niedziela, 21 lutego 2016

Rozdział 16

But with you I'm feeling something, that makes me want to stay


           Po sobotnich wydarzeniach z Ally i piwem, Calum przestał się do niej odzywać. Nie chciałam być źródłem konfliktu między nimi, mimo, że nie przepadałam za blondynką. Po rozmowie z kuzynem dowiedziałam się jednak, że Hood specjalnie wziął ją na wstrzymanie, aby dokładnie zapamiętała sobie ten błąd, który popełniła. Nie wnikałam w to głębiej. Zostawiłam to, by nie mieszkać się jeszcze bardziej.
            Była środa, a Calum dalej omijał Ally szerokim łukiem. To samo zaczęli robić Clifford i Irwin. Wiedziałam, że mój kuzyn powiedział im o wszystkim. Dziewczynie zupełnie się to nie podobało. I choć tego nie chciałam, znów stałam się dla niej wrogiem numer jeden. Jak mi napisała na Twitterze – rozbijam jej zgraną paczkę przyjaciół. Nie odpisałam na to w żaden sposób. Chciałam to pominąć i zepchnąć w najdalsze zakamarki umysłu.
            Odwołali nam matematykę, więc mieliśmy dodatkową dłuższą przerwę. Ruszyłam w stronę korytarza z szafkami, aby zostawić tam niepotrzebne już książki i zeszyt. Pomyślałam, że może udam się do biblioteki i zabiorę się za wypracowanie z angielskiego, które zlecono nam na początku tygodnia. W sumie im szybciej zacznę, tym szybciej skończę – a co za tym idzie, będę mieć więcej wolnego czasu w weekend.
            Otworzyłam szafkę i niedbale wrzuciłam do niej rzeczy. Zawsze miałam tu bałagan, nad którym w jakiś sposób udało mi się panować. Ciekawiło mnie, kiedy przestanę. Kiedy on mnie w końcu przerośnie. Ale szkolne szafki zawsze żyły własnym życiem – przynajmniej moja.
            Zamknęłam drzwiczki i założyłam kłódkę. Odwróciłam się, a tuż przed moim nosem wyrosła Ally. Oczywiście nie była sama. Sadie stała tuż obok niej. Brunetka nie chodziła z nami na matematykę, więc dziwiłam się, czemu do cholery nie siedzi w klasie na swoich zajęciach. Gdyby jej tu nie było, doszłoby do konfrontacji jeden na jeden.
- Co tam, Hood? – rzuciła blondynka, zagradzając mi drogę. – Ktoś się poskarżył Calumowi?
- Masz błędne informacje, słodziutka – odpowiedziałam, próbując ją minąć. Dziewczyna jednak szarpnęła mnie za ramię, a ja znów oparłam się o metalowe szafki, które miałam za plecami. – Nie radzę…
- Bo? Polecisz do swojego kuzyna z płaczem?
- Odpieprz się – syknęłam, przez zaciśnięte zęby.
- Jak tam sprawy z Hemmingsem, Hood? – odezwała się Sadie i w tym momencie miałam ochotę jej przyłożyć. – Zaliczyłaś go już?
- Zazdrosna?
- Nie upadam tak nisko, by brać się za szkolne resztki – odpowiedziała brunetka, stając po mojej drugiej stronie.
- Nie upadam tak nisko, by pakować się do łóżka każdemu w tej szkole – rzuciłam. Jej twarz poczerwieniała. Syknęła pod nosem wiązanką przekleństw, którą ledwo zrozumiałam.
- Odszczekaj to? – warknęła Ally, popychając mnie. Znów uderzyłam o szafki.
- Bo? To prawda, nie? Robicie z tego jakąś tajną konkurencję, która zaliczy więcej? – pociągnęłam zanim zdążyłam się powstrzymać.
- Pieprzona suka – rzuciła blondynka, przybliżając się do mnie jeszcze bardziej.
            Odepchnęłam ją barkiem. Chciałam skończyć tą durną dyskusję, która nie prowadziła do niczego. Marnowałam na nie tlen i energię. Nie ten poziom. Zaczęłam się zastanawiać, jakim cudem chłopaki mogli się z nimi trzymać. Byłam pewna, że kto jak kto, ale oni potrafią znaleźć sobie o wiele lepsze towarzystwo.
            Kiedy już chciałam odejść, Ally chwyciła mnie za włosy. Zrobiła to tak szybko i niespodziewanie, że nie zdążyłam się w żaden sposób obronić. Zacisnęła mocno palce na moich brązowych kosmykach, a potem pociągnęła je w dół. Poczułam nieprzyjemny ból, jakby miałami mi je wyrwać. By sobie ulżyć, przechyliłam się.
- I co teraz?- rzuciła ze śmiechem. – Gdzie twój książę świr, który cie teraz powinien uratować?
             Nie byłam jednak osobą, która w jakiś sposób da się upokarzać. Nie tutaj. Nie w tej szkole. A w szczególności nie im. Dlatego niewiele myśląc nadepnęłam jej na nogę, a potem napięłam wszystkie mięśnie, by odepchnąć ją całym ciałem raz jeszcze. Poskutkowało. Dziewczyna od razu puściła mnie, krzywiąc się pod nosem. Następnie ona sama uderzyła ramieniem o szafki. Rozległ się głośniejszy huk. Złapałam ją za koszulkę i przybliżyłam się do jej wytapetowanej twarzy.
- Zrób to jeszcze raz, a połamię ci palce – zagroziłam, choć była to bujda na kółkach. Chociaż nie powiem, ale perspektywa skopania jej tyłka była całkiem kusząca. Nie byłam jednak kimś, kto mógłby to zrobić naprawdę.
            Sadie odsunęła się od nas na bezpieczną odległość, jakby nagle nie chciała mieć z naszą dwójką nic wspólnego. Ally przełknęła ślinę, a potem przeklęła pod nosem, gdy ją puściłam. Wystawiłam jej na odchodnym środkowy palec, a potem ruszyłam w stronę schodów, by udać się do biblioteki. Zupełnie zignorowałam kolejną wiązankę przekleństw, która poleciała w moją stronę. Wiedziałam, że Ally jest zawziętą suką i łatwo mi nie popuści. Byłam pewna, że zetrzemy się ze sobą jeszcze nie raz. Nasza mała wojna nadal trwała.

