środa, 17 lutego 2016

Rozdział 15

Heaven is a place on Earth with you


          Z początku w ogóle nie planowałam pójścia na imprezę do Michaela. Miałam po dziurki w nosie szkolnego towarzystwa, które coraz bardziej zaczynało mnie irytować. Mimo wszystko organizował to Clifford. A on tak samo, jak Ashton, nadal pozostawali w kręgu moich bliskich przyjaciół. W końcu cała trójka – bo dołączył do nich też i mój kuzyn – namówili mnie na sobotnie wyjście, by się trochę rozerwać. Byłam przekonana, że dom chłopaka będzie pękał w szwach, bo ludzi będzie sporo. Z tego, co udało mi się dowiedzieć, były też zaproszone osoby z innej szkoły, które znały się z chłopakami. Zapowiadała się, więc wielka i huczna impreza.
          Pokręciłam nosem stojąc przy szafie. Choć dochodziła dopiero pierwsza, to ja już zaczęłam się zastanawiać nad potencjalnym strojem. Nie chciałam wyglądać, jak miernota, ale też nie jak plastikowa lala, którą nie byłam. Nie należałam do dziewczyn, które przy każdej nadarzającej się okazji świecą gołym biustem lub tyłkiem. Dlatego starałam się wybrać coś odpowiedniego, co będzie idealne i w dobrym smaku. Liczyłam na to, że pomoże mi mama. Pomęczyłam ją z dobre pół godziny, ale rodzicielka sama w końcu skapitulowała, słysząc moje jęczenia i zaszyła się w kuchni, wykręcając się robieniem obiadu. Z doborem stroju musiałam, więc radzić sobie sama.
           Miałam zamiar wrócić do pokoju i po raz kolejny przejrzeć porozrzucane ubrania. Już dotarłam do schodów, kiedy usłyszałam dzwonek. Moja mama krzyknęła słynne: Sam otwórz. Podeszłam do drzwi i szybko je otworzyłam. Luke odwrócił się w moją stronę, a na jego twarzy wymalował się szeroki uśmiech. Zaraz odpowiedziałam tym samym, wpuszczając go jednocześnie do środka.
- Nie przeszkadzam?
- Pewnie, że nie – odpowiedziałam, czekając, aż ścięgnie buty.
- Cześć, Luke – rzuciła moja ciekawska mama, która oczywiście musiała wyłonić się na hol, by zobaczyć, kto pojawił się w naszym domu.
- Dzień dobry pani Hood – powiedział od razu blondyn.
- Zostaniesz na obiedzie? – pociągnęła matula. Chłopak spojrzał na mnie, a potem znów skupił się na niej.
- Jeśli…
- To zostaniesz – przerwała mu szybko, a następnie zniknęła nam z oczu. Luke uniósł brwi do góry, a potem zaśmiał się cicho. Przez chwilę spoglądałam na niego, z zadowoleniem. Najwidoczniej dzisiaj Hemmings też miał lepszy humor, co naprawdę mi odpowiadało.
           Machnęłam na niego ręką. Oboje ruszyliśmy w stronę schodów. Weszliśmy na górę. Po chwili znaleźliśmy się u mnie w pokoju. Luke był już tu nie raz, więc od razu chciał zaatakować łóżko i się na nim rozłożyć. Dostrzegł jednak, że jego ulubiona miejscówka jest zawalona ubraniami. Podniósł do góry jedną brew, spoglądając na mnie pytającym wzrokiem.
- Sprzątanie? – zapytał, wskazując na kolorową stertę.
- Szykowanie – odparłam, zamykając za nami drzwi.
- Nie wiedziałem, że gdzieś wychodzisz – powiedział powoli i zawahał się. – Naprawdę nie chcę ci przeszkadzać.
- Daj spokój, nie przeszkadzasz. Impreza jest dopiero wieczorem.
- Impreza?
- U Michaela – odpowiedziałam szybko. – Jestem umówiona na ósmą.
- Och… Okej. 
           Rozejrzał się po pomieszczeniu, a potem usiadł na krześle, które stało przy biurku. Zerknął na stojącego laptopa, a potem poruszył myszką. Ekran rozjaśnił się, ukazując włączoną playlistę. Chłopak od razu włączył pierwszą piosenkę.
- Co cię do mnie sprowadza, Luke? – zapytałam, odgarniając ubrania i siadając na łóżku.
- W sumie… Nic konkretnego. Nie chciałem być… w domu. Jesteś o wiele lepszym towarzystwem.
- Myślałam, że powiesz, że się za mną stęskniłeś – wypaliłam, a jego błękitne tęczówki znów zwróciły się w moją stronę. Zauważyłam, jak jego policzki leciutko się zaczerwieniły.
- Może.
- Jasne, bądź tajemniczy, Hemmings – powiedziałam, a on zaśmiał się.
- Stęskniłem się – odparł, wzruszając ramionami. Prychnęłam cicho pod nosem, a potem złapałam za poduszkę i niewiele myśląc, rzuciłam nią w niego. Chłopak podskoczył. Spojrzał na mnie z wyrzutem. Parsknęłam śmiechem. – Przecież powiedziałem prawdę!
- Oczywiście.
- Serio.
- Jasne.
- No, tak – ciągnął swoje, co dodatkowo mnie rozbawiło. Luke zerknął na mnie, lekko przygryzając wargę, a potem sam zaśmiał się pod nosem. – Mówię poważnie – dodał, odrzucając w moją stronę poduszkę. 
           Teatralnie skrzyżowałam ręce na piersi. Założyłam nogę na nogę, by moja poza udawanej nadąsanej panienki była jeszcze bardziej przekonująca. Odwróciłam głowę z obrażoną miną. Słyszałam jego śmiech, więc musiałam naprawdę mocno się postarać, by zaraz do niego nie dołączyć.
           Wstał z miejsca i po chwili już siedział obok. Objął mnie, dotykając palcami mojej odsłoniętej skóry na ramieniu. Poczułam przyjemny i szybki dreszcz na plecach, gdy to zrobił. Zerknęłam na niego. Zamrugał oczami, w dalszym ciągu się uśmiechając.
- Naprawdę się stęskniłem – powiedział ciszej. – Wczoraj widzieliśmy się, tylko w szkole. Tak strasznie tęskniłem – pociągnął głosem małego dziecka. Nie wytrzymałam i zaśmiałam się. – O! Lubię ten kawałek.
- Ja też. 
           Odgarnęłam jedną ręką ubrania za naszymi plecami, a potem pociągnęłam blondyna w tył. Oboje padliśmy na materac. Zamilkliśmy, by móc wsłuchać się w tekst i melodię utworu. Przysunęłam się do niego jeszcze bardziej. Zerknął na mnie i znów się uśmiechnął. I mogłam tak się na niego patrzeć godzinami.

