Spotkamy się na polanie o tej samej porze, co zawsze – odparł, a potem zarzucił plecak na ramię i ruszył w stronę schodów.
          Odprowadziłam go wzrokiem, będąc w lekkim szoku. Dobra, może faktycznie w szkole prawie się mijamy, jak dwójka nieznajomych sobie osób, ale i tak jego zachowanie mocno mnie zaskoczyło. Zastanawiałam się, co w niego wstąpiło. Jednak, gdy tylko się odwróciłam, zaraz dostałam odpowiedź. Na korytarzu pojawił się Clifford w towarzystwie bliźniaków. Byłam w stu procentach pewna, że Hemmings ewakuował się z zasięgu ich wzroku. Jednak nie rozumiałem tego, jak mógł sądzić, że przebywanie w jego towarzystwie grozi mi upadkiem społecznym? To bezsensowne.
          Westchnęłam cicho pod nosem i ruszyłam w stronę Clifforda, z którym zaraz miałam mieć zajęcia z historii. Zielonowłosy, gdy tylko mnie zobaczył, uśmiechnął się szeroko. Złapał mnie za rękę, sprawiając, że musiałam się zatrzymać.
- Poczekaj na mnie. – Kiwnęłam tylko głową.
- Ej, Sam – odezwał się Dylan. – Pomyślałem, że może miałabyś ochotę wyskoczyć ze mną dzisiaj do kina?
- Nie, ale dzięki – skwitowałam, wzruszając ramionami. Brunet wytrzeszczył na mnie oczy, a jego towarzysze ryknęli śmiechem.
- No, bracie, to się nazywa klasyczny kosz – powiedział Bradley, dusząc się ze śmiechu. 
          Jeśli jego mało inteligentny bliźniak myślał, że jest osobą, z którą chciałabym się umówić, to się grubo pomylił. Wolałam ich unikać i nie spotykać się z nimi bez wyraźnej konieczności, poza budynkiem tej szacowanej placówki. Szczególnie, że obaj byli kretynami do kwadratu.
- Calum, by cię zabił, gdybyś się z nią umówił - rzucił ze śmiechem Michael.  – Do później. – Następnie spojrzał na mnie. Przybliżył się i objął mnie ramieniem. Nie miałam nic przeciwko temu. On i Ash często tak robili. – Idziemy?
- Idziemy.  – Zerknęłam na bliźniaków. – Na razie. – Machnęli mi tylko rękami. W dalszym ciągu Dylan wyglądał na urażonego moją odmową, co niesamowicie mnie bawiło.
- To było piękne – skomentował Clifford, gdy oddaliliśmy się od bliźniaków na bezpieczną odległość.
- Dzięki.
- Szczególnie, że był taki pewny siebie. Ładnie podcięłaś mu skrzydła. – Spojrzałam na Michaela, a potem oboje ryknęliśmy śmiechem.

