niedziela, 10 stycznia 2016

Rozdział 7

Everybody's got their demons


          Popijałem kawę, przygotowując sobie jednocześnie drugie śniadanie do szkoły. Wolałem omijać stołówkę szerokim łukiem, szczególnie po tej ostatniej akcji z Bradley’em. Wsadziłem ostatni kawałek zimnego już tosta do buzi, a potem znów sięgnąłem po niebieski kubek. W głowie nuciłem znaną sobie melodię, starając się odciąć myśli od rzeczywistości. To była moja mała drobna ucieczka.
          Ojciec i matka siedzieli przy stole, pochłonięci grzebaniem w swoich służbowych papierach, dokańczając jednocześnie śniadanie. W tym momencie byłem dla nich, jak powietrze. Było mi to na rękę. Było mi lepiej z tym, że mnie kompletnie ignorują, niż jakbym miał znów wysłuchiwać zaczepek ojczulka.
          Za plecami usłyszałem szuranie, co oznaczało, że któreś z nich podniosło się z miejsca. Po chwili odsunęło się także i drugie krzesło. Słyszałem, jak matka zbiera papiery, formując je zapewne w równe kupki. Ciężkie kroki ojca zmierzały w moją stronę. Zacisnąłem zęby, zastanawiając się, czy tego poranka znów coś zrobi.
          Kiedy na niego zerknąłem, wkładał brudne naczynia do zlewu. Odwrócił się nawet na mnie nie patrząc, a potem przeszedł obok, niby przypadkowo mocno trącając mnie łokciem w ramię. Kubek z kawą przechylił się, a jego zawartość znalazła się na mojej koszulce, od razu wsiąkając w materiał. Mężczyzna prychnął pod nosem, niezadowolony z tego, że stoję mu na drodze. Na całe szczęście bez słowa wyszedł z kuchni.
          Odkleiłem białą bluzkę od ciała, krzywiąc się przy tym lekko. Nigdy nie lubiłem tego uczucia. Odstawiłem kubek z pozostałą kawą do zlewu, a potem szybko zapakowałem śniadanie. Odwróciłem się jeszcze, napotykając spojrzenie matki. Jasno zielone oczy Lauren mierzyły mnie od góry do dołu. Przez chwilę myślałem, że się do mnie odezwie, ale ona tylko złapała za papiery i tak, jak ojciec, wyszła z pomieszczenia. 
          Wziąłem głęboki oddech. Zerknąłem na zegarek. Miałem jeszcze trochę czasu do wyjścia. Ignorując lepiący się do ciała materiał, zacząłem pospiesznie myć naczynia. Musiałem to zrobić teraz, bo nieposprzątanie po sobie groziło kolejnym wybuchem ze strony ojca.
          W końcu, gdy wszystko było czyste i stało na swoim miejscu, złapałem za przyszykowane kanapki i pognałem na górę do pokoju, by się przebrać. Ściągnąłem mokrą koszulkę, wrzucając ją do kosza na pranie, a potem podszedłem do szafy. Złapałem za pierwszą lepszą bluzkę i naciągnąłem ją na siebie. Poprawiłem czarny materiał, przejeżdżając jeszcze dłonią po nadruku z przodu. Następnie zabrałem najpotrzebniejsze rzeczy, wpychając je do czarnego plecaka. Potem wyszedłem z pokoju i z domu, by wsiąść do swojego samochodu. Teraz musiałem się udać do drugiego miejsca, którego nienawidziłem. Do szkoły.