~***~
           Po zjedzonym obiedzie, położyłem się na wygodnym łóżku Sam, które było jednym z najlepszych miejsc w tym domu. Dziewczyna przesunęła ubrania na sam koniec, więc legalnie mogłem się wyciągnąć i mieć na nią dobry widok. Choć najchętniej zgarnąłbym ją i zmusił do tego, by leżała tu ze mną. Leżenie i słuchanie muzyki, a także prowadzenie rozmów w takiej pozycji, stało się moim ulubionym zajęciem, gdy byliśmy w domu. Niestety teraz musiałem to sobie odpuścić, bo dziewczyna zabrała się za ponowne wybieranie stroju na imprezę u Clifforda.
- Co myślisz o tym?- zapytała, machając białą bluzką. 
           Uniosłem brwi do góry. To było kolejne z rzędu podobne pytanie. Jak dla mnie Samantha wyglądałaby w każdym zestawie idealnie. Wszystko przez to, że byłem w nią wpatrzony, jak w pieprzony obrazek, który przysłania mi resztę świata. Nie byłem, więc dobrym obiektywnym sędzią, jeśli chodzi o pomoc w doborze odpowiedniego zestawu.
- Podoba mi się.
- Znowu – mruknęła ze śmiechem. – Nie pomagasz.
- Bo się na tym nie znam – odpowiedziałem, broniąc się. – Wszystkie są w porządku.
           Byłem w ogóle zdziwiony, że Sam pyta mnie o zdanie. To też dla mnie była jakaś tam nowość, bo przeważnie nikt wcześniej nie był zainteresowany tym, co myślę. No, może oczywiście oprócz Liama i babci. Ale z nimi raczej nie wybierałem ubrań na imprezę. Więc, tak… To jednak było dla mnie coś nowego.
- A czarna?
- Też jest spoko. – Dziewczyna przekręciła oczami. – Chociaż czekaj…
           Podniosłem się do pozycji siedzącej. Chciałem bardziej się w to zaangażować, by nie pomyślała, że się nudzę. Bo prawda była taka, że to nie było nudne. Było inne, ale na swój sposób ciekawe. W sumie mogłem się na nią legalnie gapić, więc to mi jak najbardziej odpowiadało.
- Załóż tą – dokończyłem, podając jej inną bluzkę, która była nieco dłuższa, niż reszta.
- Czemu akurat ta? – zapytała, rozkładając ją. Wcześniej już mogłem rzucić na nią okiem, bo Sam wielokrotnie przekładała tą część garderoby z miejsca na miejsce.
- Lubię niebieski – powiedziałem, wracając do leżenia na łóżku.
- Wiedziałam – odpowiedziała ze śmiechem.
           Przyjrzała się mojemu wyborowi uważniej. Bluzka faktycznie była dłuższa, bo jak tylko przyłożyła ją do swojego ciała, sięgała jej za pośladki. Miała dekolt w głębszą łódkę, ozdobiony czarnymi tasiemkami i krótki rękawek. Odwróciła się w stronę dużego lustra. Przekrzywiła głowę, a ja z uśmiechem pod nosem, spoglądałem na nią i na jej odbicie, które w połowie dostrzegałem z miejsca, w którym byłem.
- Może masz rację – rzuciła po chwili. – Do tego czarne spodnie.
- Buty na obcasie…
- I czarna torebka – dodała, a ja pstryknąłem palcami, wskazując na nią. - Zaraz zobaczymy.
           Zanim zdążyłem się zorientować, zrzuciła z siebie zieloną koszulkę. Momentalnie przełknąłem ślinę. Poczułem, jak robi mi się gorąco, gdy zobaczyłem jej odsłonięte plecy i fragment białego koronkowego stanika. Zagryzłem wargę, mając nadzieję, że nie zaczerwieniłem się, jak ostatni głupek. Przez chwilę badałem wzrokiem każdy fragment jej ciała, które było idealne. Idealne dla mnie. W tym momencie w mojej głowie pojawiły się niezbyt grzeczne myśli, za które od razu się skarciłem. W końcu Sam wciągnęła na siebie niebieską tunikę. Przez to znów mogłem wrócić na Ziemię.
- I jak? – zapytała, odwracając się w moją stronę.
- Um… Myślę, że to jest to – wydusiłem.