~***~
          Wszedłem do domu. Moje stopy od razu skierowały się w stronę schodów. Wspiąłem się na piętro, ruszając prosto do swojego pokoju. Gdy znalazłem się w środku, odłożyłem plecak przy biurku. Usiadłam na krześle, zabierając się od razu za zadania domowe. Chciałem zrobić je szybko, by mieć je później z głowy.
          Kiedy skończyłem, oparłem głowę o dłoń i przez chwilę wpatrywałem się w zdjęcie mojego przyjaciela. Fotografia została zrobiona na naszej polanie, a robiącą osobą była wtedy moja dziewczyna Lisa, z którą rozstałem się trzy miesiące później. Wiedziałem, że Liam wyrywając się z Sydney zyskał możliwość rozpoczęcia nowego życia z dala od paczki Hooda. Gdzieś w środku czułem, jak mocno mu tego zazdrościłem. Z chęcią też zacząłbym od nowa z dala od tego wszystkiego.
          Ocknąłem się z rozmyśleń, przypominając sobie o umówionym spotkaniu z Sam. Nie wiem czemu, ale na samą myśl o niej zrobiło mi się cieplej. Zdałem sobie sprawę z tego, że uśmiecham się lekko sam do siebie, jak kretyn. A przeważnie nigdy tego nie robiłem. Dziewczyna skutecznie potrafiła tchnąć we mnie odrobinę entuzjazmu, którego tak bardzo mi brakowało.
          Wstałem od biurka, a następnie wyszedłem z pokoju. Musiałem przed wyjściem coś zjeść, aby na polanie nie głodować. Zdążyłem dojść do połowy schodów, kiedy do domu wszedł mój ojciec. Z początku w moim mózgu włączył się stan ewakuacji, aby jak najszybciej zejść mu z oczu. Jednak po chwili zorientowałem się, że jest to niemożliwe, bo już mnie zobaczył. Tradycyjnie zaszczycił mnie pogardliwym spojrzeniem, a potem prychnął cicho pod nosem. Nawet nie trudził się z tym, by to ukryć.
          Minąłem go, wchodząc do kuchni. Podszedłem do lodówki. Już chciałem ją otworzyć, gdy poczułem na ramieniu mocny uścisk dużej dłoni. Adam raptownie odwrócił mnie w swoją stronę tak, że gruchnąłem plecami w srebrną lodówkę. Jego błękitne oczy świdrowały mnie na wylot. Zacząłem się zastanawiać, co znów zrobiłem nie tak. Odpowiedź przyszła od razu.
- Widziałem twój sprawdzian z angielskiego – warknął, popychając mnie po raz kolejny. Ponownie moje plecy spotkały się z lodówką. – Dwója?! Dostałeś dwóję, gówniarzu?!
- Była niezapowiedziana. Poprawa jest pojutrze – wytłumaczyłem mu szybko.
- To żadne pieprzone usprawiedliwienie! Masz się uczyć na bieżąco! Jesteś beznadziejny!
- Staram się! Tym razem po porostu mi nie wyszło! – odpowiedziałem podniesionym tonem i zaraz tego pożałowałem.
- Masz czelność na mnie krzyczeć, gnojku?!
          Wstrzymałem oddech, gdy rozpędzona pięść ojca spotkała się z moim policzkiem. Miałem wrażenie, że zadzwoniły mi wszystkie zęby. Przez chwilę przed oczami pojawiły się białe plamki, a ból przeszył całą lewą część twarzy. Zachwiałem się. Byłem pewny, że nie zdołam utrzymać pionu, ale na szczęście chwyciłem się blatu, który uchronił mnie przed upadkiem. Przycisnąłem dłoń do gorącego i zaczerwienionego miejsca, spoglądając niepewnie na ojca.
- Zrób to jeszcze raz, a przestanę się hamować – warknął ciszej, a potem odwrócił się i wyszedł z kuchni.
          Przełknąłem ślinę. W dalszym ciągu wpatrywałem się w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał. Mój oddech odrobinę przyspieszył. W środku znów rozpocząłem ciężką walkę z własnymi emocjami i frustracją, która tak często mnie nawiedzała. Wiedziałem, co powinienem zrobić, by się uspokoić. Skuteczną metodą zawsze była ucieczka. Ucieczka przed tym piekłem, które było w tym domu.
          Dlatego niewiele myśląc odwróciłem się na piecie i ruszyłem w stronę schodów. Wpadłem do pokoju. Zabrałem telefon, portfel, klucze i bluzę, a następnie wyleciałem na korytarz. Starając się nie robić zbytniego hałasu, bo to też groziło wścieklizną ze strony ojca, zszedłem na dół. Nigdy nie musiałem mówić, że wychodzę, bo rodzice mieli to gdzieś. Bez słowa opuściłem dom i od razu udałem się w stronę mojego tajnego miejsca, które teraz dzieliłem z Sam.