          Podszedłem do swojej szafki. Otworzyłem ją i zacząłem niedbale wrzucać do niej niepotrzebne książki i zeszyty. Na uszach miałem czarne słuchawki, więc zupełnie nie słyszałem tego, co dzieje się za moimi plecami. Muzyka skutecznie poprawiała mi nastrój, nawet w tak paskudnym miejscu, jak to.
          Przeważnie chodząc po korytarzach szkoły, nie zwracałem uwagi na to, co robią inni. Miałem gdzieś resztę uczniów. Teraz jednak tchnięty dziwnym i nagłym impulsem, odwróciłem się. Instynktownie spojrzałem przed siebie. Na drugim końcu holu stała Samantha w towarzystwie swojego kuzyna i Irwina. Musieli o czymś rozmawiać i temat ten najwyraźniej bardzo ich bawił, bo cała trójka, co jakiś czas wybuchała śmiechem. Przez chwilę zagapiłem się na dziewczynę. Sam naprawdę miała śliczny uśmiech, a do tego te niesamowite ciemne oczy, które naprawdę mi się podobały. W jakiś sposób była dla mnie wyjątkowa. Wyjątkowa i wyróżniająca się wśród tej masy, na którą nie zwracałem uwagi.
          W pewnym momencie Samantha podniosła głowę i nasze oczy spotkały się ze sobą. Uśmiechnęła się lekko, prawie niezauważalnie kiwając mi głową. Chłopaki musieli to zauważyć, bo zaraz Irwin i Hood odwrócili się. Ja zrobiłem to samo, tyle, że moje oczy spoczęły we wnętrzu mojej szkolnej szafki. Przekląłem się w myślach za to bezmyślne gapienie się na nią w obecności tamtej dwójki. Jeszcze mi do szczęścia brakuje tego, by Hood znów się mnie uczepił.
          Odczekałem chwilę, a potem zerknąłem w tamtą stronę. Nie było ich. Zresztą ludzi na korytarzu było coraz mniej, więc byłem pewny, że zaraz rozpocznie się kolejna lekcja. Zatrzasnąłem drzwiczki od szafki. Założyłem kłódkę.
          Już chciałem ruszyć na biologię, gdy nagle poczułem mocne szarpnięcie za plecak. Dwie dłonie mocno zacisnęły się na moich ramionach. Zanim zdążyłem się zorientować, gruchnąłem w metalowe szafki, uderzając tyłem głowy w ich górny rząd. Słuchawki zsunęły mi się z głowy, spadając na podłogę. Huk był tak wielki, że aż zapiszczało mi w uszach. Poczułem przeszywający ból w łopatce, która trafiła na wystającą kłódkę.
- Co tam blond laleczko? – rzucił Dylan. Oczywiście, miałem takiego pecha, że musiałem znaleźć się z nimi na jednym korytarzu w czasie tej pieprzonej przerwy. Bliźniaki wyszczerzyli się do mnie złośliwie.
- Będziesz płakać kiciu? – zadrwił Bradley. 
          Nie odpowiedziałem. Wiedziałem, że jakbym tylko się odezwał, to powiedziałbym coś, czego nie powinienem mówić i wtedy oberwałbym dwa razy mocniej. Myślę, że moje ciało, jak na razie ma dosyć okładania, więc wolałem sobie tego oszczędzić.
- Pieprzony palant – wysyczał Dylan. Złapał mnie za bluzę, a potem po raz kolejny szarpnął tak, że znów zaliczyłem bliskie spotkanie z szafkami. Ból w łopatce znów się odezwał.
- Dobra, zostawmy go, bo zaraz zjawi się tu jakiś belfer i będziemy mieli przejebane. Nie chcę znów zostawać po lekcjach – zarządził Bradley. – Na razie, Hommo-Lu frajerze!
          Jego brat wybuchł szyderczym śmiechem. Obaj odwrócili się i ruszyli w stronę schodów. Przekręciłem oczami, gdy zniknęli mi z pola widzenia. Ludzie na korytarzu znów z ciekawością zerkali w moją stronę. Widziałem na kilku twarzach rozbawione uśmieszki. Niewiele myśląc złapałem za słuchawki, które leżały przy mojej stopie, a następnie poprawiłem plecak i szybko ruszyłem na biologię, zostawiając ciekawskie spojrzenia za plecami. Nienawidziłem tej pieprzonej budy!