~***~
           Luke postanowił, że podwiezie mnie do Michaela. Zatrzymał się jednak kawałek dalej. Wiedziałam, że starał się, bym nie miała problemów z Calumem, gdyby w razie czego nas razem zobaczył. Mój kuzyn nadal reagował na niego alergią.
           Odwróciłam się w stronę blondyna, który znów posłał mi swój najlepszy uśmiech. Ten, w którym dodatkowo widać było małe dołeczki w jego policzkach. Uwielbiałam, gdy uśmiechał się właśnie w ten sposób. Wtedy maska złamanego chłopaka znikała, a ja zyskiwałam jego całkiem nowy obraz. Obraz, który cholernie mi się podobał.
- Daj mi znać, jak będziesz w domu. Obojętnie, o której wrócisz – powiedział, ściszając radio. – Nie chcę się o ciebie martwić.
- Martwisz się o mnie, Lukey? – zapytałam, przeciągając zadziornie sylaby.
- Martwię, Sammy.
- Spoko, nie potrzebnie. Nic mi nie będzie.
- Wiem, ale to silniejsze ode mnie. To głupie, tak?
- Nie, to urocze – skwitowałam, a potem szybko cmoknęłam go w policzek.
- Miłej zabawy.
- Dzięki. I dziękuję za podwózkę. – Uśmiechnął się tylko. – Do zobaczenia.
- Pa, Sammy.
- Pa, Lukey – odpowiedziałam, a potem wysiadłam z samochodu. Pomachałam mu, wydobywając z niego kolejny uśmiech. Po chwili Luke odjechał, a ja skierowałam się do dużego białego domu, w którym mieszkał Michael.
           Podeszłam do drzwi, poprawiając torebkę, którą miałam przewieszoną przez ramię. Podniosłam głowę do góry i już chciałam zadzwonić, ale drzwi w tym momencie otworzyły się. Na progu stał Calum.
- O… Ty już tutaj – powiedziałam, a kuzyn zmierzył mnie wzrokiem.
- Bardzo ładnie wyglądasz.
- Obciachu ci nie narobię? – Hood przekręcił oczami, wpuszczając mnie do środka.
- Widziałem, jak idziesz – pociągnął, przechodząc w głąb kremowego salonu. Na sofach już rozwalił się Ashton i Clifford. – Właśnie przywieźli nam pizzę.
- Super, jestem głodna. Cześć, chłopaki!
- Hej, Sam!
- Sam! Dobrze, że jesteś! Mamy ciepłe żarcie! – zawołał Irwin.
- A gdzie reszta ludzi? – zapytałam, siadając obok gospodarza. Michael od razu otworzył butelkę z piwem i podał mi ją.
- Przyjdą o dziewiątej- poinformował mnie. – Wtedy się zacznie. Teraz mamy czas, by się na to przygotować, napełniając brzuchy odpowiednim paliwem.
- Dokładnie. To, co Sammy? Pizzę?
- Się pytasz, Cal. Dawaj ją.