~***~
          W drodze na polanę, postanowiłam wstąpić do cukierni i kupić nam coś do jedzenia. Głównym powodem było to, że odkąd pojawiłam się w domu, chodziło za mną coś słodkiego. Miałam ochotę na jakieś ciasto lub ciastko, więc liczyłam na to, że poratuje mnie osiedlowa cukiernia. I nie myliłam się. Było tego tak dużo i w tak różnych wydaniach, że zupełnie nie wiedziałam, na co mam ochotę. Dlatego wzięłam wszystkiego po trochu. Zaopatrzyłam się też w dwie wody niegazowane, gdybyśmy się zasłodzili od tych słodkości.
          Z wypchaną po brzegi siatką, ruszyłam znaną sobie trasą, którą pokonywałam prawie codziennie. Założyłam na uszy słuchawki, włączając odtwarzacz w telefonie. Muzyka była częścią mnie i towarzyszyła mi niemalże zawsze. Wsłuchując się w ulubione kawałki, droga ta wydawała się być jeszcze przyjemniejsza. Nie miałam nic przeciwko spacerom, ale spacer z muzyką był wprost idealnym środkiem rozluźniającym po długim dniu w szkole.
          W końcu dotarłam do lasu. Skręciłam na ścieżkę, która prowadziła w jego głąb. Po kolejnym etapie krótkiego marszu, dotarłam na jego skraj. Drzewa rosły tu rzadziej, więc szybko wyłapałam znaną sylwetkę ubraną w czarną bluzę z kapturem. Przyspieszyłam kroku.
          Wyszłam na polanę. Ściągnęłam słuchawki, odłączając się od muzyki. Zrobiłam kilka kroków, a następnie nieco zwolniłam, przyglądając się siedzącemu chłopakowi. Choć nie widziałam jego twarzy, to wiedziałam, że to Luke. W końcu nikt inny nigdy tu nie przychodził. Siedział na murku ze spuszczoną głową, opierając łokcie o kolana. W prawej dłoni ściskał telefon. Zauważyłam, że zabrakło tu jego samochodu i gitary. Nie było to dla mnie nic nowego, bo czasami Hemmings pojawiał się bez tych swoich stałych elementów. Mimo wszystko coś mnie w nim zaniepokoiło. Podeszłam do niego, a następnie usiadłam obok.
- Długo tu siedzisz?
- Trochę –odpowiedział, chowając telefon w kieszeń. Nadal nie podniósł głowy. Przygryzłam wargę, zastanawiając się, czy przypadkiem nie stało się coś złego.
- Przyniosłam nam coś słodkiego – pociągnęłam, machając siatką. – Głodny?
- Jak wilk – odpowiedział, a ja uśmiechnęłam się lekko. – Co tam masz?
- Różne dobre rzeczy. Obsłuż się. – Podałam mu siatkę, a blondyn wyprostował się. W dalszym ciągu jego twarz zasłonięta była przez kaptur. – Luke? – Pokiwał głową. – Coś się stało?
- Nie. Niby czemu miałoby się coś stać?
- A twój tekst w szkole?
- To była, tylko drobna uwaga.
- Głupia uwaga. – Wzruszył ramionami. – Co się dzieje?
- Nic się nie dzieje.
- Tej ściemy nie kupuję – powiedziałam, kręcąc głową, choć on nie mógł tego widzieć. Lubiłam go. Naprawdę go lubiłam i w tym momencie zaczęłam się martwić. – Możesz ściągnąć kaptur?
- Co?
- Ściągnij go.
- Jest zimno.
- Nie, aż tak zimno.
          Widząc brak reakcji z jego strony, przekręciłam oczami. Następnie złapałam za ten przeklęty kaptur, zsuwając mu go z głowy. Gdy tylko to zrobiłam, Luke odwrócił się ode mnie. Zagryzłam lekko wargę. Gdzieś w środku domyślałam się, co za obraz mogę zobaczyć i to w pewien sposób zabolało.
          Niepewnie wyciągnęłam rękę w stronę chłopaka. Dotknęłam jego brody. Usłyszałam, jak ciężko wypuszcza powietrze z ust. Jednak nie zaprotestował, gdy zmusiłam go do tego, by się w końcu na mnie spojrzał. Jak tylko to zrobił, od razu dostrzegłam siniaka na jego lewym policzku. Zrobiłam wielkie oczy, nie mogąc oderwać wzroku od tego miejsca. Przejechałam po nim delikatnie palcami, a Luke cicho syknął z bólu.
- Co ci się stało? – zapytałam niemalże szeptem.
- Nie ważne.
- Luke, to jest ważne.
- Nie ważne.
- Bliźniacy cię tak urządzili? – dopytywałam się dalej.
          Spojrzałam w jego błękitne oczy. Luke z taką samą intensywnością wpatrywał się we mnie. Walka na spojrzenia trwała, ale ja nie zamierzałam odpuścić. Chciałam wiedzieć, co się dzieje i czy jest jakiś sposób, by mu w jakikolwiek sposób pomóc. Blondyn chyba wyczuł, że się uparłam, bo z jego ust wydobyło się kolejne ciężkie westchnięcie.
- To oni? – Pokręcił głową. – Więc powiedz mi, co się stało.
- Naprawdę chcesz to wiedzieć? – Teraz to ja pokiwałam głową. – Dlaczego?
- Bo się o ciebie martwię.
- Niepotrzebnie. Nie powinnaś się o mnie martwić…
- Luke – przerwałam mu. Znów pokręcił szybko głową. – Powiedz mi, co się dzieje i nie zmieniaj tematu. – Hemmings po raz kolejny spojrzał wprost w moje ciemne tęczówki. Przygryzł wargę.
- Okej, skoro tak bardzo chcesz wiedzieć...