          Siedziałem na sztuce, pochylony nad podręcznikiem. Wpatrywałem się tępo w prezentowane tam obrazy, które omawiał nauczyciel. Obok mnie znajdowała się Samantha, która chyba bardziej była zainteresowana tematem, niż ja. Starałem się nie podnosić głowy, powstrzymując jednocześnie chęć odezwania się do niej czy chociażby popatrzenia na nią. Wolałem nie dawać moim pseudo kolegom i koleżankom z klasy powodu do plotek, bo przecież ktoś taki, jak ona nie powinien w ogóle tracić oddechu, na kogoś takiego, jak ja.
          Po chwili poczułem, jak dziewczyna obok drgnęła, a potem zaczęła skrobać coś na kartce. Nagle mały świstek wysunął się, zasłaniając mi widok jednego z dzieł Van Gogha. Zobaczyłem narysowanego małego pingwina. W jednym skrzydle trzymał olbrzymi pędzel, a w drugim wiadro z farbą. Jego dziób zarysowany był w taki sposób, jakby ptak uśmiechał się do osoby patrzącej na niego. Sam uśmiechnąłem się pod nosem, nie odrywając wzroku od narysowanego zwierzaka. Otworzyłem od końca zeszyt. Wyrwałem kawałek kartki. Położyłem go obok pingwina, by napisać krótką wiadomość.

Myślę, że to powinno być nowym dziełem sztuki.

           Przesunąłem kartkę po ławce, podnosząc głowę, by spojrzeć na nauczyciela. Mężczyzna dalej rozprawiał na temat obrazów Van Gogha, co jakiś czas uśmiechając się promiennie do swoich uczniów, jakby miał nadzieję na to, że choć w połowie zainteresuje nas sztuką.

To jest dzieło sztuki. Myślisz, że gdybym narysowała ich więcej, w różnych pozach i z różnym ekwipunkiem, to Muzeum Narodowe wystawiłoby moje prace?

Myślę, że trzeba by było spróbować. Może zostaniesz sławna?

To odpada. Nie chcę być sławna. Zostawię, więc rysowane pingwiny zakopane w szufladzie. Tam będzie im dobrze.

Czy ten jeden może zostać ze mną?

Jest twój.

          Uśmiechnąłem się lekko pod nosem po raz kolejny, spoglądając na jej równe, nieco pochyłe pismo. Następnie przeniosłem wzrok z powrotem na pingwina. Nie wiem, co Sam miała w sobie, ale odkąd ją poznałem, chciałem spędzać z nią więcej czasu. Dzięki niej uśmiechałem się coraz częściej. Moje myśli nie krążyły wokół pesymistycznych wspomnień z mojego życia. Częściej nabierały kolorów. I musiałem to przyznać, że coraz bardziej mi się to podobało. Gdy ona była obok, wszystko wydawało się być łatwiejsze. Nie wiedziałem, skąd w niej tyle pozytywnej energii i optymizmu. Chciałem się tego dowiedzieć w możliwie, jak najszybszy sposób. Może babcia faktycznie miała rację i przyszedł czas, by nieco się otworzyć i dać jej szansę?

Spotkamy się dzisiaj na starym boisku o trzeciej?

          Naskrobałem tą krótką wiadomość, zastanawiając się, czy powinienem ją przekazać dalej. Chciałem spędzać z nią czas, ale wiedziałem też, że to może nie spodobać się kilku osobom, które należą do szkolnej elity. Po chwili jednak uznałem, że powinienem mieć to gdzieś. Dlatego pod wpływem impulsu, przesunąłem kartkę w jej stronę. Na odpowiedź nie musiałem długo czekać.

Jasne. Będę.