~***~
            Żałowałem tego, że nie było matematyki. Nie to, że lubiłem ten przedmiot. Chociaż nigdy nie miałem z nim problemów. Chodziło o coś zupełnie innego. Chodziło o Sammy, którą mogłem mieć blisko przez prawie godzinę. I to w szkole. Teraz jednak dziewczyna udała się do biblioteki, a ja znów zostałem sam, jak palec.
            Ruszyłem w stronę schodów. Postanowiłem skorzystać z tej dłuższej przerwy i udać się na spokojnie do bufetu, by zjeść coś ciepłego. O tej porze praktycznie nie było tam innych uczniów. Byłem w połowie drogi, kiedy przede mną wyrosły dwa klony. Bliźniacy Woods. Zdążyłem jedynie podnieść głowę do góry i rzucić na nich okiem, kiedy złapali mnie pod ramiona. Zaczęli wlec mnie w zupełnie inną stronę. Próbowałem się im wyrwać, ale wtedy jeden z nich – nie wiem nawet który – sprzedał mi mocny cios w szczękę, który miał mnie uspokoić. I poskutkowało, bo od razu przestałem, wiedząc, że mogę oberwać jeszcze bardziej.
            Zatrzymali się niedaleko męskiej toalety. Do moich uszu doszedł ich śmiech, kiedy raptownie odwrócili mnie. Bradley złapał mnie za ręce, wykrzywiając je do tyłu. Musiałem się pochylić, by choć odrobinę złagodzić przeszywający ból, który rozprzestrzenił się po moich mięśniach. Dylan natomiast chwycił mnie za włosy.
             Dopiero po chwili dotarło do mnie, czemu w ogóle to zrobili. Zrobiłem wielkie oczy, widząc Sam w towarzystwie Ally i Sadie. Hood chciała odejść, ale one nie tak szybko jej popuściły. Zacisnąłem mocnej zęby, a potem szarpnąłem się po raz kolejny, kiedy blondynka pociągnęła ją za włosy. Gdzieś w środku rosło we mnie poczucie winy. Od samego początku słyszałem, o czym rozmawiały, bo echo ich głosów roznosił słowa po pustym korytarzu. Wszystko działo się przeze mnie.
             Kiedy w końcu Sam uwolniła się od dziewczyn z elity, zostałem siłą wepchnięty do męskiej toalety. Dylan złapał mnie za bluzę, a potem rzucił o ścianę, jakbym nie był osiemnastoletnim chłopakiem, a zwykłą szmacianą lalką. Zaliczyłem mocniejsze przyłożenie do ściany, czując, jak zadzwoniły mi wszystkie kości i stawy.
- I co, Hommo-Lu? Przestałeś być gejem? – rzucił roześmiany Bradley. Jego brat unieruchomił mi ręce. – Już nie kręcą cię chłopcy? Czy może tylko dla Sam zrobiłeś wyjątek?
- Pieprz się – odparłem, starają się ruszyć. Dylan jednak wzmocnił uścisk.
- Brzydzę się takimi, jak ty – powiedział Bradley, a potem splunął mi w twarz. Poczułem, jak zrobiło mi się niedobrze. – Jesteś zwykłym śmieciem. Hood mówił ci, że masz się od niej odpierdolić. Chyba, że nasza mała dodana do jego słów aluzja, była zbyt mała, co ty na to bracie?
- Zdecydowanie była za mała – odparł ze złośliwym uśmiechem Dylan.
- Poprawimy ją – skwitował, wzruszając ramionami.
             Zdążył to powiedzieć, a kolejna rozpędzona pięść poleciała w moją stronę. Poczułem ostry ból w nosie, a potem, jak ciepła ciecz brudzi mi twarz. Zachwiałem się, przez chwilę będąc zdezorientowanym i nieco otumaniony od uderzenia. Zanim zdążyłem na nowo poskładać całą tą sytuację, Bradley uderzył mnie w brzuch, a ja musiałem mocno się postarać, by nie zwymiotować naprawdę.
- Jak teraz, frajerze? Mało ci?
             Palce jednego z nich zacisnęły się na moim karku, przyduszając mnie do dołu. Wtedy oberwałem kolejny raz. Tym razem był to solidny kopniak w bok, który prawie pozbawił mnie całkowicie powietrza z płuc. Złapałem się umywalki, aby nie upaść na białe kafelki. W tym momencie łapałem tlen, jak ryba, którą brutalnie wyciągnęli z wody.
             Uniosłem się odrobinę, czując, jak trzęsą mi się dłonie i nogi. Wtedy Bradley złapał mnie za głowę i mocno na nią nacisnął. Nie utrzymałem się w tej pół zgiętej pozycji i przywaliłem kątem twarzy w bok umywalki. Teraz dopiero naprawdę straciłem orientację. Obraz przed oczami zamazał się, a ja nie mogłem rozpoznać głosów i słów, które kręciły się wokół, jak dziwne znaki, których nie potrafię odczytać.
- Chyba przeholowałeś, stary – odparł Dylan, przetrzymując mnie za bluzę, kiedy poleciałem na dół, uderzając kolanami o podłogę. – Hej, Hemmings! Budzimy się!
             Ocknąłem się, kiedy jego rozłożona dłoń zostawiła czerwony ślad na moim policzku. Do moich uszu doszedł znajomy trzask, kiedy jego ręka spotkała się z moją skórą. Zamrugałem kilka razy znów wracając do tego, co się dzieje. Chłopak odepchnął mnie, a ja poleciałem w stronę ściany.
- Miłego, Hemmings – rzucił na odchodnym, roześmiany Bradley.
- Pierdolony świr – skwitował jego brat, a potem oboje wyszli z łazienki.
            Oparłem się głową o zimną ścianę, czując pod palcami brudne łazienkowe kafelki. Czułem pulsujący ból głowy, który rozdzierał mi czaszkę. Z mojego nosa nadal kapała ciepła krew. Zacisnąłem zęby i uniosłem się odrobinę, by chwycić jednorazowy ręcznik do rąk. Zerwałem z niego kilka listków, a potem przyłożyłem sobie do nosa, tamując krwawienie. Podciągnąłem nogi do góry, a moje ciało po raz kolejny zaprotestowało. Mogłem się założyć, że dodali mi jednego może ze dwa dodatkowe siniaki do całego kompletu. Oparłem wolną rękę o kolano. Miałem serdecznie dość dzisiejszego dnia, a on się nawet porządnie jeszcze nie zaczął.