            Byłam naprawdę zdziwiona, że ten dom pomieścił tle ludzi. Byłam też pełna podziwu, że chłopaki pamiętali, kto jak ma na imię. Muzyka dudniła z głośników, które poustawiał w salonie Michael. Wszędzie był tłum. Oprócz góry, która była niedostępna dla bawiących. Tam mogli wchodzić, tylko uprzywilejowani. Alkohol lał się strumieniami, a bawiący się bez obaw wlewali go w siebie, mając gdzieś to, że jutro mogą umierać od natarczywego kaca.
           Ściskając w ręku plastikowy kubek, przecisnęłam się przez grupkę spoconych osób, które stały w przejściu między korytarzem, a kuchnią. Zaraz po tym, musiałam znów się przepchnąć, by dostać się do salonu. Tu było najgłośniej. Stanęłam z boku, próbując wyłapać, któregoś z chłopaków. Odgarnęłam z twarzy ciemno brązowe kręcone włosy, które przykleiły mi się do policzka. Upiłam łyk piwa.
- Sam! – Nie wiem skąd, nie wiem jak, ale obok pojawił się Ashton. Uśmiechnął się szeroko. Dostrzegłam w jego dłoni identyczny czerwony kubek. – Jak się bawisz?
- Całkiem nieźle, dzięki.
- To teraz będziesz się bawić jeszcze lepiej – powiedział, prostując się. 
            Uniosłam lekko jedną brew do góry, lustrując chłopaka od góry do dołu. Moje ciemne oczy dłużej zatrzymały się na jego luźnej czarnej koszulce i granatowej bandanie, która utrzymywała jego niesforne loczki w jednym miejscu.
- Co masz na myśli?
- Zatańcz ze mną! – krzyknął, a potem złapał mnie za rękę. Zanim zdążyłam się zorientować, wciągnął mnie w sam środek tańczącej masy złożonej z ludzi.

~***~
            Zjadłem szybką kolację, a zaraz po tym wyciągnąłem zimne piwo i zaszyłem się w swoim pokoju. Jak zawsze. Usiadłem na łóżku. Przez chwilę tępo wpatrywałem się w okno znajdujące się przede mną. Nie koncentrowałem się jednak na czarnym niebie, które idealnie było widać. Skupiłem się na tym, co teraz robią inni.
           Byłem pewny, że złapię dzisiaj Liama. Że może odrobinę dłużej z nim pogadam. Niestety on, podobnie jak Sam, wybierał się z Davidem na imprezę do jakiegoś kumpla z Melbourne. Nawet moi rodzice dzisiaj wyszli i mieli wrócić dopiero jutro po południu. Ludzie ze szkoły z pewnością też nie siedzieli sami, jak palce- ci uprzywilejowani bawili się u Clifforda, a ci, których nie kopnął ten zaszczyt, pewnie spędzali czas z innymi swoimi znajomymi czy rodzinami. Zastanawiałem się, co takiego jest ze mną nie tak, że nie potrafię być taki, jak oni.
            Odstawiłem piwo na szafkę, a potem ruszyłem do łazienki, by wziąć szybki prysznic. Zrzuciłem z siebie ubrania, wkładając je do kosza na pranie. Wyprostowałem się. Spojrzałem w lustro i aż się skrzywiłem. Podszedłem bliżej, nie odrywając wzroku od poszczególnych śladów na moim ciele. Mój mózg, jakby wyrył w pamięci każde najdrobniejsze zdarzenie, które sprawiło, że pojawiły się siniaki i zadrapania. Z dokładnością mogłem opowiedzieć, za co i kiedy dostałem. Jakby moja skóra była książką, w której można było czytać.
             Zsunąłem z obu rąk silikonowe opaski, które ukrywały cienkie blizny. Moje osobiste pamiątki po autodestrukcji. Jedne były bardziej, drugie zaś mniej widoczne, ale wszystkie były psychicznie tak samo nieprzyjemne. Kolejne rozdziały do historii wypisanej na ciele. Oderwałem od nich wzrok, by w końcu wejść pod prysznic.