~***~
          Samantha od początku nie kryła się z tym, że jest osobą ciekawską, a do tego naprawdę upartą. Miała mocny charakter i nie poddawała się wpływom innych osób. I to w niej lubiłem. Być może dlatego w końcu zacząłem jej ufać. Ufać tak naprawdę. 
          Widząc jednak jej smutny wyraz twarzy i troskę w oczach, postanowiłem powiedzieć prawdę. Najwyżej zwinie się i ucieknie tak, jak zrobiła to moja była. Musiałem zaryzykować, bo dalsze ukrywanie problemu i tak nie miało sensu. Może teraz udałoby mi się wymyślić, jakąś sensowną historyjkę, ale ile mógłbym podobnych kłamstw sprzedawać jej w przyszłości?
- Luke?
- Powiem ci wszystko, ale musisz mi obiecać, że nikomu o tym nie powiesz. – Spojrzałem po raz kolejny w jej ciemno brązowe oczy, a ona delikatnie pokiwała głową. – Nikomu.
- Obiecuję. Nikomu.
- To mój ojciec – wydusiłem z siebie, a słowa te dość ciężko przeszły przez moje gardło. Odwróciłem się od niej, spoglądając na swoje dłonie.
- Twój ojciec cię uderzył? – zapytała niemalże szeptem, a w tonie jej głosu usłyszałem niedowierzanie mieszane ze strachem.
- Nie pierwszy raz. – Wzruszyłem ramionami, zerkając na nią. 
          Nie odrywała ode mnie wzroku, a jej twarz lekko pobladła. Nie sądziłem, że mogłaby się tym przejąć. Byłem przyzwyczajony do tego, że nikt – oprócz babci i Liama – się mną nie przejmuje, więc jej reakcja była dla mnie dość nowa.
- Mów dalej- poprosiła. Zagryzłem lekko wargę, ponownie skupiając swoje błękitne oczy na dłoniach.
- Co dalej?
- Powiedziałeś, że powiesz mi wszystko. Jak mniemam, to nie koniec. – Wziąłem głęboki oddech. – Od jak dawna to robi?
- W sumie odkąd pamiętam. Nie wiem, czym im zawiniłem. Chyba po porostu tym, że pojawiłem się na świecie, burząc ich idealnie poukładane życie. Są karierowiczami i pracoholikami i nie potrzebny był im do szczęścia dzieciak, szczególnie taki, jak ja– odpowiedziałem powoli, w dalszym ciągu koncentrując się na swoich rękach. 
          Takie otwarcie się z mojej strony nie było dla mnie łatwe. To, że nie zmuszała mnie do patrzenia na nią, pomagało. Patrząc jej w oczy, chyba bym się poddał i nie odważył przedstawić mojej życiowej popieprzonej historii. Bałem się jej reakcji.
- Co na to twoja mama?
- Nic. Zostawia to i nie wtrąca się. Przywykłem do tego, że moi rodzice mają mnie gdzieś. Jestem przyzwyczajony, że robię w domu za popychadło, które jest tam zbędne. Chociaż nieraz, jak jestem sam z matką, to ona czasem się do mnie odezwie i porozmawia w miarę normalnie. Jednak jest to naprawdę rzadkie. – Wstrzymałem oddech, czując, jak powoli robi mi się lepiej. Wyżalenie się zawsze w jakiś sposób pomaga. A ja nie mam zbyt wielu osób wokół siebie, z którymi mógłbym takie rozmowy przeprowadzać.
- Czy on… on oprócz tego, że podnosi na ciebie rękę, znęca się nad tobą także psychiczne?
- Najczęściej.
- To on cię pobił w podstawówce, a potem zrzucił winę na chłopaków? – Pokiwałem głową. - Mówiłeś już o tym komuś?
- Wie tylko mój przyjaciel i babcia. Ona nawet chciała mi pomóc, ale ojcu się to nie spodobało.
- Co?
- To, że wtyka nos w nie swoje sprawy. Była jedna wielka awantura. Po niej babcia myśli, że wszystko ustało.
- A inni?
- Moi rodzice to dobrzy adwokaci, więc doniesienie o tym komuś nie wchodzi w grę. Umieją dobrze kłamać. Do tego pewnie by zniszczyli osobę, która zszargała ich dobre imię. Jadą na czystych pozorach. Kupują mi drogie sprzęty, aby uzyskać perfekcyjny obraz szczęśliwej i ustatkowanej rodzinki. Jednak w środku wszystko wygląda zupełnie inaczej. – Kolejny ciężki oddech wydobył się z moich ust. Moje palce lekko zacisnęły się na materiale czarnej bluzy. – Moje życie to jedna wielka pomyłka.
- Wytrzymujesz to tak długo i…
- Muszę. Teraz mam obrany cel. Chcę skończyć szkołę i wynieść się z Sydney. Zacząć studia w innym mieście i zostawić to wszystko za sobą. Nie było jednak tak, że zawsze umiałem zaciskać zęby i brnąć do przodu, mimo tego, co się dzieje. Zrobiłem dwie rzeczy, z których nie jestem dumny.
- Co to było? – Pokręciłem głową. – Powiedziałeś, że powiesz mi wszystko.