~***~
            Wyszłam na zewnątrz. Trwała właśnie długa przerwa, podczas której wszyscy zgromadzili się w stołówce, aby zaliczyć lunch. Wiedziałam, że nie spotkam tam Luke'a. Chłopak najczęściej omijał te miejsce szerokim łukiem – szczególnie podczas przerw. Domyślałam się jednak, dokąd mógł pójść.
            Skręciłam w bok, ruszając na tyły szkoły. Wokół mnie nie było nikogo. Minęłam ozdobne krzaki, które nawsadzano tu na zlecenie dyrektora. W końcu dotarłam na drugą stronę budynku. Uśmiechnęłam się, widząc znajomą sylwetkę. Luke siedział na starych, nieużywanych schodach, obejmując kolana swoimi rękami.
- Cześć ponownie – rzuciłam, zajmując miejsce obok niego.
- Cześć – odpowiedział, patrząc przed siebie. 
           Zupełnie mi się to nie spodobało i gdzieś w środku przeczuwałam, że mogło znowu coś złego się stać. Westchnęłam ciężko pod nosem, widząc, że Hemmings raczej nie jest skłonny do rozmowy. Złapałam za jego brodę, zmuszając go do tego, by na mnie spojrzał. Kiedy się odwrócił, zobaczyłam niewielkiego siniaka, który tworzył się tuż przy skroni.
- Co ci się stało?
- Nic.
- Przerabialiśmy już to, Luke – mruknęłam, kręcąc głową. – Wiesz, że mi możesz powiedzieć i…
- Sammy, odpuść – rzucił, podnosząc się z miejsca. Złapał za swój plecak.
- Luke, no co ty?
- Ja… Po prostu potrzebuję chwili samotności – powiedział, odwracając się. 
            Naciągnął na głowę kaptur, a potem ruszył w przeciwnym kierunku. Zrobiłam wielkie oczy, odprowadzając go wzrokiem. Kiedy zniknął zza zakrętem, oparłam głowę o rękę. W tym momencie naprawdę zaczęłam mocno się o niego martwić. Chciałam, by uśmiechnięty Luke wrócił, bo ostatnio chłopak naprawdę tryskał humorem. Co takiego się stało, że Hemmings znów wrócił do stanu osoby zamkniętej i złamanej?

~***~
           Przyjechałem na polanę od razu po szkole. Zahaczyłem, tylko o budę z jedzeniem na wynos. W samochodzie wykonałem szybko ćwiczenia, które nam zadali do domu, pałaszując jednocześnie hamburgera, a potem wysiadłem z auta. Złapałam za butelkę z zimnym napojem. Poczułem pod palcami chłodne szkło. Kluczem odkapslowałem ją. Przyłożyłem do ust i pociągnąłem większy łyk słodkiego napoju.
           Zerknąłem na etykietę, która przedstawiała uśmiechniętą grupkę przyjaciół. Zazgrzytałem zębami, przypominając sobie to, co dzisiaj stało się w szkole. I to nie chodziło o mnie, bo od bliźniaków obrywałem już tyle razy, że w jakiś sposób byłem do tego przyzwyczajony. Chodziło o nią. O Sam, która stała się popychadłem Ally i Sadie, tylko dlatego, że odważyła się do mnie zbliżyć. Przez moment zastanawiałem się, co na to Calum, ale szybko dotarło do mnie to, że z pewnością Sam nic mu na ten temat nie mówiła i nie powie. Wolała to przed nim ukrywać.
            Etykieta z paczką przyjaciół zaczęła mnie drażnić jeszcze bardziej. Przekląłem pod nosem, a następnie zamachnąłem się. Butelka poszybowała przed siebie, natrafiając w końcu na przeszkodę w postaci murku. Szkło rozprysło się na drobny mak, a napój ochlapał nie tylko stare cegły, ale także i zieloną trawę pod nim.
            Zacisnąłem dłonie w pięści tak mocno, że poczułem wbijające się w moją skórę paznokcie. Wszystko było moją pieprzoną winą. Wszystko dlatego, że byłem zbyt wielkim egoistą, by zostawić ją w spokoju. Wszystko dlatego, że za szybko poczułem do niej coś więcej. A potem Sam pozwoliła mi się w sobie zakochać i teraz tym bardziej nie potrafiłem się od tego uwolnić. Potrzebowałem ją niemalże na każdym kroku, który stawiałem w swoim gównianym do bólu życiu. Kiedy była obok wszystko wydawało się być łatwiejsze. Miało to jednak swoją drugą stronę. Ja zyskiwałem, a ona traciła. Co stanie się następnym razem? Czy przy kolejnym spotkaniu, Sam skończy podobnie, jak ja? Nigdy bym sobie nie wybaczył tego, gdyby coś jej się stało. Gdyby ktoś podniósł na nią rękę, tylko dlatego, że wtargnąłem do jej życia na dłużej i na więcej, niż by sobie tego życzyli inni.
             Poczułem kolejną falę gniewu i rozgoryczenia. I w tym momencie nie wiedziałem, co powinienem zrobić, by się tego pozbyć. Znów stałem się zagubiony i rozstrojony. Bo rozwiązanie było jedno. Znów się od niej odsunąć, ale teraz już na zawsze. Już na stałe, bez żadnych powrotów. Wiedziałem jednak, że nie byłem na tyle silny, by się do tego posunąć. Nie byłem też na tyle odważny, by tak po porostu ją puścić. Bo byłem pewny, że gdyby i ona teraz zniknęła z mojego życia, załamałbym się do końca. A wtedy chyba już w ogóle nie potrafił bym się podnieść.

            Moje czarne trampki dotykały końca góry. Widziałem, jak odrobina ziemi odłącza się od całości i spada w dół. Nie było tu, aż tak wysoko, by upadek mógł zakończyć się szybką i bezbolesną śmiercią. Raczej odległość do kolejnego podłoża, gwarantowała połamanie kończyn, a w najgorszym przypadku kręgosłupa. Jednak nie oferowała utraty życia.
            Przesunąłem stopę jeszcze bliżej krawędzi, aby znów śledzić spadające grudy ziemi. Zastanawiałem się, czy mocno by bolało, gdybym nagle się poślizgnął i poleciał tam razem z nimi. Czy trwałoby to długo czy krótko? I wtedy przypomniałem sobie o Sam, z którą rozmawiałem po raz pierwszy właśnie w tym miejscu. Przypomniałem sobie jej twarz i te oczy pełne woli walki, by ustrzec się upadku i zrobienia sobie krzywdy.
            Zacisnąłem mocniej oczy. Choć ta polana od niedawna była także i jej, to każdy skrawek przywoływał wspólne wspomnienia. Pełne miłych i przyjemnych chwil, w których odrywałem się od swojego życia. Ale i po takich momentach dosięga cię brutalna rzeczywistość. Może ja i Sam nigdy nie powinniśmy się poznać? Z pewnością tak byłoby lepiej dla niej. Tkwiłaby bezpiecznie w paczce swojego kuzyna i choć może nie pałałaby do Ally zbytnią i przesadną sympatią, to jednak blondynka nie miałaby powodów, by się na niej wyżywać. Wszystko jest moją pieprzoną winą.
- Mam nadzieję, że nie zamierzasz skoczyć.
            Moje serce momentalnie przyspieszyło, kiedy usłyszałem jej głos. Poczucie winy wzrosło, choć z drugiej strony, gdzieś w środku cholernie cieszyłem się, że się pojawiła. Jakby to ona miała mnie już zawsze ratować od wewnętrznej rozsypki. Poczułem przyjemne ciepło, które rozchodziło się po całym moim ciele, uspokajając je.
            Otworzyłem oczy. Przez chwilę skupiłem się na przepaści przed sobą, by zaraz odwrócić się. Stała niedaleko, z rękami owiniętymi wokół własnej klatki piersiowej. Lekko zagryzła wargę, nie odrywając ode mnie swoich ciemnych tęczówek.
- Nie zamierzałem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Byłem tak samo beznadziejnym samobójcą, jak synem czy kumplem. Może faktycznie mój ojciec miał rację, wpajając mi od małego to, że do niczego się nie nadaję?
- Odsuniesz się?
- Naprawdę nie zamierzałem zrobić niczego głupiego – pociągnąłem, ale i tak posłusznie zrobiłem kilka kroków w tył.
           Spojrzałem raz jeszcze na górkę. Wtedy usłyszałem przyspieszone kroki. Zaskoczony podskoczyłem, kiedy Sam z całej siły odepchnęła mnie od spadu. Nie utrzymałem równowagi, wpadając na pobliskie krzaki. W ostatniej chwili odchyliłem się i upadłem na tyłek. Spojrzałam na nią z niedowierzaniem.
- Co jest? – wydusiłem z siebie. Dziewczyna kucnęła między moimi nogami, a potem ujęła moją twarz w dłonie.
- Mów, co się dzieje – wyrzuciła z siebie szybko. – Przestań pieprzyć, że nic się nie stało. – Zrobiłem wielkie oczy. Była zdenerwowana. Dostrzegłem, jak zatrzęsły jej się palce, które lekko ocierały się o policzki, wywołując przyjemne mrowienie na mojej skórze.
- Nic się nie stało – powiedziałem, kręcąc głową.
- Skąd masz siniaka na twarzy? Wcześniej go tam nie było - ciągnęła, uparcie. – Lukey proszę… Naprawdę się o ciebie martwię, a widząc cię przed chwilą... Wystraszyłam się. - Spojrzałem w jej przygaszone tęczówki i sam skarciłem się w myślach za to, że doprowadzam ją do takiego stanu. – Boję się.
- Czego? – odpowiedziałem cicho.
- Boję się o ciebie. – Poczułem, że nie tylko moje serce dwukrotnie przyspieszyło, ale również i oddech, jakbym od poczucia winy miał dostać jakiegoś pieprzonego ataku. – Więc? Powiesz mi, co się dzieje?
- To – wskazałem na swoją skroń – mam od chłopaków…
- Bliźniaki?
- Słyszałem i widziałem też, jak przyczepiła się do ciebie Ally – pociągnąłem, ignorując jej pytanie o braci Woods.
- Co jeszcze? – Jej dłonie przeniosły się na moje ramiona. Dotknąłem jej ciepłej ręki, przejeżdżając palcami po zewnętrznej stronie.
- Przepraszam.
- Za, co?
- Przepraszam za to, co stało się na korytarzu i…
- Luke, daj spokój – przerwała mi szybko. – To nie twoja wina.
- Oczywiście, że moja!
- Mylisz się.
- Gdybyś się ze mną nie przyjaźniła – te słowa ledwo przeszły mi przez gardło – nigdy by do tego nie doszło! Więc, tak! To jest moja cholerna wina!
- Luke, uspokój się. – Wziąłem głęboki oddech, starając się go w jakiś sposób unormować. Nie powinienem był na nią podnosić głosu. Ona nie była niczemu winna. Zgnoiłem się za to w myślach. – Luke?
- Jest okej – skwitowałem, w dalszym ciągu walcząc z próbą normalnego wciągania i wypuszczania powietrza.
- Posłuchaj mnie teraz uważnie – zaczęła, wsuwając mi dłonie pod kaptur. Jej palce lekko potarły skórę na moim karku, a ja poczułem przyjemny dreszcz, który przebiegł mi po plecach. – Nigdy nie obwiniałam cię za to, że między mną a Ally pojawiły się spięcia. Nigdy nawet przez myśl mi nie przeszło, by zrzucić winę na ciebie.
- Ale…
- To nie twoja wina – mówiła dalej, a ja zacisnąłem mocniej usta. – Nigdy nie myśl, że to była czy jest twoja wina. To z kim spędzam czas, jest tylko i wyłącznie moim wyborem. Wybrałam ciebie, jasne? Mam gdzieś to, co mówią. Może ona jest po prostu zazdrosna? – Prychnąłem z niedowierzaniem pod nosem. Sam uśmiechnęła się lekko, a ja poczułem się sto razy lepiej, niż kilka minut temu. – Nie wiem, nie wnikam. Coś jej w nas przeszkadza. Jednak naprawdę ona nie będzie decydować o tym, czy mogę robić te wszystkie rzeczy, które chcę z tobą robić.
- Jakie na przykład? – wydusiłem z siebie.
- A takie – rzuciła z uśmiechem i pocałowała mnie. 
             Poczułem od niej delikatny zapach perfum, które przyjemnie łaskotały moje nozdrza. Smak jej ust dodatkowo mnie nakręcał, wpychając brutalnie w lepsze samopoczucie. A ja nie chciałem się przed tym bronić.
            Objąłem ją w pasie, przyciągając jeszcze bliżej siebie. Moje dłonie od razu powędrowały w stronę jej kręgosłupa, sunąc powoli to w górę to w dół. Nasze języki szybko odnalazły wspólny rytm i odpowiednie tempo. Poczułem, jak jej palce odrobinę mocniej zaciskając się na mojej skórze na karku. Miałem wrażenie, że od tego jej nagłego czułego zbliżenia, dostałem najnormalniejszej gęsiej skórki, która była skutkiem mojej wewnętrznej małej ekscytacji.
- Skąd wiedziałaś, że tu jestem? – wyszeptałem.
- Domyśliłam się tego – odpowiedziała z uśmiechem. Przejechałem palcami po jej policzku, a potem zmusiłem ją do kolejnego pocałunku.

            Siedzieliśmy dalej w tym samym miejscu, jakby zawieszeni pomiędzy dwoma różnymi światami. Naszym i ich. Pogrążyliśmy się w rozmowie, nie dotykając jednak tematu szkoły i tego, co wydarzyło się dzisiaj. Głównie rozprawialiśmy o muzyce, co pasowało mi, a także i jej.
            Pozwoliła mi trzymać się w ramionach, a także od czasu do czasu opierać brodę na jej ramieniu, kiedy między nami pojawiała się cisza. Sam w pewien sposób przywracała mnie do dawnego pionu, w którym to na nowo kontrolowałem swoje emocje. Jakby po tej niedawnej rozsypce, znów składała mnie do kupy. Kawałek po kawałku.
            Kiedy zrobiło się chłodniej i dodatkowo pojawił się mocniejszy wiatr, poszliśmy do mojego samochodu. Wpakowaliśmy się na tylne siedzenie, by móc spędzić ze sobą jeszcze trochę czasu. Na prośbę dziewczyny włączyłem radio, do którego podłączone było mp4, dzięki czemu leciały moje ulubione kawałki.
             Ściągnąłem bluzę, bo Sam zadrżała tuż obok mnie. Uśmiechnęła się ukradkiem, kiedy dostrzegła, że mam na sobie bluzkę, którą dostałem od niej na urodziny. Musiałem odrobinę się nagimnastykować, by zmusić ją do założenia mojej garderoby, aby było jej cieplej. W końcu jednak uległa, a ja z uśmiechem obserwowałem to, jak naciąga na siebie czarny materiał. Bluza była na nią o wiele za duża, ale i tak wyglądała w niej uroczo.
             Potem po porostu wtuliła się we mnie, a ja poczułem, że ponownie oblewa mnie fala mocnego gorąca i w tym wypadku nawet nie potrzebowałem bluzy, by było mi ciepło. Splotłem jej palce ze swoimi, od czasu do czasu bawiąc się nimi w rytm płynącej z głośników muzyki. Uśmiechnąłem się po raz kolejny pod nosem, opierając brodę o jej głowę. Chciałem zostać z nią w tym samochodzie już na zawsze i nigdy nie wracać do tego drugiego świata, który w jakiś sposób zostawiliśmy oboje za plecami.

             W końcu jednak musieliśmy powoli się zbierać. Wiedziałem, że Sam chciała dokończyć wypracowanie z angielskiego. Zresztą oboje też zgłodnieliśmy. Zanim jednak odwiozłem ją do domu, wstąpiliśmy jeszcze do pizzerii, aby się porządnie najeść.
            Wysadziłem ją pod domem, a ona pożegnała się ze mną, całując delikatnie w policzek. Te wszystkie jej małe gesty działały na mnie podwójnie, więc nic dziwnego, że najnormalniej w świecie spłonąłem czerwienią. Na szczęście było zbyt ciemno, by mogła to zobaczyć. Kiedy sam w końcu dojechałem do siebie, nadal od tego wszystkiego lekko szumiało mi w głowie. Moje myśli uciekły w jej stronę, a ja rozpamiętywałem ten wspólnie spędzony czas, raz za razem.
             I wtedy to się stało. Nie zwracając szczególnej uwagi na odległość między moim, a ojca samochodem, wjechałem na podjazd. Głośny szczęk wyrwał mnie z myśli i od razu sprowadził na ziemię. Zahaczyłem o auto Adama. Zahaczyłem o ten pieprzony zderzak jego półrocznego wycackanego samochodu. Wycofałem i wyrównałem, by zaparkować kawałek dalej. Wiedziałem jednak, że on mi tego nie popuści.
             Wysiadłem z samochodu, a następnie podszedłem do auta ojca. Rysa była spora, choć nic większego się nie stało. Gdzieś w głębi ducha liczyłem na to, że tego nie zauważy i nie znajdzie winnego pod tym samym dachem.
            Jednak, jak tylko wyprostowałem się i spojrzałem w stronę drzwi frontowych, omal nie doznałem zawału. Adam Hemmings już tam stał. A jego mina wcale nie zwiastowała niczego dobrego. Był wkurwiony. Wyskoczył z domu, a potem podszedł bliżej. Odepchnął mnie od samochodu, patrząc na szkodę, którą mu wyrządziłem. Powoli odwrócił się, a ja wstrzymałem oddech.
- Do środka – warknął cicho. – Już.
            Choć był nieco niższy, to i tak teraz górował nade mną. Mimo mojego wieku, on dalej potrafił skutecznie mnie przerazić i wyciągnąć na wierzch dziecięce koszmary, które przez cały czas mnie prześladują. Jego szerokie i szorstkie ręce zacisnęły się na moim karku. Rozejrzał się dookoła, mając nadzieję, że nikt tego nie zobaczy, a potem zaciągnął mnie do domu, mając gdzieś to, że ledwo za nim nadążam.
            Wepchnął mnie do domu z taką siłą, że nie utrzymałem równowagi i poleciałem w stronę schodów. Uderzyłem w najniższe stopnie z głośnym hukiem. Adam zacisnął dłonie, odwracając się w moją stronę. Zacisnąłem zęby, nie mogąc oderwać wystraszonego wzroku od jego zimnych niebieskich oczu teraz pełnych furii. Miałem przejebane i nawet nie próbowałem sobie wmawiać tego, że jest inaczej. Dlatego zupełnie nie rozumiałem tego, co zrobiłem potem.
             Miałem wrażenie, że podchodzi do mnie w zwolnionym tempie. Od razu poczułem, jak moje ciało zlewa się zimnym potem, gdy opanował mnie najczystszy strach. I wtedy coś strzeliło mi do głowy. Coś podpowiedziało mi, by spróbować przed nim uciec. Zanim zdążył się zbliżyć, poderwałem się z miejsca i ignorując ból w boku, wbiegłem na górę, a potem do swojego pokoju. Słyszałem jego ciężkie kroki, które podążały tuż za mną.
            Wpadłem do pokoju, zamykając za sobą drzwi. Docisnąłem się do nich, jakby to mogło go w jakiś sposób powstrzymać. Ale Adam nie był, jakimś chucherkiem, który nie poradzi sobie z nastolatkiem. Uderzył barkiem w drzwi raz, a potem kolejny raz, dodając do tego drugiego jeszcze więcej siły, niż poprzednio. To spowodowało, że drzwi otworzyły się, a ja musiałem odskoczyć, by znów się nie przewrócić.
            Niewiele myśląc wbiegłem do łazienki, próbując po raz kolejny odwlec to, co mnie czekało. Ojciec jednak tym razem był szybszy. Jak tylko chciałem zamknąć mu przed nosem kolejne drzwi, odepchnął je od razu z całej siły. Uderzyły o ścianę z głośnym hukiem. Ten dźwięk przywołał na górę moją matkę.
- Adam proszę…
- Gówniarz musi ponieść karę za to, co zrobił! – warknął, a potem doskoczył do mnie.
             To był moment, gdy uderzył mnie w twarz raz, a potem następny i następny. Czułem w ustach smak krwi, kiedy rozwalił mi dziąsło i dolną wargę. Pulsujący ból pojawił się od razu. Zamroczyło mnie drugi raz w ciągu jednego dnia. Wpadłem na szafkę, od której odbiłem się, jednocześnie zwalając stamtąd świeże ręczniki. Upadłem na zimne kafelki. Jego dłoń ponownie zacisnęła się wokół mojego karku. Szarpnął mną, próbując ustawić do pionu.
- I, co? Uważasz, że jesteś taki cwany? – Pokręciłem głową, przełykając zebraną w ustach krew. – Kto ci do chuja dał prawo jazdy, jak przerasta cię zwykły domowy podjazd! Zniszczyłeś mi nowy samochód!
             Zaraz po jego słowach spadła na mnie kolejna fala kopnięć i ciosów, jakbym nie był żywym człowiekiem, a zwykłym workiem treningowym, na którym może się wyżywać. Trafiały mnie dosłownie wszędzie, bo Adam będąc w takim stanie nie patrzył, czy celuje w moją klatkę piersiową, twarz czy biodra. Uderzał gdzie popadnie, bylebym tylko dostatecznie mocno odczuł swoją karę. Miałem wrażenie, że nigdy nie przestanie. Gdzieś, jakby z oddali usłyszałem błagający głos matki, która prosiła, by już mnie zostawił.
- Zabijesz go!
- Niech ma nauczkę! – warknął Adam, a potem kopnął mnie ostatni raz w brzuch. Poczułem, jak niedawno zjedzone jedzenie, powoli cofa mi się do przełyku. Stróżka śliny wypłynęła mi z ust, kiedy próbowałem jednocześnie powstrzymać chęć zwymiotowania i złapania oddechu.
             W końcu wokół mnie zapanowała cisza. Usłyszałem jeszcze tylko trzaśnięcie drzwiami, kiedy moi rodzice wyszli z mojego pokoju. Pot ściekał mi ciurkiem po twarzy, a każda część ciała niemalże wyła z bólu. Zacisnąłem zęby, wymuszając z siebie jeszcze odrobinę siły. Kręciło mi się w głowie, ale udało mi się na czworaka dotrzeć do toalety. Oparłem się na desce, a potem zwymiotowałem raz, a następnie drugi raz, prawie dusząc się z braku tlenu, który jak dla mnie zbyt szybko ubywał z moich płuc. Przetarłem usta dłonią, robiąc to prawie na oślep, bo nagle zrobiło mi się ciemno przed oczami. Próbowałem z tym, w jakiś sposób walczyć. Nie wyszło. Osunąłem się na podłogę, przyciskając rozgrzany i mokry od potu policzek do zimnych kafelek. Nie podjąłem już próby ponownego ruszenia się z miejsca. Nie miałem już na to siły – ani fizycznej, ani psychicznej.



***
Ten dzień dla Luka nie był łaskawy - jak nie bliźniaki, to ojciec (czarne charaktery czuwają, by dokopać tym dobrym). Ale nikt mu nie obiecywał, że będzie miał łatwo. Mam nadzieję, że mimo wszystko rozdział przypadł Wam do gustu. 

Dziękuję Wam za wszystkie komentarze, które są doskonałą motywacją! Uwielbiam je!

Kolejna część pojawi się standardowo w następną niedzielę.

Przypominam również o możliwości zadawania mi pytań odnośnie fabuły i bohaterów na Asku - link w kolumnie Menu.

Pozdrawiam i do następnego!

7 komentarzy:

  1. Bliźniaki, jego ojciec, matka zresztą też to potwory. Naprawdę... choć jego matka wtrąciła coś to i tak nie zrobiła tak naprawdę nic co mogłoby jemu pomóc. Luke pewnie teraz trafi do szpitala. Może znajdzie się ktoś kto domyśli się czegokolwiek. Takie rany na pewno nie będą wyglądać na wypadek.
    Z niecierpliwością, do następnego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, niby się wtrąciła, ale nie zrobiła w sumie nic, co by w jakiś sposób pomogło. Nawet nie zaprzeczę.
      Dzięki za komentarz!
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Luke powinien zamieszkać u Sam. Pewnie teraz blondyn wyląduje w szpitalu, mam nadzieję, że Sammy się o tym dowie i postanowi zainterweniować. Wspaniały rozdział - jak zwykle. Wspominałam już, jak bardzo nie cierpię Adama i bliźniaków?
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że rozdział Ci się podobał :)
      Z pewnością pisałaś o tym nie raz i ja się wcale nie dziwię, czemu ich nie cierpisz.
      Dzięki bardzo za komentarz!
      Pozdrawiam!

      Usuń
  3. NIENAWIDZĘ JEGO OJCA! NIENAWIDZĘ BLIŹNIAKÓW! JEGO MATKA TEŻ NIECH SIĘ W DUPĘ POCAŁUJE! Matko... Dzięki Roxy, ryczałam po raz kolejny czytając to. Tak mi go cholernie szkoda - on sobie na to wszystko zupełnie nie zasłużył. Dobrze, że chociaż ma Sam. Mam nadzieję, że Luke jakoś się z tego podniesie. Mam nadzieję, że kiedyś to on skopie im dupę. Najchętniej bym go wzięła do siebie i przytuliła - szkoda mi go cholernie.
    Jestem mega ciekawa, jak to się rozwinie dalej. Co będzie w następnym. Czekam z niecierpliwością na nn
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Siła Caps Locka XD Ale nie dziwię się tej Twojej niechęci, co do ojca i bliźniaków. Cieszę się, że rozdział wzbudził emocje - choć za pomocą takich, a nie innych scen.
      Dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam

      Usuń