           Dojście do połowy boiska. Kozłowanie. Dwutakt i rzut. Powrót do połowy boiska. Ponowne kozłowanie. Kolejny dwutakt i następny rzut. Przez pół godziny nie robiłem nic innego, jak tylko powtarzałem w koło te same czynności. Raz jeszcze… I od nowa…
          Wsłuchiwałem się w dźwięk odbijanej od betonu piłki, która czasem płynnie znajdowała się w koszu, a nieraz trafiała z głośniejszym hukiem o drewnianą tablicę. Gdyby nie to, to wokół mnie panowałaby całkowita cisza. Nikt tu nie zaglądał. Nikt tędy nie przechodził. Żaden samochód nie pojawił się na osiedlowej ulicy, odkąd pojawiłem się na boisku. 
           Czekałem. Na co? Na nią. I gdzieś w środku czułem, że nie mogę doczekać się tego, aż w końcu się zjawi. Było to dla mnie dość nowe i przyjemne odczucie. Oczekiwanie. Miłe i przyjemne. Nie te złe i bolesne. Tak całkiem inne. Znane innym, prawie zupełnie nieznane dla mnie. A przynajmniej zapomniane. Bo stan oczekiwania występował tylko w momencie, gdy spotykałem się z Liamem. Kiedy umawialiśmy się w jakimś miejscu, by kompletnie zmarnować swój czas, robiąc wiele dziwnych, głupich, a nieraz i nudnych rzeczy. Odkąd wyjechał z Sydney, zapomniałem, jak to jest na kogoś czekać.
          Złapałem za piłkę, kiedy usłyszałem ciche kroki. Automatycznie odwróciłem się w stronę dziewczyny, wchodzącej na płytę boiska. Zmierzyłem ją wzrokiem, zatrzymując się dłużej na jej krótkich dresowych szarych spodenkach, które odkrywały jej nogi i luźnej błękitnej koszulce. Na stopach miała granatowe trampki za kostkę. Odgarnęła z twarzy lekko kręcone brązowe włosy, a jej ciemne oczy spojrzały wprost na mnie. Uśmiechnęła się. Nie złośliwie, a naturalnie, jakby i ona chętnie mnie widziała. Nic dziwnego, że niemalże od razu odpowiedziałem tym samym.
- Jak widzę rozgrzewkę masz już za sobą – powiedziała, zatrzymując się obok. Przyjrzała się mojej lekko spoconej twarzy. – Długo czekasz?
- Odrobinę. Przyszedłem wcześniej.
- I nic nie powiedziałeś? Chyba, że chciałeś być sam…
- Lubię być sam – stwierdziłem, wzruszając ramionami. 
           Dziewczyna uniosła brwi do góry i zabawnie przekręciła oczami. Zanim zdążyłem się zorientować, odebrała mi piłkę. Zrobiła dwa okrążenia na około mnie, kozłując.
- Ludzie czasem są przydatni – stwierdziła, podnosząc głowę, by móc na mnie spojrzeć. – Samotność nie jest dobra.
- Przyzwyczaiłem się.
- Nie sądzisz, że trzeba by było to trochę zmienić? – Rzuciła piłkę w moją stronę, a ja szybko złapałem ją. – Jestem beznadziejna w kosza. W sumie… Jestem beznadziejna w każdym sporcie.
- Dlaczego?
- Dlaczego trzeba to zmienić czy dlaczego jestem beznadziejna?
- I to i to – odpowiedziałem, uśmiechając się do niej. Zauważyłem, że przychodzi mi to coraz łatwiej. Coraz łatwiej, gdy była obok.
- Uważam, że inni są nam potrzebni. Gdybyśmy wszyscy separowali się od ludzi, to chyba dostalibyśmy na głowę. Czasem warto się komuś wygadać. Posłuchać rady. Porozmawiać o duperelach. Podyskutować o nowym filmie czy książce. Cokolwiek. Samotność jest… straszna.
- Czyli do mnie pasuje – powiedziałam ciszej. Sam już otwierała usta, by mi na to odpowiedzieć, ale ja szybko odezwałem się ponownie. – Co z odpowiedzią na drugą część?
- O sporcie? – Pokiwałem głową. Machnęła do mnie ręką, a ja odrzuciłem jej piłkę. Śledziłem każdy jej ruch, gdy powoli podeszła do kosza. Rzuciła. Piłka odbiła się od tablicy. Nie trafiła.
- Masz koszmarną pracę nóg i nadgarstka – skomentowałem, a ona zaśmiała się. Zerknęła na mnie, uśmiechając się.
- Mówiłam, jestem kiepska.
- To dlaczego to robisz?
- A nie mogę? – zapytała ze śmiechem. – To, że jestem beznadziejna nie znaczy, że nie mogę porzucać do kosza, robiąc sobie przy tym obciach na twoich oczach.
- Masz ciekawe podejście.
- Mam luźniejsze podejście – poprawiła mnie, wykonując kolejny rzut. Piłka znów minęła się z koszem. - Nie można być dobrym we wszystkim i ja to akceptuję. Cieszę się tym, co mam. Tak łatwo to stracić.
          Złapałem piłkę w obie dłonie, gdy poszybowała w moją stronę. Przyjrzałem się jej uważniej. Miałem rację, że była inna. Teraz dokładnie to widziałem. Miałem wrażenie, że docenia wszystko to, co jest wokół niej. Nawet najmniejsze, najdrobniejsze rzeczy. Ona też na mnie spojrzała. Ponownie się uśmiechnęła, wywołując przyjemne ciepło. Zbliżyłem się do niej.
- Stań naprzeciwko kosza – powiedziałem, zatrzymując się za jej plecami. – Jesteś prawo czy lewo ręczna?
- Prawo.
- To piłka na prawej ręce. Podtrzymaj ją lewą. Praca nadgarstka musi być płynna, ale nie sztywna. Rozluźnij mięśnie. – Poczułem przyjemne mrowienie pod palcami, gdy dotknąłem jej dłoni, pomagając poprawić pozycję. Jej skóra w przyjemny sposób elektryzowała. Uśmiechnąłem się pod nosem, nachylając się do niej, bo Sam była dużo niższa ode mnie. – Teraz dobrze. Musisz też zrobić wyskok z lekko ugiętych nóg. Skoncentruj się na obręczy. Rzuć nie za mocno. Wyobraź sobie, że piłka ma przebyć półokrągły dystans.
          Odsunąłem się na bok. Samantha lekko zagryzła wargę, a potem wykonała rzut. Piłka i tak nie trafiła do kosza, ale i tak wyglądało to lepiej, niż to, co pokazała wcześniej. Ponownie uśmiechnąłem się, a gdy się odwróciła, pokiwałem głową.
- Nabierzesz wprawy.
- Czemu nie grasz w szkolnej drużynie?
- Raczej, by mnie tam nie chcieli. Zresztą nie zawsze byłbym zdatny do gry, mając za ojca kata – odpowiedziałem, zgarniając piłkę. – Rzuć jeszcze raz.
- Ale lubisz to? – Pokiwałem głową.- Tak samo, jak muzykę?
- Muzykę bardziej.
- Tak właśnie myślałam – powiedziała, a potem znów zabrała mi piłkę, zanim zdążyłem się zorientować.
          Jej ciemne oczy znów spojrzały na mnie. Wpatrywała się we mnie tak intensywnie, jakby przeszywała mnie na wylot, docierając do każdej pojedynczej warstwy skorupy, pod którą się chowałem. Zmarszczyłem czoło, czekając na to, czy powie coś jeszcze. Po chwili odezwała się ponownie.
- Co masz na plecach? – Wstrzymałem oddech i wzruszyłem ramionami. – Nie wykręcaj się. Masz siniaka. Dużego. Wychodzi ci kawałek zza koszulki. – W tym momencie żałowałem, że nie postawiłem na coś z krótkim rękawkiem, wybierając zamiast tego bluzkę na grubych ramiączkach.
- To nic takiego.
- Nic takiego tak nie wygląda.
- Czemu się tym przejmujesz?
- Może mam ku temu powody – odparła, przerzucając piłkę z ręki do ręki.
- Jakie? – Spojrzała na mnie po raz kolejny, a potem wzruszyła ramionami, naśladując mnie. Lekko zacisnąłem usta. – Bije od ciebie duży entuzjazm – skwitowałem, gdy między nami na dłużej pojawiła się cisza.
- Nadrabiam za ciebie – powiedziała, a ja mimo wszystko roześmiałem się. Sam byłem zdziwiony, że jeszcze potrafię to robić. Że jeszcze nie zapomniałem, jak to jest się śmiać. A nie robiłem tego za często. Ona znów wszystko zmieniała.
- Skąd masz to w sobie?
- Co? – Podszedłem szybko do niej, zabierając piłkę. – Ej! – odparła i też się zaśmiała. A był to naprawdę przyjemny dla ucha dźwięk. Rzuciłem do kosza, trafiając do niego. – Nieźle.
- Powiesz mi?
- Ale co?
- Skąd w tobie tyle… Tyle pozytywnej energii. Tyle tego czegoś. Nie każdy to ma. Nie u każdego to widać, a ty…
          Ale urwałem widząc, że się zmieszała. Szybko zrozumiałem, że musiałem trafić w czuły punkt. W coś, o czym nie chciała mówić. Nie rozumiałem tylko, dlaczego. Ta energia i to podejście do życia, jakie miała nie kojarzyło mi się, z czymś złym i przykrym. Najwidoczniej się myliłem. Przez chwilę wpatrywałem się w nią, śledząc dokładnie każdą nawet najmniejszą u niej zmianę. Jej ciemne oczy najpierw spoczęły na butach, by zaraz przenieść się na rozwaloną siatkę od płotu. W końcu trafiły na mnie, a ja przełknąłem ślinę, nie czując się dobrze z tym, z czym jej wyskoczyłem.
- Przepraszam.
- Za co? – zapytała z uśmiechem, obejmując się rękami. Może dla zwykłego obserwatora, który patrzyłby na nią z boku, byłby to nic nieznaczący gest. Dla mnie był nazbyt oczywisty. Próbowała się obronić. Uchronić przed czymś, co ukrywała. Ona znała moją tajemnicę, a teraz ja pragnąłem poznać jej. – Luke?
- Nie musisz mi odpowiadać.
- Mogę powiedzieć – odparła powoli, nie odrywając ode mnie wzroku. – Ale obiecasz mi, że to nic między nami nie zmieni?
          Poczułem niepokój. Ale nie o siebie, a o nią. Lubiłem ją. Nawet bardzo lubiłem. Pomimo tego, że była jedną z najbardziej wścibskich i ciekawskich osób, jakie znałem. Pomimo tego, że nie powinienem darzyć ją, jakąkolwiek sympatią ze względu na jej powiązania z Hoodem. Dlatego tak bardzo nie chciałem wierzyć w to, że mogło dziać się u niej coś złego. Nie u kogoś takiego, jak ona. Nie u kogoś, kto ma w sobie tyle dobra i ciepła. Nie u kogoś, kto potrafił zarażać optymizmem innych.
- Nie chcę byś zaczął traktować mnie inaczej – pociągnęła, a ja w tym momencie nie mogłem oderwać od niej swoich błękitnych oczu. Pokiwałem głową.
           Sam wzięła głęboki oddech. Minęła mnie, podchodząc do jedynej, nierozwalonej przez ludzi i czas, ławki. Usiadła na niej, opierając łokcie na kolanach. Niewiele myśląc zająłem miejsce obok. W dalszym ciągu wpatrywałem się w nią, nie mogąc choć na chwilę przestać. Byłem ciekawy tego, co powie. Byłem ciekawy jej całej. Sam drgnęła i również odwróciła się nieco w moją stronę, by złapać ze mną kontakt wzrokowy.
- Chciałeś wiedzieć, dlaczego taka jestem. Skąd we mnie tyle entuzjazmu do życia i do ludzi – zaczęła, a ja szybko kiwnęłam głową. – Wcześniej tego nie miałam, a może miałam, a nie umiałam tego dostrzec. Mogę za to śmiało powiedzieć, że w ogóle nie doceniałam tego, co miałam. Wszystko się zmieniło, gdy zachorowałam.
- Jesteś chora? – wymsknęło mi się, choć przyrzekłem sobie, że nie będę jej przerywać.
- Na szczęście udało mi się wygrać- powiedziała z uśmiechem.
- Co…
- Co mi było? – zapytała za mnie, a ja niepewnie kiwnąłem głową. – Miałam bliskie spotkanie z rakiem. – Zrobiłem wielkie oczy, przełykając jednocześnie ślinę. Nie tego się spodziewałem. Nie takiej historii, która mocno wytyczała granicę między życiem a śmiercią. – Męczyłam się dwa lata. Od półtora roku jestem zdrowa, choć nadal chodzę regularnie na kontrole, bo wiadomo, że to często lubi wracać. Początki… - Wzięła głębszy oddech. – Początki nie były łatwe. Byłam wtedy typowym przykładem chorego pacjenta z pogłębiającą się depresją. Nie radziłam sobie z tym, co się działo. Później chyba już nawet nie potrafiłam sobie radzić sama ze sobą. Przechodziłam różne stadia załamania. Od nienawiści do siebie, bliskich, lekarzy i życia. Te etapy następowały szybko. Na szczęście podniosłam się. Choć nie sama. Głownie dałam radę dzięki Calumowi. – Drgnąłem na dźwięk imienia jej kuzyna. – Miałam wrażenie, że on przechodzi przez to piekło razem ze mną. Był zawsze, kiedy go potrzebowałam. Był nawet wtedy, gdy mój stan był dobry. Gdy odbiłam się od dna. Trwało to kilka długich i męczących miesięcy, kiedy bujałam się na granicy depresji. Kiedy jednak się jej pozbyłam, wszystko zaczęło nabierać nowych barw. Zaczęłam akceptować całą tą sytuację, choć nie było to łatwe. Żyłam z rakiem, chcąc go za wszelką cenę pokonać. I to mi się udało. Doceniałam każdy dzień, jaki otrzymywałam. Ceniłam każdą rzecz, jaką mogłam zobaczyć, poznać i spróbować. Tak mam do tej pory. Szanuję życie, bo niewiele by brakowało, a mogłabym się z nim pożegnać na zawsze. To przez chorobę taka jestem. Ona mnie zmieniła. Zmieniła na lepsze. To taki mały plus w tej historii. – Westchnęła lekko, uśmiechając się delikatnie. – W szkole nie miałam łatwo. Byłam znana jako Dziewczyna Śmierć. Ludzie szeptali za moimi plecami, choć nikt tak naprawdę nie mówił mi nic złego wprost. Ale to się czuje. Czuje się to, gdy jest się na językach. To, jak się na ciebie patrzą, jakby się miało zejść na ich oczach. Jakby mogło się ich zarazić, poprzez zwykłe podanie dłoni czy rozmowę. Dlatego cieszę się, że znalazłam się w Sydney. Tu nikt mnie nie zna. Tu nie wywołuję sensacji.
          Kiedy skończyła, nie wiedziałem, co mam powiedzieć. Zresztą nigdy nie byłem w tym dobry. W wyrażaniu emocji, w wyrażaniu uczuć. Pod tym względem byłem totalnym kaleką. Nie byłem też pewny, czy powinienem cokolwiek mówić. Ta historia nadal wisiała nad nami, a ja analizowałem ją ciągle na nowo. Ona, tak samo jak ja, nie miała łatwo. Może dlatego tak dobrze się dogadywaliśmy? Bo każdy z nas coś przeżywał. Coś na swój sposób.
- Przykro mi – wydusiłem z siebie, gdy Sam w dalszym ciągu wpatrywała się we mnie.
- Niepotrzebnie – odparła, wzruszając ramionami. – Było minęło. Zaczynam odnowa. – Klepnęła mnie w ramię i znów obdarzyła szerokim uśmiechem.- Wstawaj smutasie. Nie przyszliśmy tu przecież siedzieć na ławce.
- Chcesz grać w kosza?- zapytałem, gdy poderwała się ze swojego miejsca.
- Możesz mnie trochę pouczyć, jeśli nie masz nic lepszego do roboty.
- Chętnie – odparłem, idąc w jej ślady.


***
I mamy cały rozdział z perspektywy Hemmo, który w tej części przejął prowadzenie w opowiadaniu. Luke też poznał małą tajemnicę Sam. Można powiedzieć, że są kwita - historia za historię. 
Mam nadzieję, że rozdział wam się podobał :)

Dziękuję za Wasze pozytywne opinię i komentarze. Nie dziwi mnie to, że poleciały negatywne słowa w stosunku do rodziny Hemmo - nawet się im nie dziwię. Dziękuję za każde słowo, pozostawione pod rozdziałami :) To mocno motywuje - ale Wy to już wiecie :)

Kolejna część pojawi się w następną niedzielę.

Pozdrawiam!

9 komentarzy:

  1. Aaaaaaaaaaaaaaaaaaąaaaaaaaaaaaaaa Aaaaaaaaaaaaaaaaaaąaaaaaaaaaaaaaa! Taki fangirl lvl hard aaaaaa

    OdpowiedzUsuń
  2. To tak cholernie smutne, że Luke' owi jest na rękę ignorancja jego rodziców w stosunku do niego... i ta akcja przy śniadaniu. Serio, facet mógł sobie odpuścić. Ehhh... trudno. Może kiedyś Luke się wyprowadzi i będzie mieć święty spokój, a takim bonusem do tego mogła by być np. Sam XD takim dużym bonusem ;) Jak widać ja i Sam mamy wspólna cechę, jeśli chodzi kosza to jestem paralitykiem... :') Czekam na następny!
    Pozdrawiam i życzę weny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jego ojciec nie ma "zdrowo" pod kopułą, co było widać od samego początku. W poprzednim rozdziale Luke mówił o swoim celu - że chce się wynieść z Sydney po skończonej szkole, więc przeprowadzkę ma w planach :)
      Dziękuję za komentarz i również pozdrawiam! :)

      Usuń
  3. Jezu, jak ja nienawidzę tego jego ojczulka - musiał? Pewnie by go skręciło w środku, jakby od tak miał przejść obok niego i nic mu nie robić. Nienawidzę takich ludzi! Głupi debil! Bliźniacy tak samo. Gówno wiedzą, co się tak naprawdę stało, a dalej się nad nim wyżywają. Aż mnie zbulwersowało. Całe szczęście, że jest Sam. Lubię tą dziewczynę, przynajmniej nie ma klapek na oczach i daje szansę Hemmo, który naprawdę potrzebuje drugiej osoby - takiego przyjaciela. Wiem, że ma Liama, ale teraz Liam jest daleko od niego. Trzymam za nich kciuki. Dobrze, że Sam podzieliła się swoją historią z Lukiem - fakt, teraz są, jakby kwita :) Nie powiem, ale całe to opowiadanie mnie zawsze wzrusza, więc nawet się nie dziwiłam temu, że jak Sam mówiła o sobie, to miałam łzy w oczach. I widać było, że w oczach Luka nie jest ona mu obojętna.
    Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy - szkoda, że rozdziały pojawiają się tylko raz w tygodniu.
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uhu... Agresor Ci się włączył. Luke tu za łatwo nie ma - jak nie ojciec to bliźniaki, ale... tak miało być.
      Super, cieszę się, że wywołuje u Ciebie emocje - to chyba jedna z większych motywacji, jakie można uzyskać :)
      No, niestety tak przewidział harmonogram:)

      Usuń
  4. Nie cierpię ojca Luke'a z całego serca! Nadal nie rozumiem, jak można być takim rodzicem. Jak czytałam opowieść Sam o jej chorobie moje oczy się zaszkliły. Cieszę się, że Luke ma taką osobę, jak ona.
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę, że ojciec Hemmo nadal wyłapuje negatywne opinię - i wcale się nie dziwię. A ja się cieszę, że udało mi się wzbudzić emocje :)
      Dziękuję za komentarz!

      Usuń