          Poczułem, jak zadrżały mi dłonie. Zacisnąłem mocniej usta, by się uspokoić. Nigdy nie lubiłem o tym mówić. Zresztą nawet nie było, czym się chwalić. To były dwa głupie pomysły, które mogły doprowadzić do prawdziwej katastrofy. I prawie tak się stało.
- Nie wiem, ile miałem wtedy lat, ale gdzieś chyba około piętnastu, jak zacząłem się okaleczać. – Słyszałem, jak Sam wstrzymuje oddech. – Pomagało… Pomagało na trochę, ale potem i tak wszystko wracało do punktu wyjścia. Nie robiłem tego długo. Mam dosłownie tylko kilka większych śladów, bo nie wszystkie cięcia były dość głębokie. Nadal je jednak dobrze widać. Zobaczył to Liam i to on sprowadził mnie na ziemię.
- Ciąłeś się po rękach? – Pokiwałem głową. – Maskujesz to tymi kolorowymi opaskami?
- Zgadłaś.
- Mogę? – zapytała, a ja zerknąłem na nią zaskoczony.
          Wyciągnęła w moją stronę rękę, ujmując moją dłoń. Poczułem przyjemne ciepło bijące od jej gładkiej skóry. Zagryzłem lekko wargę, śledząc dokładnie każdy jej ruch. Odwróciła moją prawą rękę, a potem podciągnęła nieco rękaw bluzy. Odgarnęła do góry opaski, z którymi się nie rozstawałem. Wiedziałem, co widzi. Cienkie, podłużne blizny, ułożone jedna przy drugiej, które z biegiem czasu stały się mniej widoczne. Ale nadal tam były. Przejechała po nich palcem, a ja poczułem szybki dreszcz, który przebiegł mi po plecach. Dreszcz ten był przyjemny i całkiem inny, niż te, których zazwyczaj doświadczałem.
- Co było drugą rzeczą? – pociągnęła, poprawiając rękaw mojej bluzy. Odwróciłem głowę, starając się nie rozsypać. O drugiej rzeczy tym bardziej nie chciałem mówić. Jednak obiecałem jej, że powiem wszystko, a to było częścią koszmaru. – Powiedz, że nie chciałeś tego zrobić – wyszeptała. Spojrzałem na nią. Przyciskała dłoń do ust, nie odrywając ode mnie wzroku. Pokiwałem głową, znów skupiając się na swoich rękach.
- Chciałem to skończyć, ale nawet to mi nie wyszło. Muszę być naprawdę beznadziejny, skoro nie potrafię popełnić samobójstwa – odpowiedziałem cicho. – Wepchnąłem w siebie tyle tabletek, ile znalazłem w naszej domowej apteczce. Znalazła mnie matka i to ona zadzwoniła po pogotowie. Mogę powiedzieć, że uratowała mi życie.
- I po tym ich podejście do ciebie wcale się nie zmieniło?
- Nie. Myślę, że stało się jeszcze gorsze, niż było. Mój ojciec się wkurwił. Na tyle, że jak tylko wyszedłem ze szpitala, to zaraz trafiłem tam ponownie. Stłukł mnie tak, że połamał mi dwa żebra i lewą rękę.
- Nikt nie zauważył?
- Oficjalną wersją był upadek ze schodów. Byłem osłabiony po szpitalu, więc była to całkiem sensowna bajeczka, którą sprzedali. Po prostu, jak ostatnia sierota potknąłem się na schodach i runąłem w dół, robiąc sobie krzywdę. Zgrywali troskliwych rodziców, a ja siedziałem cicho. Wiedziałem, że gdyby zaprotestował, to byłoby tylko gorzej.
- Jest coś jeszcze?
- To chyba wszystko, jeśli chodzi o moją popapraną sytuację –odpowiedziałem cicho. 
          Moje dłonie po raz kolejny zadrżały. Odwróciłem głowę w bok, by na to nie patrzeć. Spojrzałem przed siebie, szukając punktu zaczepiania, który pozwoli mi się utrzymać w całości i nie rozlecieć się w obliczu tych wszystkich wspomnień, które wróciły. Które bolały.
          Nagle poczułem, jak Samantha przybliża się do mnie. A potem zrobiła coś, co zupełnie mnie zaskoczyło i zszokowało. Objęła mnie. Objęła mnie mocno, a ja poczułem płynące od niej przyjemne ciepło. Niepewnie oplotłem ją w pasie, a ona przysunęła się do mnie jeszcze bliżej. Czułem na skórze gęsią skórkę, która pojawiła się pod wpływem tej nagłej, małej czułości z jej strony. Musiałem mocno zacisnąć powieki, by nie rozpłakać się przy niej, jak małe dziecko. Było to tak kojące i uspakajające uczucie, a jednocześnie dla mnie tak nowe. Rzadko kiedy miałem możliwość, by trwać w takim uścisku. 
          Gdzieś w środku miałem pewność, że Sam złamała kolejną barierę, przebijając się przez jedną z licznych warstw skorupy, pod którymi się bunkrowałem. I nie miałem nic przeciwko temu, by zrobiła to po raz kolejny i kolejny, burząc mury, które ustawiałem wokół siebie przez całe życie. Może było to z mojej strony naiwne, ale potrzebowałem mieć kogoś takiego obok. W tym momencie byłem w stanie znów zaryzykować i przełamać się specjalnie dla niej.