~***~
            Było grubo po pierwszej, a impreza Michaela nawet na moment nie zwalniała. Ludzie dalej doskonale się bawili, odcinając się od swojego życia, by choć przez chwilę zaszaleć. Wkręciłam się w ich stan i sama odrobinę wyluzowałam. Dopiłam kolejne piwo i zdążyłam przełknąć ostatni łyk, kiedy Michael znów sypnął śmiesznym tekstem. Parsknęłam śmiechem, wtórując jego koledze, który stał obok nas. Nie pamiętałam jego imienia, choć byłam pewna, że mi się przedstawiał.
- Zostawię was na chwilę – powiedziałam, odstawiając pusty kubek, do grona innych kubków, które znajdowały się na stole.
- Nie, no… Nie uciekaj – odezwał się Clifford, łapiąc mnie za rękę. – Byłem, aż tak beznadziejny?
- Nie – rzuciłam, szybko kręcąc głową, co wywołało u zielonowłosego szeroki uśmiech. – Jesteś idealnym zabawiaczem, Mikey. Muszę jednak do łazienki.
- Idź na górę, tam nie będzie kolejki – odparł Clifford.
            Wstałam z kanapy i ruszyłam w stronę korytarza. Znów musiałam się przepchnąć, by dojść do schodów. W momencie, gdy znalazłam się na górze, zobaczyłam mojego roześmianego kuzyna, który został wciągnięty do pokoju gościnnego przez niewysoką blondynkę. Przekręciłam oczami. Standardowo. Hood lubił się zabawić bez zobowiązań. Postanowiłam tego w żaden sposób nie komentować, ani tym bardziej im nie przeszkadzać.
           Minęłam pokój, w którym zniknął Calum, przechodząc do dużej śnieżnobiałej łazienki. Załatwiłam szybko swoją potrzebę, a potem umyłam ręce, wpatrując się w lustro. Włosy i makijaż były w porządku. Dobrze, że nie wyglądałam, jak straszydło.
           Poprawiając niebieską tunikę, otworzyłam drzwi. Wyszłam na korytarz i prawie odbiłam się od szerokiej klatki piersiowej Bradley’a, który stanął mi na drodze. Dopiero, jak podniosłam głowę do góry, spostrzegłam, że nie jest sam. Klasycznie u boku miał swojego bliźniaka, a po drugiej stronie znajdowała się ta kretynka Ally i jej nieco bardziej ogarnięta psiapsióła Sadie.
- Czołem, Hood – powiedział Dylan, uśmiechając się do mnie. A uśmiech ten wcale mi się nie podobał. – Jak się bawisz?
- Dobrze, dzięki. – Już chciałam ich minąć, ale Ally złapała mnie za ramię.- Radzę ci zaraz mnie puścić, bo zacznę ignorować fakt, że trzymasz się z moim kuzynem. Wierz mi, że tylko to mnie powstrzymuje przed tym, by ci nie przywalić.
- O! Groźna – rzucił Bradley, poruszając znacząco brwiami. – Takie lubię.
- Szkoda, że Sam woli miernoty i frajerów – podsumowała Sadie. 
            Spojrzałam na nią z niedowierzaniem. Byłam pewna, że ona jako jedyna będzie cicho i nie stanie po tej samej stronie, co oni. Myślałam, że jest odrobinę mądrzejsza, niż te trio głupków. 
- Jak tam Hemmings, Sam? - dodała, poruszając brwiami.
- Nic ci do tego.
- Z tego, co wiem Calum nie był zachwycony, gdy się okazało, że się z nim trzymasz. Czyżbyś postanowiła złamać jego zasady? – zapytał Dylan.
- Pieprz się – wysyczałam, przez zaciśnięte zęby.
- Hemmings jest zerem i ty też niedługo dołączysz do tego zacnego grona, jeśli się nie pohamujesz – wtrącił Bradley. 
            Miałam serdecznie dość dyktowania mi przez wszystkich ludzi wokoło z kim powinnam, a z kim nie się kumplować. To nie był ich interes. Nie powinni wtrącać się w relacje, które ich nie dotyczą. Nie powinni wcinać swoich nosów tam, gdzie nikt ich nie chce.
- Jaki on jest, Sam? Jaki jest ten nasz cichy świr? – odparła Ally.
           Nie wytrzymałam. Kto, jak kto, ale ona nie miała prawa go w żaden sposób obrażać. Nie Luke'a, który był sto razy lepszym człowiekiem, niż pusta i zadufana w sobie księżniczka, która widziała jedynie czubek własnego nosa. Zanim zdążyłam się pohamować, odepchnęłam ją lekko. Dziewczyna zachwiała się na wysokich czerwonych obcasach.
- No! Sam wojownik! – zakpił Bradley. – Broni tego frajera miernotę!
- Pożałujesz, że to zrobiłaś – warknęła Ally pod nosem, zaciskając ręce na kubku z piwem. Widziałam, jak jej sztuczne brązowe paznokcie z dużą ilością brokatu, wciskają się lekko w plastik.
- I co? Popłaczesz się, bo niegrzeczna Hood cię odepchnęła? Wiesz, co? Pierdol się! – odpowiedziałam. Naprawdę chciałam już sobie stąd iść, by nie przeciągać tej bezsensownej dyskusji, która nie prowadziła do niczego.
           Ally jednak miała inny plan. Już chciałam się odwrócić i odejść, ale blondynka szarpnęła mnie za ramię, a potem wylała na moją koszulkę piwo, które miała w kubku. Zimna ciecz odprysła od mojego ciała, a pojedyncze krople poszybowały na moją twarz i włosy. Niebieska tunika zaczęła się nieprzyjemnie kleić do ciała.
- I co teraz, Hood? – odparła zadowolona z siebie. Warknęłam pod nosem i już chciałam do niej doskoczyć, ale odciągnął mnie Dylan.
- Dobra, bez takich. To nie powinno się zdarzyć. Rozejść się…
- Banda pieprzonych pozerów – rzuciłam na odchodnym. 
           Dylan miał rację, nie powinnam tracić kontroli i zniżać się do jej poziomu, szczególnie w domu Michaela. To nie było miejsce i nie czas na takie porachunki. Dlatego odwróciłam się na piecie i odeszłam w stronę schodów, zostawiając ich za plecami. Miałam dość tej całej imprezy.
           Niemalże zbiegłam po schodach, a potem chwyciłam za swoją czarną marynarkę. Niedbale narzuciłam ją na siebie i ruszyłam w stronę drzwi wyjściowych. Byłam w połowie drogi, gdy ktoś złapał mnie za ramię. Raptownie odskoczyłam, a potem spojrzałam na chłopaka.
- Ej, Sam, wszystko w porządku?- zapytał Michael. Nie zdążyłam jednak zakryć mokrej plamy na mojej bluzce. Zielone oczy Clifforda na chwilę zatrzymały się w tym miejscu.
- W porządku. Idę jednak do domu.
- A to?
- Nic takiego. Oblałam się piwem.
- Nie miałaś piwa idąc do łazienki – rzucił, mierząc mnie wzrokiem.
- Mniejsza o to, Mikey. Spadam. Naprawdę dobrze się bawiłam, ale jestem już wykończona.
- Sam?
- Tak?
- Mówisz prawdę?
- Mówię – skłamałam, dodatkowo kiwając głową. – Jestem padnięta. Widziałam, że Cal zabunkrował się w gościnnym z jakąś dziewczyną, więc jak już skończą, to powiedz mu, że poszłam do domu.
- Och… Jasne – rzucił ze śmiechem. – Klasyka.
- Klasyka dla waszej trójki – skomentowałam, a on zrobił minę niewiniątka.- Że też dziewczyny się nabierają na te wasze słodkie buźki – dodałam, przekręcając oczami. – Idę.
- Sam, nie wracaj sama…
- Zamówiłam już sobie taksówkę. – Kolejne kłamstwo. Naprawdę chciałam już iść.
- Okej, w takim razie w porządku. Do zobaczenia.
- Do zobaczenia, Mikey – powiedziałam, kiedy szybko objął mnie, a potem odprowadził do drzwi. – Cieszę się, że jednak przyszłaś.
- Ja też. Było fajnie – odparłam, bo faktycznie było, dopóki ta czwórka idiotów nie stanęła mi na drodze. Machnęłam do niego, a potem wyszłam na zewnątrz.

