niedziela, 14 lutego 2016

Rozdział 14

You're the thing that I can't quit, you got what I want


            Dzisiaj miałem osiemnaste urodziny. Gdyby nie telefon od babci, która z samego rana zadzwoniła, by złożyć mi życzenia, w ogóle bym o tym nie pamiętał. Obiecałem jej, że zjawię się u niej jutro, byśmy mogli wspólnie wsunąć całe ciasto, które upiekła jej koleżanka z tej właśnie okazji.
           Zazwyczaj było tak, że urodziny spędzałem z Liamem na polanie lub u niego w domu. Nigdy to nie było wielkim i wyczekiwanym wydarzeniem. Dzień, jak każdy inny. Dodawało się tylko kolejny rok do swojego wieku. Wcześniej było inaczej. Jak byłem mały, faktycznie nie mogłem doczekać się tego dnia. Babcia wtedy planowała, jakieś dodatkowe wyjście, które w rzeczywistości przemieniało się w całodzienny wypad w różne miejsca. Byłem ja, ona i Liam – standardowe trio. Potem, gdy Julianne podupadła na zdrowiu, nasze trio zmieniło się w duet. W tym roku zostałem solo.
           Moi rodzice nie pamiętali o moich urodzinach. Zresztą, nie ma co się oszukiwać. Nie pamiętali też o Gwiazdce, czy innych świętach. Zawsze omijali to szerokim łukiem. Jakby te dni nigdy nie istniały. Jakby nie było dnia, w którym urodziło się ich jedyne dziecko. Z początku to bolało. Jednak po tylu latach przeszedłem z tym na porządek dzienny, czując jedynie małą nutę goryczy, która tliła się gdzieś w środku. Mimo, że oni nie pamiętali o moim święcie, ja z jakiegoś dziwnego przyzwyczajenia zawsze składałem im życzenia na ich urodziny czy rocznicę ślubu. Ba, potrafiłem zmusić się do tego, by życzyć im wesołych Świąt czy szczęśliwego Nowego Roku. Dlaczego? Do tej pory nie wiedziałem, po co to robiłem. Może dalej byłem zbyt naiwny myśląc, że któregoś dnia coś się zmieni. Jak na razie, nic takiego się nie wydarzyło.
           Miałem nadzieję, że ten dzień stanie się o wiele milszy i przyjemniejszy, gdy spotkam się z Sam. Niestety dziewczyny od rana nie było w szkole. Nie pojawiła się na matematyce, nie było jej na sztuce. Na próżno rozglądałem się za nią po korytarzu. Naszła mnie duża ochota, by do niej zadzwonić. By chociaż usłyszeć jej głos, który zapewni mnie, że wszystko z nią w porządku. Wiedziałem, że chorowała. Że wcześniej jej życie nie było tak kolorowe. Dlatego szybko pojawił się u mnie niepokój, który stopniowo zmieniał się w panikę.
            Oprócz sal lekcyjnych najczęściej widywałem ją na holu z szafkami. Zachodziłem tam co przerwę, w dalszym ciągu mając cichą nadzieję, że ją zobaczę. Nic z tego. Jakby Samantha Hood w tym dniu postanowiła rozpłynąć się w powietrzu. Wciąż powtarzałem sobie słowa, że jesteśmy w końcu przyjaciółmi i gdyby coś się działo, na pewno by mi o tym powiedziała. Zresztą nawet to sobie obiecaliśmy. Że będziemy zawracać sobie głowę każdą, nawet najmniejszą rzeczą.
- Hommo-Lu! – Usłyszałem znany głos za plecami i aż przekląłem. Nie musiałem się nawet odwracać. Od razu ich rozpoznałem.
- Co jest śmieciu?! – zawył roześmiany Bradley.
           Zanim zdążyłem się zorientować, pchnął mnie na rząd szafek. Rozległ się tradycyjny i głośny huk, kiedy moje plecy spotkały się z metalowymi drzwiczkami. Ten dźwięk wzbudził zainteresowanie u innych osób, które kręciły się po korytarzu. Zaciekawione spojrzenia poleciały w moją stronę, a ja cicho warknąłem pod nosem.
           Zaraz obok swojego brata pojawiły się Dylan. Z całej siły uderzył w moje dłonie, przez co książka i zeszyt od chemii upadły głucho na podłogę. Jego bliźniak zaśmiał się po raz kolejny, spoglądając na mnie złośliwym wzrokiem. Chłopaki przybili sobie piątki, a następnie rycząc, jak nienormalni ruszyli w głąb korytarza.
           Przekręciłem oczami, zaciskając zęby. Ukucnąłem i zacząłem zbierać swoje rzeczy. Widziałem kilka zgniecionych od upadku kartek. Uniosłem głowę do góry, gdy obok mnie przeszedł Clifford i Irwin. Ci na szczęście zignorowali mnie totalnie. Odetchnąłem z ulgą. W sumie ta dwójka od dłuższego czasu ma mnie gdzieś. Hood do niedawna też się mną nie interesował, najwidoczniej znudzony zachowaniem swoich kumpli bliźniaków. Odkąd jednak poznałem się z Sam, Calum znów powrócił do mojego życia. Wyprostowałem się, rzuciłem ostatnie spojrzenie w kierunku szafki dziewczyny. Upewniając się, że jej tam nie ma, odwróciłem się i zawiedziony ruszyłem na chemię.

           Powoli wyszedłem z budynku. Zszedłem po schodach. Już chciałem skierować się w stronę parkingu, kiedy ktoś zatrzymał mnie, pociągając za ramię. Odwróciłem się, by spojrzeć w dwie pary ciemnych oczu. Westchnąłem ciężko pod nosem. Znowu? Czy oni nie mogą się ode mnie odpieprzyć?
- Dla ciebie Hommo-Lu z okazji urodzin – powiedział Bradley, wciskając mi w ręce wściekle różowe pudełko z wielką kokardą. No, tak… Zapomniałem, że bliźniaki co roku dają mi prezent. Byli jeszcze jednymi osobami, które o nich pamiętały. Tyle, że dla nich nadal był to powód do drwin i uprzykrzania mi życia.
- Stówka stary – pociągnął rozbawiony Dylan, klepiąc mnie po plecach. Następnie obaj zeszli na dół, śmiejąc się pod nosami.
           Odczekałem chwilę, a potem ruszyłem w kierunku najbliższego śmietnika. Nie musiałem nawet tego otwierać. Domyślałem się, co znajdę w środku. Byłem już naprawdę blisko, gdy po raz drugi ktoś złapał mnie za ramię. Tym razem jednak była to całkiem inna dłoń, a uścisk nie był ostry i mocny, a raczej lekki i przyjacielski. Raptownie odwróciłem się, a potem odetchnąłem z ulgą, widząc przed sobą Sam. Uśmiechnęła się szeroko, a jej brązowe oczy spojrzały na pakunek w mojej dłoni.
- Albo masz urodziny albo cichą wielbicielkę, o której nie wiem.
- Prezent od bliźniaków.
- Co tam jest?
- Pewnie to samo, co każdego roku. Jakieś obrzydliwe paskudztwo.
- Serio? 
           Zanim zdążyłem jej odpowiedzieć, zabrała mi pudełko, a potem powoli otworzyła je. Skrzywiła się, widząc białe robaki pełzające wśród trocin. Zamknęła je niemalże od razu, a potem minęła mnie. Wściekle różowe pudło wylądowało na dnie kosza na śmieci. 
- Nie odpowiedziałeś mi na pytanie.
- Które?
- Masz urodziny? – Zacisnąłem lekko usta i kiwnąłem jej głową. – Luke – jęknęła z niedowierzaniem. – Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?
- Nie ma, czego świętować.
- No, przestań. Czekaj, czekaj… To twoje osiemnaste? – Znów pokiwałem głową. – Luke, no! Osiemnastkę ma się raz w życiu!
- Nie obchodzę urodzin.
- Bo? – Wzruszyłem ramionami. W sumie nie miałem na to żadnej dobrej odpowiedzi. – Co zawsze robiłeś z Liamem?
- Co?
- Mogę się założyć, że twój kumpel był z tobą w tym dniu – pociągnęła, jakby to była oczywistość.
- Głównie siedzieliśmy na polanie i…
- Świetnie – przerwała mi z uśmiechem - widzimy się tam o czwartej. – Już chciała się odwrócić, ale ja odezwałem się po raz kolejny.
- Czemu dzisiaj nie było cię w szkole?
- Byłam. Byłam w sumie na ostatniej lekcji, bo mieliśmy test z ekonomii.
- A… A wcześniej?
- Byłam u lekarza.
- Czy... – Cholernie bałem się usłyszeć tego, co mogło w jej przypadku oznaczać słowo lekarz. Zmieszałem się, jak ostatnia sierota, nie mogąc dokończyć pytania.
- To tylko badania kontrolne – powiedziała, jakby czytała mi w myślach. Znów posłała mi szeroki uśmiech, który w jakiś sposób mnie uspokoił. – Są robione z rana, więc musiałam opuścić większość lekcji. Gdyby nie test, w ogóle bym sobie odpuściła. Z drugiej strony cieszę się, że jednak musiałam tu przyjść.
- Dlaczego?
- Bo wtedy pewnie nie wiedziałabym, że masz swoje święto, Lukey. Do zobaczenia później – rzuciła szybko, a potem odwróciła się i pobiegła w stronę samochodu Caluma. Hood opierał się o niego, rozmawiając z Irwinem i Cliffordem, zupełnie nie patrząc w naszą stronę. Wiedziałem, że na razie odpuścił sobie męczenie mnie z powodu kontaktów z jego kuzynką. Zastanawiałem się, na jak długo. Ile potrawa, aż w końcu chłopak znajdzie, jakieś rozwiązanie do ominięcia problemu. Problemu, którym byłem ja.

            Przyszedłem na polanę znacznie wcześniej. Właściwie niemalże od razu po szkole. Zostawiłem w domu tylko swoje rzeczy, odgrzałem pospiesznie jedzenie, które zaraz pochłonąłem w całości, a następnie wyleciałem z budynku, jak oparzony. Powodem tego był to, że mój ojciec zjawił się dzisiaj z pracy znacznie szybciej, niż zazwyczaj. Wolałem omijać go szerokim łukiem. Szczególnie, że nie miał najlepszego humoru.
            Siedziałem na betonowym murku, który był pozostałością po jakimś budynku. Słońce przyjemnie grzało mnie w plecy. W rękach, jak zwykle trzymałem gitarę. Moje palce lekko trącały struny, a ja starałem się, by każdy dźwięk był doskonały. Przerwałem grę po raz kolejny, by zerknąć na zegarek. Było po czwartej, a Sam nadal nie przyszła. Miałem nadzieję, że nic jej nie wypadło. Naprawdę chciałem się z nią dzisiaj zobaczyć. Myśl o spędzeniu samotnie całego dnia na tym pustkowiu, sprawiła, że w jakiś sposób zacząłem się denerwować. Dzisiaj znów poczucie samotności nie było dla mnie przyjemne, choć przecież w jakiś sposób się do tego przyzwyczaiłem.
           Podniosłem bordową czapkę, którą miałem założoną daszkiem do tyłu. Zmierzwiłem lekko swoje blond włosy, a potem ponownie je zakryłem. Wtedy dostrzegłem ruch na skraju lasu. Od razu spojrzałem w tamtym kierunku, po czym zacząłem uśmiechać się, jak kretyn. Przyszła.
           Nie mogłem oderwać oczu od jej ciemno brązowych rozpuszczonych włosów, które lekko skręcały się w loki. Od jej brązowych oczu z wesołymi iskierkami i smukłego ciała, zasłoniętego przez czarne dżinsy i białą, luźną bluzkę z zespołem Kiss, która odsłaniała jej lewe ramię. Zauważyłem, że się uśmiecha. Wtedy zrobiło mi się jeszcze cieplej.
- Przepraszam za spóźnienie – powiedziała od razu, gdy zatrzymała się obok. Dopiero wtedy zauważyłem w jej rękach kolorowy pakunek i siatkę z niewielkim białym kartonikiem.
- Wybaczam – odpowiedziałem, a ona od razu usiadła obok.- Co tam masz?
- Coś dla ciebie.
- Sammy, nie musiałaś – rzuciłem szybko, kręcąc jednocześnie głową.
- Przymknij się, Lukey – odparła, a ja mimo wszystko zaśmiałem się. 
           Postawiła siatki na ziemi, a potem od tak zabrała mi gitarę. Z zaskoczeniem obserwowałem to, co robi. Włożyła ją do futerału, nie zamykając go, a potem z uśmiechem na ustach – który był jeszcze szerszy, niż wcześniej – znów spojrzała na mnie. 
- Zamknij oczy.
- Co?
- Zamknij oczy – powtórzyła, zniecierpliwiona. – No, szybciej…
- Po co?
- Co? Nikt nigdy nie zrobił ci małej niespodzianki?
- Chyba… W sumie to nie wiem – odpowiedziałem, wzruszając ramionami.
- Świetnie, będę niby pierwsza – pociągnęła, a potem klepnęła mnie w ramię. – Zamykaj te swoje cudne niebieskie ślepia.
- Co?
- Luke, no – zajęczała. Zaśmiałem się, ale posłusznie zrobiłem to, czego chciała.
            Usłyszałem, jak zaszeleściła siatka. Następnie doszedł do mnie dźwięk otwieranego tekturowego pudełka. Przez chwilę robiła coś, czego do końca nie potrafiłem zidentyfikować słuchem. W końcu nastąpił cichy pstryk, jakby odpalanej zapalniczki. Wstrzymałem oddech, kiedy poczułem, jak się do mnie przybliża. Byłem pewny, że stoi bardzo blisko. Lekko drgnąłem, gdy oparła się dłonią o moje kolano.
- Już.
            Powoli otworzyłem oczy. Samantha kucała tuż przy moich nogach. Zapatrzyłem się na nią, przez co dopiero po chwili zorientowałem się, co trzyma w dłoniach. Był to mały czekoladowy torcik, który starczyłby na porcje dla dwóch osób. Na górze ozdobiony był bitą śmietaną i wiórkami – również czekoladowymi. Na samym jego środku paliła się niebieska, urodzinowa świeczka w białe paski.
- Wszystkiego najlepszego, Lukey – powiedziała z uśmiechem, podsuwając mi tort pod nos. – Pomyśl życzenie. – Przez chwilę zamyśliłem się, nie mogąc się zdecydować. Było wiele rzeczy, których mogłem sobie życzyć. W końcu postawiłem na jedno konkretne marzenie.
- Chcę, by udało mi się wytrzymać w Sydney do zakończenia szkoły, a potem chcę wyjechać razem z nią do innego miasta i zacząć nowe życie – pomyślałem. Wiem, że było to raczej życzenie dwa w jednym, ale było dość przyziemne, by mogło się spełnić. A tego naprawdę chciałem. Zdmuchnąłem świeczkę.
- O czym pomyślałeś? – zapytała od razu.
- Nie powiem, bo się nie spełni – odparłem ze śmiechem. Pokręciła lekko nosem, a potem znów się uśmiechnęła. Odstawiła torcik na bok, a następnie wstała z miejsca, sięgając po kolorowy pakunek.
- I prezent.
- Sammy, naprawdę nie musiałaś– jęknąłem. Choć gdzieś w środku poczułem przyjemne i miłe uczucie. Wcześniej prezenty dostawałem jedynie od Liama i babci, pomijając oczywiście paskudne podarunki od bliźniaków.
- Jeszcze raz wszystkiego najlepszego! – zawołała, ignorując moje słowa. Wcisnęła mi pakunek w ręce, a potem pocałowała w policzek. Miejsce, w które dotknęły mnie jej usta od razu zrobiło się gorące. – Mam nadzieję, że chociaż trochę ci się spodoba. Nie miałam zbyt wiele czasu na szukanie prezentu, bo nie byłeś skory pochwalić się wcześniej, że masz urodziny. –Spojrzałem na nią, a ona zrobiła minę niewiniątka, która mnie rozbawiła.
           Ułożyłem pakunek na kolanach, a Sam wróciła na swoje poprzednie miejsce, siadając obok mnie. Prezent był idealnie i równo zapakowany, że aż było mi szkoda rozrywać ten kolorowy i gładki papier. Zerknąłem na nią. Na jej twarzy wymalowało się zniecierpliwienie. Uśmiechnąłem się pod nosem po raz kolejny, a następnie rozwiązałem srebrną wstążkę. Następnie powoli rozerwałem papier. 
             Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to Green Day. A raczej czarny kubek z wizerunkiem członków zespołu i zielonym napisem, który ociekał, aż po sam dół. Pod spodem znajdowała się silikonowa opaska z Batmana, a jeszcze niżej biało-czarna bluzka z długim rękawem, również z logiem i nazwą zespołu Green Day oraz duża czekolada.
- Jest, aż tak źle? – zapytała ciszej, a ja zaśmiałem się, kręcąc głową. Odwróciłem się w jej stronę. Zacisnęła lekko usta. – Za dużo Green Day’a?
- Nie… Wcale nie za dużo. Podoba mi się.
- Serio? Czy mówisz tak, by mnie pocieszyć?
- Serio, serio- odpowiedziałem, łapiąc za opaskę. Wyciągnąłem ją z opakowania i od razu naciągnąłem na rękę. – Czemu akurat Green Day?
- Bo… Śpiewałeś ich piosenkę u mnie w pokoju. I jak to zobaczyłam w sklepie to… Nie mogłam się powstrzymać.
- Jest ekstra.
- Mam tylko nadzieję, że trafiłam z rozmiarem.
- Nawet, jak nie, to i tak jej nie oddam. Dziękuję. – Uśmiechnęła się. – Masz ochotę na kawałek tortu?
- Już myślałam, że tego nie zaproponujesz – odparła, a ja zaśmiałem się. – Czym to pokroimy?
- Może… Spróbujmy to przepołowić wieczkiem od kartonu.
            Kiwnęła mi głową, podając mi górę od pudełka, w którym wcześniej ukryty był torcik. Rozłożyłem ją, starając się nie naruszyć ostrzejszej krawędzi. Sam ustawiła tort na murku, przetrzymując palcami białą podstawkę, na której stał. Wymierzyłem, by każde z nas dostało mniej więcej po tyle samo, ale ona przesunęła moją dłoń bardziej w bok. Spojrzałem na nią lekko zaskoczony.
- To twoje urodziny. Powinieneś zjeść większy kawałek.
            Uśmiechnąłem się, a potem przedzieliłem torcik na dwie nierówne części. Każdy dostał po swoim kawałku. Przez chwilę zajadaliśmy się nim, wymieniając krótkie uwagi na temat jego smaku i poszczególnych składników, jakie w nim znaleźliśmy. Bo oprócz czekoladowego kremu, wiórek i bitej śmietany miał w sobie drobne truskawki. Był naprawdę bardzo dobry. I słodki.
- Ubrudziłaś się – powiedziałem ze śmiechem, kiedy oblizałem usta, pozbywając się kremu.
- Gdzie? Mocno?
- Tutaj… Poczekaj.
            Nie wiele myśląc wyciągnąłem dłoń w jej stronę. Otarłem kciukiem kącik jej warg. Spojrzałem na nią. Ona też patrzyła na mnie. Przez moment zatopiłem się w jej ciemnych tęczówkach. Dopiero po chwili zorientowałem się, że nadal dotykam jej ust, przejeżdżając delikatnie po nich palcem. Miałem wrażenie, że Sam wstrzymała oddech. Między nami zapanowała cisza, a jedyne co słyszałem, to swój oddech i szybciej bijące serce, które przyspieszało z każdą minutą.
            Nie wiem, co mi odbiło, że podążyłem za jedyną myślą, która pojawiła się w mojej głowie. Pocałuj ją. Po porostu pocałuj ją, kretynie. I zrobiłem to. Z cieniem zawahania, ale zrobiłem to. A ona… Ona od razu odpowiedziała tym samym.
            Gdy tylko jej miękkie wargi dotknęły moich, uderzyło we mnie błogie i przyjemne ciepło. Byłem pewny, że moje policzki oblały się czerwienią, ale na daną chwilę miałem to gdzieś. Z drugiej strony nie potrafiłem tego zwalczyć. Sam właśnie w taki sposób na mnie działała. 
            Kiedy poczułem jej dłonie na swoim karku, zapragnąłem mieć ją znacznie bliżej siebie. Jakby dziewczyna znajdowała się za daleko. Moje ręce powoli powędrowały w stronę jej ud. Niemalże wciągnąłem ją na swoje kolana, a ona bez protestów zajęła na nich miejsce. Zaasekurowałem ją dłońmi, błądząc nimi po jej plecach. Naparła na mnie mocniej, przyciskając się do mojej klatki piersiowej. Byłem pewny, że od tego wszystkiego zaraz oszaleję. Tempo pocałunku wzrosło, zmieniając go na bardziej zachłanny, niemalże chciwy. Nasze języki idealnie współgrały ze sobą, znajdując odpowiedni rytm. Wsunąłem dłoń pod jej koszulkę, czując, jak przechodzi ją pojedynczy dreszcz. Zatrzymałem się tuż nad linią spodni, przejeżdżając palcami po jej gładkiej skórze. W tym momencie nie liczyło się nic innego, jak tylko nasza dwójka, w naszym miejscu, oddalonym od ciekawskich i wrogich spojrzeń.
             Oderwała się, spoglądając głęboko w moje oczy. Wziąłem powolny oddech, który był nieco przerywany z tych wszystkich emocji i tego, co czułem do tej dziewczyny. Byłem w niej zakochany po uszy i nawet nie próbowałem sobie wmawiać, że jest inaczej. Uśmiechnęła się, trącając lekko swoim nosem mój. Chciałem złączyć nasze usta raz jeszcze, po to by kolejny raz móc odpłynąć. Wtedy jednak rozbrzmiał dźwięk telefonu. Przekląłem cicho pod nosem. Zaśmiała się, dając mi jednocześnie znać, że to słyszała.
- Odbierz. – Nie chciałem, by się odsunęła choćby na milimetr, więc objąłem ją jedną dłonią, a drugą sięgnąłem po dzwoniącą komórkę. Wyciągnąłem ją z kieszeni. Dzwonił Liam. Odebrałem.
- Tak?
- Stary! Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! – wykrzyczał przyjaciel, a ja musiałem odciągnąć telefon od ucha, by nie ogłuchnąć.
- Dzięki i…
- Jesteś u babci?
- Co? Nie. Jestem tam, gdzie zawsze.
- Standardowo. Polana nadal jest taka boska, jak dawniej? – zapytał. Spojrzałem na Sam, która uśmiechała się lekko. Poczułem przyjemny dreszcz, gdy zaczęła bawić się kosmykami moich włosów, które wystawały spod bordowej czapki.
- Jest boska – odpowiedziałem, choć w tym momencie nie byłem pewny, o co mnie dokładnie zapytał, bo Sam skutecznie potrafiła mnie zdekoncentrować.
- Muszę kończyć. Pogadamy wieczorem? – wyrzucił z siebie, a ja lekko zagryzłem wargę.
- Pewnie.
- Świetnie. Jeszcze raz najlepszego, stary!
- Dzięki.
          Zdążyłem to powiedzieć, a Liam rozłączył się. Zerknąłem na wyświetlacz. Poczułem się odrobinę rozczarowany, że zakończył połączenie tak szybko. Z drugiej jednak strony nie mogłem paplać w nieskończoność, bo Sam zanudziłaby się na śmierć. No i Liam też ma swoje własne życie i sprawy w Melbourne, więc nie mogę go zmusić, by poświęcił mi więcej czasu.
- Lukey – powiedziała cicho, kiedy wsunąłem telefon z powrotem do kieszeni. Zerknąłem na nią, a ona uśmiechnęła się lekko. Jej palce nadal trącały moje włosy, co łagodziło negatywne odczucia.
- Sammy?- Przysunęła się bliżej i lekko musnęła moje usta swoimi. Chciałem od razu wrócić do tego, co przerwaliśmy, ale ona odsunęła się. Ukryłem cichy jęk niezadowolenia, tłamsząc go w sobie.
- Zagrasz coś? Proszę?
- O ile nie każesz mi śpiewać – odparłem, a ona zaśmiała się. Jej śmiech był zaraźliwy, więc nic dziwnego, że zaraz zrobiłem to samo.
- Masz dzisiaj swoje święto. Do niczego nie zmuszam.
- Skoro chcesz, to zagram coś – powiedziałem, a ona obdarzyła mnie kolejnym szerokim uśmiechem.

            Czułem, jak Sam nie spuszcza ze mnie wzroku. Jak dokładnie śledzi każdy mój ruch, wsłuchując się w melodię, którą grałem. Postarałem się dzisiaj omijać smętne melodie. W końcu ten dzień nie był jednym z tych smutniejszych. Byłem z nią tu, a to powodowało, że czułem się szczęśliwy.
           Grałem może ponad pół godziny, gdy siedząca obok mnie Hood drgnęła. Spojrzałem na nią. Wpatrywała się gdzieś przed siebie. Zmarszczyła lekko czoło. Od razu podążyłem wzrokiem w kierunku lasu. Dopiero wtedy ich zobaczyłem. Dwójka chłopaków szła w naszą stronę, rozmawiając między sobą. Jeden z nich taszczył w rękach siatki, a drugi olbrzymie pudło z pizzeri. Zatkało mnie na tyle, że ręce odmówiły mi posłuszeństwa. Przyjechał. Liam przyjechał do Sydney.
           Odłożyłem gitarę, podrywając się do pionu. Nie mogłem oderwać od niego oczu, bojąc się, że jak tylko to zrobię, to mój przyjaciel po porostu zniknie. Zaśmiał się na widok mojej miny, która w tym momencie naprawdę musiała być idiotyczna.
- Luke! – krzyknął, a ja uśmiechnąłem się na dźwięk jego głosu. Naprawdę tu był. 
           Podał siatki nieznajomemu chłopakowi, który wziął je w wolną rękę. Podbiegł do mnie, a potem wlepił się w moje ciało. Objął mnie mocniej, uderzając czubkiem głowy w moją brodę. Jego brązowa czupryna lekko załaskotała mnie w twarz, gdy odrobinę się wyprostował. Kątem oka zauważyłem, jak nieznany mi chłopak i Sam uśmiechają się, a potem podają sobie dłonie, jakby się zapoznawali.
- Co ty tu robisz? – zapytałem, kiedy Liam w końcu mnie puścił.
- Jak to, co? Masz osiemnaste urodziny! Musiałem tu być! – powiedział z nieukrywanym entuzjazmem. Ten dzień nie mógł być lepszy. – Musisz kogoś koniecznie poznać. – Złapał mnie za rękę, ciągnąc w stronę pozostałej dwójki. – Luke, to mój chłopak David. – Spojrzałem na niego, zatrzymując wzrok na zielonych tęczówkach, nieco jaśniejszych od Liama i dłuższych brązowych włosach, które dotykały jego karku i ramion. – David, to Luke.
- Sporo o tobie słyszałem – powiedział, podając mi rękę. Szybko odwzajemniłem ten gest.
- Ty jesteś Samantha - odparł Liam. To nawet nie było pytanie, a czyste stwierdzenie. Zagryzłem wargę, gdy spojrzała na mnie rozbawiona. – Luke mi o tobie opowiadał…
- Niewiele – skłamałem, choć któregoś wieczoru paplałem o niej z dobrą godzinę, jak i nie dłużej, a biedny Liam musiał tego wysłuchiwać. Było to jednak silniejsze ode mnie.
- Dużo – poprawił mnie przyjaciel. Jak zwykle.
- Ja też o tobie słyszałam i cieszę się, że w końcu mogę cię poznać.
- Skoro mamy za sobą pierwsze uprzejmości, przejdźmy do konkretów i zjedzmy coś.
- Coś? – wydusiłem z siebie.
- Wzięliśmy największą pizzę, jaką mieli w naszej ulubionej pizzerii – rzucił Liam, podchodząc do położonego na murku kartonu. – Ej! Skąd masz taką fajowską bluzkę z Green Day’em?
- To prezent – powiedziałem szybko.
- Sam, to od ciebie? – Pokiwała głową. – Też chce taką. Przyjdziesz na moje urodziny? – wypalił, a ona ze śmiechem od razu się zgodziła. Zapowiadało się naprawdę przyjemne spotkanie. Zabrakło w tym składzie jeszcze mojej babci, bo wtedy miałbym wszystkie najbliższe osoby w komplecie.
- Komu piwo?- zapytał David.
- Jestem autem – odpowiedziałem, wskazując na samochód.
- A ja chętnie się napiję – odezwała się Sam. Uniosłem brwi do góry, a ona uśmiechnęła się niewinnie. - Co? – wypaliła, kiedy dalej gapiłem się na nią, sprawdzając, czy mówi poważnie.
- Czy ty… No, wiesz…
- Odrobina piwa jeszcze nikomu nie zaszkodziła – powiedziała z uśmiechem, odbierając od Davida otwartą butelkę.
- Już ją lubię- skwitował Liam, a dziewczyna zaśmiała się.

           Od jakiegoś czasu na dworze panowała ciemność. My jednak nadal siedzieliśmy na polanie. Odpaliłem samochód i przestawiłem go tak, by światła, choć odrobinę rozświetlały nam otoczenie. Liam szybko dorwał się do mojego radia, włączając muzykę, która grała nam w tle. Jedliśmy i piliśmy. Oni dalej sączyli piwo, a ja raczyłem się pepsi, popijając ją prosto z dużej butelki. Rozmów nie było końca.
           Po jakimś czasie Sam i David odeszli kawałek dalej, zostawiając nas samych, byśmy mogli porozmawiać na osobności. Zerknąłem na dziewczynę, która poprowadziła chłopaka do końca polany, o czymś mu opowiadając. David śmiał się pod nosem, a ten dźwięk niósł się po tym pustkowiu, docierając w każdy jego zakamarek. Oderwałem od niej wzrok, czując, jak Liam wlepia we mnie swoje zielone oczy.
- Co? – zapytałem, gdy przyjaciel zaczął się szczerzyć, ukazując mi rząd swoich nieco krzywych zębów. Nawet teraz dostrzegłem na nich drucik i przezroczyste klamerki, jakie miał założone. Doskonale pamiętałem ten dzień, w którym założyli mu aparat. Było to niedługo przed przeprowadzką do Melbourne, a Liam rozpaczał, że z tym gównem na zębach nigdy nikogo sobie nie znajdzie. Jak widać, mylił się.
- Lubię ją. Masz, więc moje pełne błogosławieństwo…
- Przestań – mruknąłem, a i tak nie mogłem powstrzymać zdradzieckiego uśmieszku, który wkradł się na moją twarz. Liam zachichotał.
- Jakie przestań? Widać, że między wami coś jest.
- Przyjaźnimy się tylko.
- Oczywiście – powiedział, kiwając teatralnie głową. Uderzyłem go w ramię. Skrzywił się, a potem znów zaśmiał, wydając z siebie lekki pisk. – Powiedziałeś jej, tak?
- O czym?
- Wiesz, o czym. Mówiłeś, że je powiedziałeś.
- I co?
- I nie uciekła tak, jak Lisa. To już, o czymś świadczy.
- Być może jeszcze ucieknie.
- Przestań, Luke – odparł, przekręcając oczami. – Czujesz się przy niej lepiej, więc zacznij tą pozytywną energię przenosić na inne aspekty swojego życia. Zmień nastawienie, to ci dobrze zrobi. – Wziął głęboki oddech, znów wpatrując się we mnie. Ja dla odmiany skoncentrowałem się na swoich długich palcach u obu dłoni. – Naprawdę się o ciebie martwię. Szczególnie, że nie ma mnie na miejscu…
- Liam…
- Nie, posłuchaj. Nie jest łatwo, kurwa… Nigdy nie miałeś łatwo, ale ja to widzę i słyszę.
- Co?
- Że odkąd pojawiła się Sam, jest inaczej. Ty się zmieniłeś. Odrobinę, ale się zmieniłeś. Widzę to w tobie, słyszę to w twoim głosie za każdym razem, gdy rozmawiamy przez telefon. To dobra zmiana. Myślę, że los w końcu postanowił coś z tobą zrobić. Coś lepszego. Jakoś zareagować, rzucając na twoją drogę Sam. Nie spieprz tego. Nie odcinaj się od niej, bo coś ci się ubzdurało…
- Ubzdurało?
- A czy bzdurą nie jest tekst: jesteśmy, tylko przyjaciółmi?
- To nie takie proste, Liam…
- Bo, co? – Znowu mi przerwał. Przekręciłem oczami. – Bo jest kuzynką Hooda? Nikt nie powinien wpieprzać się w relacje innych osób i…
- Ale się wpieprzają – mruknąłem, a on ciężko westchnął.
- Nie spieprz tego – powtórzył, upijając łyk piwa. – Po porostu tego nie spieprz.

~***~
          Skończyliśmy spotkanie po dwunastej. Wszyscy, w jakiś sposób byli już zmęczeni – ja porannym wstawaniem, chłopaki podróżą, a Luke… W sumie tryskał energią, jak nigdy wcześniej. A był to naprawdę przyjemny i cudowny widok.
          Kiedy Hemmings pakował wszystko do samochodu, ja i Liam sprawdziliśmy jeszcze raz polanę. Nie chcieliśmy zostawić po sobie żadnych śmieci. Odeszliśmy kawałek dalej od pozostałej dwójki. Skupiłam się na ziemi, przejeżdżając po niej wzrokiem kawałek po kawałku.
          Nagle chłopak lekko puknął mnie w ramię. Od razu podniosłam głowę i spojrzałam na niego. Widziałam, jak zacisnął usta, a potem cicho wypuścił powietrze z płuc. Zerknęłam przez ramię. David i Luke, o czymś rozmawiali, zupełnie nie zwracając na nas uwagi. Moje ciemne oczy znów skupiły się na Liamie. Lekko kiwnęłam głową.
- Co jest?
- Mam, tylko jedną prośbę – wyszeptał, a ja musiałam mocniej się nachylić, by móc go lepiej słyszeć.
- Co takiego?
- Wiem, że Luke cię bardzo lubi. Ty go też, prawda? – Szybko pokiwałam głową. – Nie skrzywdź go, proszę – dodał, a ja, aż wstrzymałam oddech.
           Byłam zaskoczona jego słowami i nawet nie próbowałam tego ukryć. Liam zamrugał oczami. Zerknął przez ramię, a potem znów odwrócił się w moją stronę.
- Luke i tak ma ciężkie i chujowe życie. Nie chcę, by… Nie chcę, by znów się załamał.  
           W tym momencie Liam bardzo przypominał mi Caluma, który też dbał o moje dobre samopoczucie, a także jakby nie patrzeć, o zdrowie psychiczne. Liam był takim Calumem dla Luke'a. Musiałam mocniej zacisnąć zęby, bo te jego słowa w tym szczególnym dniu, naprawdę mnie wzruszyły. Cieszyłam się, że Hemmings nadal ma kogoś, kto się o niego martwi, choć nie może być już tak blisko niego, jak kiedyś.
- Nigdy mu tego nie zrobię – odpowiedziałam, a on uśmiechnął się lekko. Kiwnął mi głową.
- Ej! Idziecie?! – zawołał David.
- Nie mów mu o naszej rozmowie.
- Jasne, obiecuję.

           Luke zawiózł Liama i Davida do ciotki tego pierwszego. Mieli u niej przenocować, a potem z samego rana udać się na lotnisko, by wrócić do Melbourne. Potem blondyn ruszył znaną mi trasą, by w końcu skręcić na osiedle. Minęliśmy jego dom, który już kiedyś miałam okazję zobaczyć z zewnątrz. Był jednym z tych bardziej rozbudowanych i większych, jakie można tu spotkać. Idealnie biały i nienaganny pod względem całościowym. Następnie przejechaliśmy niedaleko domu Caluma, by na końcu zatrzymać się przy moim.
- Dziękuję za dzisiejszy dzień – powiedział z uśmiechem.
- Cała przyjemność po mojej stronie.
- Mogę… Mogę cię o coś zapytać?
- Pewnie.
- O czym rozmawiałaś z Liamem? – wypalił. Musiałam szybko znaleźć, jakieś solidne kłamstwo, w które uwierzy. W końcu obiecałam, że nic nie powiem.
- Gratulowałam mu idealnego pomysłu z niespodzianką – odpowiedziałam, odwzajemniając jego uśmiech, który nadal gościł na jego ustach. – Naprawdę trafił. Twoja mina była bezcenna, Lukey.
- Nawet nie zaprzeczę – powiedział ze śmiechem. 
- Jeszcze raz wszystkiego najlepszego – rzuciłam. Nachyliłam się i pocałowałam go szybko w policzek, czując przyjemny zapach jego perfum. – Widzimy się w szkole.
- Widzimy się – odpowiedział, kiwając głową. Wysiadłam z samochodu i poszłam w stronę drzwi.

~***~
           Wszedłem do cichego i ciemnego domu. Ściągnąłem bluzę i buty. Już chciałem ruszyć w kierunku schodów, gdy z kuchni wyłonił się mój ojciec. Zazwyczaj o tej porze rodzice już spali, ale najwidoczniej Adam musiał się przebudzić. Zmierzył mnie wzrokiem od góry do dołu.
- A ty, co? Zapomniałeś, gdzie mieszkasz?
- Byłem z przyjaciółmi – odpowiedziałem od razu. Zasada była prosta. On pyta, ja odpowiadam. Inaczej jego ciśnienie mogło wzrosnąć, a ja byłem łatwym celem do wyładowania się.
- Z przyjaciółmi? – zakpił. – Ty nie masz przyjaciół. Kto chciałby się zadawać z takim zerem, jak ty? – wyrzucił z siebie. Zabolało. Mimo wszystko, że nie uwierzyłem w żadne jego słowo, to i tak zabolało. 
           Ojciec odwrócił się i poszedł na górę. Usłyszałem, jak zamyka drzwi od sypialni. Odczekałem chwilę, by mieć pewność, że już stamtąd nie wyjdzie, a potem sam wszedłem na piętro. Choć jego słowa były gorzkie, to jednak nie był wstanie zepsuć mi humoru. Nie dzisiaj. Nie po tak fantastycznym spotkaniu na polanie. Nie po tym, co zaszło między mną a Sam. Nie po tym, jak znów zobaczyłem Liama. Nic dziwnego, że jak tylko znalazłem się u siebie, znowu zacząłem się szeroko uśmiechać, jakbym był najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Dziś, to ja wygrałem. Nie on. 


***
Nasz Lukey miał urodziny, więc dostał odrobinę wytchnienia od problemów, choć bliźniaki i tak musieli go dorwać. No i pojawił się z tej okazji jego przyjaciel Liam :) 
Mam nadzieję, że rozdział Wam się spodobał. 

Dziękuję Wam za wszystkie komentarze, które uwielbiam i które są naprawdę solidnym kopniakiem do pracy. Ale to wiecie :)

Przypominam o możliwości zadawania mi pytań odnośnie fabuły i bohaterów na Asku - link w kolumnie Menu. Wiem, wiem... Powtarzam się, ale może ktoś będzie miał ochotę z tego skorzystać :D

Chcecie następny rozdział klasycznie w niedzielę czy zrobić kolejny wyjątek od reguły i wrzucić go w środę? Dajcie znać :)

Pozdrawiam!

14 komentarzy:

  1. Dziewczyno, Ty czytasz mi w myślach czy jak? Ja czytając rozdział miałam nadzieję, że być może rozdział pojawi się wyjątkowo w środę. Tak, chcemy rozdział w środę. Bynajmniej ja ;)
    Fajnie, że Lukey miał swój dzień. Nawet ten pajac zwany jego ojcem nie zdołał zepsuć mu humoru. Bardzo dobrze! Aa i ta chwila bliskości Sam i Luke'a xD ja tak czytam, czytam i myślałam, że dojdzie do czegoś więcej. No, ale spoko, na to mogę jeszcze poczekać haha :D szkoda, że Liam przyjechał na tak krótko..
    Do następnego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heheh może rozwijam umiejętności przewidywania tego, czego chcą moi czytelnicy heheh :) Więc mamy głos na środę.
      Myślę, że Luke potrzebował takiego dnia wytchnienia - to mu dobrze zrobi.
      Dziękuję za tak świetny komentarz!
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Bardzo, ale to bardzo chcemy następny rozdział w środę. Rozdział genialny, bardzo się cieszę z pocałunku Luke'a i Sammy ♥ Nawet ten idiota zwany ojcem Luke'a nie zepsuł mu tego dnia i dobrze! 18 urodziny ma się raz w życiu. Polubiłam Liama.
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podobał :) Okej, koduję, że kolejny głos pad na środę.
      Dziękuję bardzo za komentarz!
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Ja też się podpisuję pod tym, żeby następny rozdział pojawił się w środę!!!
    A co do rozdziału to (ja zawsze) ŚWIETNY!! Oh yeah- kolejny pocałunek Luke’a i Sammy<3 Uwielbiam ich razem. W odwiedziny wpadli David i Liam z czego, nie ukrywam, bardzo się cieszę. Już ich lubię!:) Chociaż, kiedy przeczytałam „Dwójka chłopaków szła w naszą stronę, rozmawiając między sobą.” trochę się przestraszyłam, że ci cholerni bliźniacy, śledzili Sammy, żeby sprawdzić co robi i postanowili złożyć im wizytę (chociaż są na tyle głupi, że wątpię by na to wpadli)… Ale na szczęście wszystko (pomijając rodziców Luke’a oraz Hood’a i jego bandę) jest super;) Mam nadzieję, że życzenia Luke’a się spełni!:)
    Jestem strasznie ciekawa co zgotowałaś bohaterom w następnym rozdziale!
    Pozdrawiam i życzę w weny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okej, odhaczam kolejny głos na środę :)
      Dziękuję bardzo za tak miły komentarz. Cieszę się, że rozdział Ci się spodobał. Fakt, można było pomyśleć, że to bliźniaki pojawili się na polanie - i szczerze, dopiero teraz to zauważyłam, bo wcześniej czytając to nawet na to nie wpadłam :)
      Również pozdrawiam!

      Usuń
  4. Hej! Proszę cię daj kolejny rozdział w środę. Nie wytrzymam z ciekawości do niedzieli. Proszę cię nie rób mi tego. Rozdział wyszedł super jak zawsze. No i w końcu pojawił się Liam. Mam nadzieję, że Luke i Sam będą razem, a bliźniaki dadzą mu w końcu spokój. Nie rozpisane się dalej bo jak zacznę to ciężko będzie skończyć. No to pozdrowienia i do następnego(mam nadzieję, że w środę). Karolina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odnotowuję kolejny głos na środę i jak na razie wszystko wskazuje na to, że faktycznie rozdział pojawi się w środę :) Cieszę się, że Ci się podobało :)
      Pozdrawiam również :)

      Usuń
  5. Wychodzi na to że moje urodziny wypadły w urodziny luke'a xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze zajarzyłam, że dziś masz urodziny? Jeśli tak to WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO - jeśli nie to, składam już na zaś :D

      Usuń
  6. Nienawidzę ojca Luka i tych przeklętych bliźniaków - ale to wiadome. Dobrze, że Luke ma kogoś takiego, jak Sam. I jak on się o nią biedny martwił - uwielbiam tu Hemmo, jest po prostu do schrupania. No i mamy kolejny ich pocałunek! Byłam pewna, że może posuną się odrobinę dalej, ale... zadzwonił telefon :P Jest i Liam - lubię go tak samo, jak jego chłopaka. Naprawdę wydają się być w porządku. Dobrze, że Luke dostał małą odskocznię od problemów i mógł spędzić ten czas w tak miłym gronie.
    OCZYWIŚCIE OBSTAWIAM ŚRODĘ! Nie mogę się doczekać nn
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że nikt ich nie lubi :) Hahaha do posunięcia się dalej, to chyba dla nich jeszcze nie czas :)
      Cieszę się, że Liam zdobył Twoją sympatię :)
      Okej, odhaczam kolejny głos na środę.
      Pozdrawiam i dzięki za komentarz!

      Usuń
  7. Witaj !
    Zostałaś przeze mnie nominowana do LBA. Więcej informacji dotyczących nominacji znajdziesz na moim blogu: http://zaklad-lukehemmings-fanfiction.blogspot.com W ZAKŁADCE Liebster Blog Award.

    OdpowiedzUsuń