~***~
          Leżałam na łóżku, tępo wpatrując się w ciemny sufit. Odkąd wróciłam z polany, nie mogłam skupić się na niczym innym. W głowie, co chwilę na nowo wałkowałam historię Luke'a i tego, co przechodzi nie tylko w szkole, ale także i w domu. Jak długo można znosić coś takiego? Miał chwile załamania, chwile słabości, ale przecież każdy w swoim życiu w pewnym momencie spada na dno. Ważne jednak, by się od tego dna odbić i znów wypłynąć na powierzchnię.
          Nieraz słabo czuł się psychicznie – bo z pewnością się czuł. Słychać to było w jego głosie i w słowach, które wypowiadał na swój temat, to jednak w moich oczach oprócz obrazu smutnego chłopaka, zyskiwał też coś w rodzaju bohatera. Że mimo tego, co przechodził nadal potrafił normalnie funkcjonować. Że choć praktycznie był sam, to umiał się dźwignąć i dążyć do celu, który sobie wyznaczył. Na swój sposób był silny. Jednak na jak długo wystarczy mu tej siły? Miałam nadzieję, że będzie ona z nim, jak najdłużej.
          Przekręciłam się na bok, wracając do historii opowiedzianej przez Ashtona. Pobity Luke w drugiej klasie i wina zwalona na grupę kumpli, z którymi się trzymał. Teraz zyskiwałam pełniejszy obraz tego, co naprawdę się stało. To nie było przypadkowe pobicie. To ojciec tak go urządził, a żeby wybielić się przed dyrekcją szkoły, która z pewnością zaczęłaby zadawać niewygodne pytania, wymyślił bajkę o pobiciu przez Caluma i jego paczkę. Luke chciał to odkręcić, ale bał się powiedzieć prawdę, by znów nie podpaść ojcu. I koło się zamyka, a Hemmings trafia na szkolną listę osób do odstrzału.
          Wcisnęłam się bardziej w poduszkę, czując, jak robi mi się go żal. Cholernie mu współczułam. Luke jednak nie oczekiwał litości. Zresztą nikt nie lubi, jak inni się nad nim litują. Wiedziałam to z własnego doświadczenia. Ważne było, by ktoś był obok. Ktoś, na kogo można liczyć bez względu na sytuację. Postanowiłam być taką osobą dla niego.