~***~
            Mój pokój wypełniał się dźwiękami gitary. Wczułem się w melodię, dorzucając do niej słowa, które sam napisałem. Korzystałem z tego, że miałem pusty dom, dzięki czemu mogłem całkowicie oddać się muzyce. Nie musiałem martwić się o potencjalnych świadków, którzy mogliby mnie przyłapać na śpiewaniu.
           Nagle telefon leżący na szafce zawibrował, a potem wydał z siebie znany mi dźwięk, oznajmujący mi przyjście wiadomości. Spojrzałem na zegarek. Było kilka minut po drugiej w nocy. Wiedziałem, kto mógł napisać do mnie o tej porze. Odłożyłem szybko gitarę, a potem rzuciłem się w kierunku komórki, jakby od tego zależało moje życie. Przez cały wieczór nie dostałem od Sam żadnej wiadomości. Nie wiedziałem, więc czy dobrze bawi się u Michaela. Nie wiedziałem nic, co się tam dzieje. Odblokowałem szybko telefon.

Od Samantha:
Jestem już w domu. Możesz przestać się martwić.

          Byłem nieco zdziwiony, że tak szybko wróciła. Byłem przekonany, że poszaleje ze swoimi przyjaciółmi, aż do rana. Zmarszczyłem lekko nos, zastanawiając się, czy przypadkiem nic się nie stało. Szybko jednak odgoniłem od siebie te myśli. Przecież nie musiała zostawać tam do końca.

Do Samantha:
W porządku. Jak było?

Od Samantha:
Fajnie, choć głośno i tłoczno.

Do Samantha:
Uroki domówek (ale skąd ty możesz o tym wiedzieć, kretynie – pomyślałem, wystukując te dwa wyrazy, jednocześnie przekręcając oczami). Śpij dobrze, Sammy.

Od Samantha:
Ty też, Lukey.  

           Uśmiechnąłem się do wyświetlacza. Odłożyłem telefon z powrotem na jasną szafkę, a następnie wróciłem na łóżko. Ponownie chwyciłem za gitarę, by po raz kolejny oddać się muzyce.

~***~
           Rano czułam się dobrze. Nie wypiłam, aż tyle, by nabawić się kaca. Co innego mój kuzyn, który ewidentnie potrzebował więcej czasu, aby dojść do siebie. Jak tylko wszedł do mojego pokoju, od razu zauważyłam, że biedaczek nie miał zbyt lekkiego dnia. Jego ciemne oczy były zaczerwienione, a twarz o wiele bledsza. Był w czarnej bluzie i dresach.
- Biedny Cal – rzuciłam ze śmiechem, a on skrzywił się. Rzucił się na łóżko, wciskając twarz w poduszkę. – Zdychanko?
- Nie dobijaj mnie, Sammy. – Ułożył się tak, by lepiej mnie widzieć. Przysunęłam się na krześle, by znaleźć się bliżej niego.
- Jadłeś coś?
- Nic mi nie mów o jedzeniu – mruknął, marszcząc nos. – Błagam… Ani o piciu.
- To może drinka?
- Sammy! – A potem warknął pod nosem. – Kurwa, mój łeb.
- Brałeś coś?
- Wujek mnie poratował – odpowiedział, a potem uśmiechnął się. – Oczywiście zrobił mi wykład na temat nadużywania alkoholu.
- Standardowo – skwitowałam ze śmiechem. Cały tata.
- Mogę cię o coś zapytać?
- Pytaj śmiało, Cal.
- Co się stało na imprezie?
- Nic, a co niby miałoby się stać?- odpowiedziałam szybko, bujając się jednocześnie na krześle. Calum przez chwilę lustrował mnie wzrokiem, a potem pokręcił z zawodem głową. – Co?
- Wiem, że kłamiesz, ale zupełnie nie wiem, czemu.
- Cal, ja…
- Wiem, co zrobiła Ally- rzucił, podnosząc się z łóżka. Usiadł na nim. Złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie. – Dylan po pijaku się wygadał.
- Ach… To nic takiego.
- To nie jest nic takiego. Nie powinna traktować cię w taki sposób. Przepraszam. Naprawdę cię przepraszam.
- Cal – powiedziałam z lekkim uśmiechem. Podniosłam się, by po chwili zająć miejsce obok niego. – Nie masz, za co mnie przepraszać. To nie jest twoja wina. To ona jest wariatką. To, że jest w twojej paczce nie oznacza, że jesteś odpowiedzialny za to, co robi.
- Masz rację.
- Właśnie.
- Poszło wam o Hemmingsa?
- Cal, błagam…
- Nie rozumiem, dlaczego ciągle się go trzymasz?
- Bo prawda jest taka, że zupełnie go nie znasz – powiedziałam cicho.
- A ty znasz?
- Znam. Szkoda, że nikt z was tak naprawdę nie próbował go poznać.
- Poznaliśmy, jako zakłamanego frajera, który napuszcza na nas swoich rodziców i dyrekcję szkoły- warknął cicho Mulat.
           Zacisnęłam usta. Nie powiedziałam nic więcej. W końcu obiecałam Luke'owi, że będę trzymać buzię na kłódkę i nie pisnę słowem o tym, co tak naprawdę dzieje się w jego życiu. Na szczęście mój kuzyn odpuścił, więc temat Hemmingsa zniknął tak szybko, jak się pojawił.



***
Jak zauważyłam, większość z Was była za środą, więc oddaję w Wasze ręce nowy rozdział :) Mamy w nim praktycznie wszystkich po trochu. Mimo, że wyszedł trochę chaotyczny - tak mi się przynajmniej wydaje - to mam nadzieję, że się Wam podobał :)

Dziękuję również za wszystkie komentarze i miłe słowa :) Uwielbiam je czytać! 

Kolejny rozdział pojawi się w niedzielę - czyli standardowo.

Przypominam - klasycznie - o Asku (link w kolumnie Menu).

Pozdrawiam!

9 komentarzy:

  1. Jak zwykle ta blond siksa i jej pajace... Ugh, chyba nikt ich nie lubi, prawda? Luke jest taki uroczy, ten sposób w jaki dba o Sam i martwi się o nią. Ten moment, w którym patrzył w lustro był trochę smutny... Szkoda też, że jego samoocena wygląda tak jak wygląda. Dobrze, że ma Sam, która podnosi go na duchu i akceptuje w stu procentach. Ludzie nazywający się rodzicami Luke'a powinni częściej tak wyjeżdżać.
    Może odrobinę chaotyczny, ale świetny rozdział :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zdziwię się, jak faktycznie nikt ich nie będzie lubił :)
      No, niestety jego samoocena można powiedzieć, że kuleje - ale może i to kiedyś się zmieni :)
      Cieszę się, że się podobał :)
      Dziękuję za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Genialny rozdział ♥♥♥ Ta blondi suka i reszta mnie tak wnerwiają, że aż się gotuje! Mam nadzieję, że kiedyś Cal, Mike i Ash dowiedzą się prawdy..
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nikt chyba ich nie lubi :)
      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam!

      Usuń
  3. W tym rodziale pojawią się prawie wszyscy bohaterowie opowiadania, ale wyszło naprawdę super ❤ niestety nie moglo zabraknąć też tej cholernej blondyny, sama z chęcią wylabym jej oraz jej przydupasom po wiadrze piwa na głowę... A tak z innej beczki, Lukey jest taki słodki kiedy troszczy się o Sam ❤Podzielam zdanie Oliwi do Cal'a,Ash'a i Michael'a, mam nadzeje,że kiedyś prawda wyjdzie na jaw i wszystko będzie tak jak dawniej ☺
    Pozdrawiam i życzę weny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nikt ich nie lubi :D Ale się wcale temu nie dziwię. Może Calum i jego paczka, kiedyś się dowiedzą, a może Luke i Sam będą trzymać dalej buzię na kłódkę :)
      Dzięki za komentarz!
      Pozdrawiam!

      Usuń
  4. A mi się bardzo podobał ten rozdział i nie był dla mnie chaotyczny. Szkoda mi było Luka, jak tak siedział w pokoju sam, jak palec. Fakt są tu wszyscy, ale nie cieszę się, że pojawiła się Ally i ta jej banda od siedmiu boleści. Sama bym jej najchętniej wylała piwo na głowę + wodę z kibla, może by się laska ogarnęła. Mikey jest słodki, jak się tak zmartwił o Sam :)
    Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszy mnie to :) Nie dziwę się, nikt z czytelników chyba nie lubi Ally i bliźniaków.
      Dzięki za komentarz
      Pozdrawiam :)

      Usuń