***
Luke i Sam w końcu przekroczyli jedną małą granicę - Hemmo opowiedział jej o swojej sytuacji. Teraz w końcu dziewczyna otrzymała odpowiedź na to, co ją ciekawiło od samego początku - a dokładniej, co się stało w tej przeklętej podstawówce. 
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Dziękuję za Wasze wszystkie komentarze i opinie do tego opowiadania - uwielbiam Was i uwielbiam je czytać. Dają megaśnego kopa! Dziękuję! 

Kolejna część klasycznie pojawi się w następną niedzielę.

Pozdrawiam!

11 komentarzy:

  1. Boże jak ja nie cierpię jego ojca i matki! Dlaczego oni mu to robią? Chorzy idioci! Sam proszę nie zostawiaj go nigdy, ten chłopak cię potrzebuje. Prawie się poryczałam, jak czytałam to, co jej opowiadał. Biedny Luke. I jeszcze to samookaleczanie i próba samobójstwa. Luke ja jestem z Tobą! Mam nadzieję, że jakoś się to u niego ułoży.
    z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę, że rodzinka Hemmo wywołuje u Ciebie agresję. Wcale się nie dziwię. Chłopak nie ma lekko, ale może w końcu się u niego coś polepszy- ja tam nie wiem... nic nie zdradzam:)

      Usuń
  2. Boże, a ja znowu płacze.
    Historia Luke jest taka wzruszająca i okropna bo, który normalny człowiek bije własne dziecko? On jest po prostu chory na głowę, no nawet jeśli syn nie był planowany... Matka Luka jest dla mnie zagadką, wydaje mi się, że jej rola w opowiadaniu nie jest znacząca choć, kto wie, może i to się zmieni:) Ogromnie się cieszę z tego, że Luke ma taką przyjaciółkę jak Sam, może się przed nią otworzyć itd. Mam nadzieje, że z pomocą Sam Hemmo odnajdzie szczęście i odzyska przyjaźnie z podstawówki:)
    Odnoszę wrażenie, że z czasem jedno lub (najlepiej) dwoje z nich może/mogą chcieć czegoś więcej niż przyjaźń, ale moje szatańskie pomysły wybiegają bardzo daleko w przyszłość, więc ehhh... :)
    Pozdrawiam i życzę jak najwięcej weny

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam, że zmusiłam Cię do płaczu - choć z drugiej strony się cieszę, że udało mi się wywołać jakieś emocje :)
      Raczej jego rodzicom daleko do normalnych rodziców. A co do Lauren to fakt, jak na razie jest tylko lekko zarysowana jej postać, ale być może coś się tam pozmienia - choć nic nie obiecuję, bo nie chcę niczego zdradzać :)
      A co do tego, czy chcą czegoś więcej - to się okaże, choć już na zwiastunie masz mały przedsmak tego, co może wyniknąć z tej ich relacji - chyba że nie oglądałaś, bo nie chciałaś sobie "spoilerować" w taki sposób :) Podziel się szatańskimi pomysłami :D
      Również pozdrawiam! I wenę oczywiście biorę i chowam :)

      Usuń
  3. Znowu się popłakałam! Jego rodzice są popaprani. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jak można traktować tak własne dziecko? To chore! Dobrze, że przynajmniej teraz Luke ma Sam. Myślę, że dzięki Sam w dalekiej przyszłości pogodzi się z Calumem i resztą. Kurde, tak bardzo mi go szkoda! Nadal mam łzy w oczach...
    Tak cholernie bardzo ci dziękuje za to, że piszesz! Teraz twoje blogi są dla mnie praktycznie, jak narkotyk. Kocham je ♥ A rozdział oczywiście niesamowity ;-)
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że udało mi się wywołać emocje, choć nie lubię zmuszać ludzi do płaczu - ale to jest naprawdę cholernie miłe i motywujące :)
      A ja dziękuję, że czytasz i że lubisz nie tylko tą historię, ale także i inne, które piszę :) Wielkie, wielkie dzięki!

      Usuń
  4. Świetny rozdział, mimo że smutny. Ale bynajmniej otworzył się przed nią.
    Czekam na więcej.
    Kocham to.
    Weny życzę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podoba historia :)
      Luke nie ma łatwo, ale może i u niego z czasem coś się polepszy? :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  5. Bardzo ciekawy rozdział oderwać się od niego nie mogłam nawet na chwilę :) Pozdrawiam i zapraszam

    https://becauselifeiisamazing.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń