niedziela, 28 lutego 2016

Rozdział 17

And if you can't tell, I'm scared as hell, 'cause I can't get you on the telephone


          Luke nie pojawił się w szkole, choć wczoraj nic nie mówił, że go nie będzie. Nic dziwnego, że zaczęłam się niepokoić tym jego nagłym zniknięciem. Nie odbierał też ode mnie telefonów. Nie odpisał na żadnego wysłanego przeze mnie sms-a. A to jeszcze nigdy się nie zdarzyło, by ignorował mnie w ten sposób. Po tym zaczęłam naprawdę się denerwować. Nie byłam jednak na tyle odważna, by złożyć mu osobistą wizytę w jego domu.
          Tej odwagi nabrałam na drugi dzień, kiedy znów go nie było. Kiedy mój mózg zaczął tworzyć coraz to gorsze scenariusze, które usprawiedliwiałyby jego nieobecność i dalsze nie odzywanie się przez telefon. Czy stało się coś z jego babcią? Czy chłopak mimo moich przedwczorajszych słów, nadal czuje się winny temu, co działo się pomiędzy Ally a mną? Czy jego ojciec znów coś mu zrobił? Czy może to Luke coś sobie zrobił? Byłam pewna, że jeśli szybko nie uzyskam, jakieś konkretnej informacji na temat jego stanu, to najnormalniej w świecie zwariuję. Przedwczoraj pokazał mi swoje kolejne oblicze – zagubione, w pewien sposób rozgoryczone i roztrzęsione, jakby grunt powoli usuwał się spod jego stóp, a ten incydent w szkole, był zapalnikiem do ponownej rozsypki. Teraz bałam się tego, co mogę w nim zobaczyć dzisiaj. Hemmings miał kilka twarzy, a wśród nich te, które nie dane mi było jeszcze poznać.
           Calum wysadził mnie pod domem. Podziękowałam mu za podwózkę, a potem pognałam na górę, by szybko odłożyć torbę. Rodzice byli w pracy, więc nie musiałam się im tłumaczyć z mojego ponownego, niemalże natychmiastowego wyjścia. Odczekałam tylko chwilę, by mój kuzyn nie widział, jak szybko opuszczam swój dom. Nie chciałam, by poznał miejsce, do którego chcę iść.
           Wiedziałam gdzie, a także, w którym budynku mieszka Hemmings. Wystarczyło, by raz pokazał mi ten idealny, nowoczesny szary dom z równiutkim, zielonym trawnikiem i niewielkimi drzewkami, utrzymanymi w idealnym stanie, bym zapamiętała go od razu. Ten budynek, którego nienawidził, a do którego był siłą przywiązany, aż do zakończenia szkoły średniej.
            Moja odwaga nie uleciała nawet na moment. Nawet wtedy, gdy na podjeździe zobaczyłam lśniący, duży, srebrny samochód jego ojca. Byłam pewna, że należy właśnie do niego. Niedaleko stało auto Luke'a, co tylko dało mi nadzieję na to, że może jest w domu.
            Podeszłam do ciemnych drzwi. Wzięłam głęboki oddech. Gdzieś w środku poczułam strach. Co zrobią jego rodzice, gdy zapytam o ich syna? Musiałam zmyślić jakąś sensowną bajeczkę, nie ujawniając im tego, że wiem, co dzieje się pod ich dachem. Kolejny wdech. Zadzwoniłam dzwonkiem.
            Drzwi otworzyły się niemalże natychmiast, jakby jego ojciec stał niedaleko nich, gdy wykonałam swój ruch. Był wysokim, dobrze zbudowanym i barczystym mężczyzną. Miał idealnie ułożone brązowe włosy, a oczy tego samego koloru, co jego syn. Nie były jednak identyczne. Nie było w nich smutku i przygnębienia. Nie było też wesołych iskierek, które miał Luke, gdy się uśmiechał. Były inne, choć tak podobne.
- Dzień dobry… – wyrzuciłam z siebie, walcząc z pokusą odsunięcia się od niego.
- Dzień dobry – odpowiedział szybko, nie pozwalając mi dokończyć. Na jego twarzy malował się przyjazny uśmiech i aż sama nie wierzyłam w to, że ten człowiek, który wygląda na pierwszy rzut oka na miłego i sympatycznego, może zmieniać się w kata.
- Jest Luke? Nie było go od dwóch dni w szkole, a mamy dokończyć projekt z biologii – powiedziałam, choć nie chodziłam z blondynem na tą lekcję. Dostrzegłam za plecami mężczyzny czarne walizki.
- Niestety nie ma. Luke jest u babci w Bathurst.
- Och... No, trudno. Może pan mu przekazać, że zrobię podsumowanie sama, a potem mu to prześlę?
- Oczywiście.
- Dziękuję.
- Miłego dnia życzę! – rzucił z uśmiechem.
- Do widzenia – odpowiedziałam, a potem odwróciłam się i ruszyłam w stronę chodnika.
            Kiedy tylko usłyszałam zamykające się za plecami drzwi, przekręciłam oczami. Cicho prychnęłam pod nosem, ani przez chwilę nie łykając tej ściemy, którą mi sprzedał. Wiedziałam, bowiem, że Luke'owi została tylko jedna babcia i nie mieszkała ona w żadnym Bathurst, a tu w Sydney. Jego ojciec kłamał mi w żywe oczy, co tylko potwierdziło moje obawy, że faktycznie wydarzyło się coś złego. A ja coraz bardziej martwiłam się o chłopaka. Nie zamierzałam jednak odpuścić. Musiałam wiedzieć, czy chociaż wszystko z nim w porządku. Czy nic mu nie jest.
            Dlatego, kiedy dotarłam do sąsiedniej posesji, przesunęłam się bliżej wysokiego żywopłotu. Ukucnęłam, udając, że zawiązuję sznurówkę od trampka. Zrobiłam to na pokaz, gdyby się okazało, że jego ojciec siedzi przyczajony przy oknie, czekając, aż odejdę. Następnie szybko schowałam się za krzakami. Miałam zamiar tu tak długo siedzieć, dopóki nie wyjadą. A wnioskowałam, że szykują się do jakiegoś wyjazdu, przez te pieprzone walizki ustawione w holu. Miałam nadzieję, że się nie mylę. Miałam też nadzieję, że ich sąsiadka nie wezwie policji, gdy zobaczy mnie przyczajoną za zielonymi krzakami. Byłam jednak tak zdeterminowana, że podjęłam całe to ryzyko.
            Nie wiem, ile tak kucałam, ale zdążyły ścierpnąć mi nogi. Wtedy też usłyszałam otwierające się drzwi, a potem głos Adama Hemmingsa, który wyciągał na zewnątrz walizki. Wcisnęłam się w krzaki jeszcze bardziej, odsłaniając nieco gałęzi, by mieć lepszy widok. Dostrzegłam drobną blondynkę, która zamknęła na klucz drzwi frontowe, a potem podeszła do srebrnego auta. Mężczyzna zapakował ich bagaże do środka, a następnie powiedział coś żonie i zaśmiał się głośno. Ona też zaczęła chichotać, jakby miała, co najmniej piętnaście lat. Po chwili wsiedli do samochodu i odjechali – na szczęście w przeciwną stronę.
            Podskoczyłam, prawie mając zawał na miejscu, kiedy za plecami usłyszałam głośne chrząknięcie. Zrobiłam wielkie oczy, a potem powoli odwróciłam się w stronę głosu. Przede mną stała starsza kobieta, odziana w fioletowy welurowy dres. Już spodziewałam się tego, że zacznie na mnie wrzeszczeć, ale ona tylko uśmiechnęła się łagodnie.
- Przepraszam. Ja… Zaraz sobie pójdę… Ja tylko… - W sumie sama nie wiedziałam, jak powinnam usprawiedliwić to, że wtargnęłam na jej teren.
- Spokojnie. Nic się nie stało, kochanie – powiedziała ciepłym głosem. Wychyliła się zza żywopłotu, a potem znów spojrzała na mnie. – Pojechali. Możesz już wstać.
- Ja… Naprawdę nie chcę zrobić, niczego złego…
- Jesteś koleżanką Luke'a? – Pokiwałam głową. – To dobry dzieciak, ale jego rodziców nigdy nie lubiłam. Są strasznie bufonowaci. Chłopak powinien być w domu.
- Co?
- Adam i Lauren dosyć często wyjeżdżają, gdzieś na weekendy, ale on zawsze zostaje w domu. Nigdy nie biorą go ze sobą.
- Więc może być w środku?
- Nie widziałam go od dwóch dni, ale jego samochód, ani razu nie zmienił miejsca, więc wnioskuję, że powinien być w domu. – Uniosłam lekko brwi do góry. – Czyżby pan Hemmings odprawił cię z kwitkiem? – Zrobiłam zaskoczoną minę. – Widziałam, jak do nich szłaś.
- Tak, powiedział, że go nie ma.
- Nie dobrze. Może Luke źle się czuje. Jesteście kolegami ze szkoły?
- Jestem jego przyjaciółką – odpowiedziałam szybko, a ona znów szeroko się uśmiechnęła.
- To powiem tyle – pociągnęła, przybliżając się do mnie. – Okno w salonie jest otwarte od bocznej ściany, tuż przy pergoli. – Następnie zmierzyła mnie wzrokiem. – Powinnaś się zmieścić.
- Ale…
- Ja nic nie widziałam – rzuciła, a następnie po raz kolejny uśmiechnęła się do mnie. 
            Zanim zdążyłam, w jakikolwiek sposób zareagować, odwróciła się i wróciła do siebie. Jeszcze przez chwilę spoglądałam na budynek, nie mogąc uwierzyć w to, co mi zaproponowała. Miałam od tak włamać się do ich domu?
           Jednak, jak tylko o tym pomyślałam, przed oczami stanął mi Luke. Siedzący tam sam, jak palec. Może był chory? Może źle się czuł? Może coś mu było? Nie zdziwiło mnie to, że jego rodzice go zostawili. W końcu nie raz powtarzał, że mają go gdzieś. Wiedziałam też, że nie da mi to spokoju, jeśli nie zajrzę do środka i nie będę w stu procentach pewna, że zasiałam w sobie niepotrzebną panikę. A chciałam, by to okazało się być prawdą. Że faktycznie nic się nie stało.
            Wyszłam ze swojego ukrycia, przeklinając w myślach swój głupi i dość ekstremalny pomysł, który podsunęła mi starsza kobieta. Miałam tylko cichą nadzieję, że mnie w żaden sposób nie podpuszcza, bo naprawdę mogę mieć poważne problemy. Podeszłam do drzwi po raz kolejny. Chciałam najpierw spróbować w normalny i cywilizowany sposób, zanim zacznę zmieniać się w niedoświadczoną włamywaczkę. Zadzwoniłam dzwonkiem i odczekałam chwilę. Nic. Cisza.
            Wyciągnęłam telefon, odsuwając się od budynku. Zatrzymałam się niedaleko samochodu blondyna. Wykręciłam znajomy numer, który znałam już niemalże na pamięć, bo przez ostatnie dwa dni dość często wpatrywałam się w niego, licząc na jakąkolwiek widomość od chłopaka. Trzymałam komórkę przy uchu, wlepiając oczy w okna, mając nadzieję, że dostrzegę jakiś ruch. Nic. Sygnał w końcu się urwał, a ja rozłączyłam się. To wystarczyło, by pchnąć mnie do działania jeszcze bardziej. To znów włączyło we mnie paniczny strach. Co się do cholery stało?
             Rozejrzałam się szybko. Kiedy byłam pewna, że nie widzę w zasięgu wzroku żadnych ludzi – a tym bardziej patrolującego samochodu policyjnego – ruszyłam w bok domu Hemmingsa. Ten krótki dystans pokonałam tak szybko, że miałam wrażenie, że ledwo ruszyłam, a już stałam przy otwartym oknie. Buzowała we mnie adrenalina połączona ze strachem. Nic więc dziwnego, że trzęsły mi się dłonie. Podeszłam do pergoli. Musiałam, jakoś dosięgnąć do tego okna, a potem wcisnąć się do środka, nie robiąc przy tym hałasu. W duchu modliłam się o to, by jego rodzice nie mieli włączonego alarmu czy wielkiego stróżującego pitbulla.
            Złapałam się drewnianych desek. Podciągnęłam się, by sięgnąć parapetu. Stanęłam na nim i zachwiałam się. W myślach powtarzałam sobie, że jeśli okaże się, że Luke'owi nic nie jest, to go osobiście ukatrupię za to, do czego mnie zmusza. Przetrzymując się pergoli, kucnęłam. Miałam tak mocno zaciśnięte ręce, że aż pobielały mi knykcie. Następnie powoli złapałam za framugę okna. Usiadłam przekładając nogi na drugą stronę. Zsunęłam się jeszcze niżej, a potem zamachałam stopami, sprawdzając, czy nie ma tam żadnej szafki, stolika czy czegokolwiek, co mogłabym przez przypadek zniszczyć. Kiedy teren okazał się być czysty, wślizgnęłam się do środka.
            Rozejrzałam się po jasnym i eleganckim salonie. Było tu tak czysto, że bałam się tego, że swoimi butami zabrudzę nieskazitelnie dopieszczoną podłogę. Wszystko było utrzymane w odcieniu beżu i brązu. Każda ozdoba czy niewielki dodatek pasował do całości.
            Wstrzymałam oddech, wsłuchując się w otoczenie. Wokół mnie panowała cisza. Nie było żadnego psa, nie wydarł się alarm, nie słyszałam też kroków, które mogłyby świadczyć o tym, że nie jestem tu sama.
            Niepewnie ruszyłam przed siebie, przechodząc do holu. Boże… W tym domu wszystko było urządzone ze smakiem i utrzymane w mocno nowoczesnym stylu. Jednoczenie brakowało mi tu swoistego ciepła, jakby te mury były tak samo zimne, jak jego właściciele.
            Zatrzymałam się przy schodach, po raz kolejny nasłuchując. Znów jednak przywitała mnie cisza. Zacisnęłam usta. Teraz to nawet mój oddech wydawał się być zbyt głośny. Może też dlatego, że dyszałam, jak lokomotywa z tego całego stresu. Domyślałam się, że pokój blondyna może mieścić się na górze, więc powoli weszłam na piętro. Musiałam odnaleźć jego królestwo.
              Pierwsze drzwi okazały się być pudłem. Pomieszczenie wyglądało, jak typowy gabinet. Masa regałów z papierami i grubymi tomiskami, piękne rzeźbione długie biurko z dwoma komputerami, ustawionymi po jego dwóch stronach, wysokie skórzane fotele, w których można by był się zatopić. Zdecydowanie nie był to pokój osiemnastolatka.
              Przeszłam do drzwi obok. Wyciągnęłam rękę, czując, jak napinają mi się wszystkie mięśnie. Co jeśli wściekły pitbull będzie właśnie za tymi drzwiami? Nie… Luke nic nie mówił, że ma jakieś zwierze. Wizja rozwścieczonego psa, szybko uleciała z mojej głowy. Nacisnęłam klamkę, a następnie cicho otworzyłam drzwi. Bingo.
               Dostrzegłam jasne ściany, na których w antyramach powywieszane były ulubione zespoły blondyna. W środku tak, jak prawdopodobnie w całym domu, panował idealny porządek. Na biurku znajdował się zamknięty srebrny laptop. Zeszyty ułożone były w równym rządku. Przy ścianie stał wielki telewizor z konsolą, a tuż obok leżała olbrzymia poducha do siedzenia. Kolorowe płyty z muzyką, filami i grami piętrzyły się na jasnej drewnianej półce, aż po samą górę.
               Weszłam w głąb pomieszczenia, a moje oczy od razu natrafiły na leżącego na łóżku chłopaka. Słyszałam jego równy i miarowy oddech, co tylko utwierdziło mnie w tym, że Luke śpi. Miał na sobie niebieską bluzę. Kaptur nasunięty był na jego twarz, przez co nie mogłam go zobaczyć. Pozostała część jego ciała ukryta była pod szerokim puszystym kocem. Odetchnęłam z ulgą, widząc go przed sobą. Znalazłam go.
               Podeszłam do niego, nawet nie próbując być cicho. Musiałam koniecznie sprawdzić, czy nic mu nie jest. Chciałam też uzyskać odpowiedzi, na moje kłębiące się w mózgu liczne pytania. Usiadłam powoli na materacu, a potem przejechałam dłonią po jego ramieniu. Poruszył się i cicho mruknął pod nosem. Lekko potrząsnęłam chłopakiem. Luke raptownie podniósł się do pozycji siedzącej, niemalże wciskając się w ścianę. Zasłonił twarz rękami, jakby chroniąc się przed niewidzialnym ciosem. Zauważyłam, jak zaczął się trząść.
- Luke? - Od razu znalazłam się obok niego, łapiąc go za chłodne dłonie. – Już dobrze, Luke.
              Znieruchomiał, a potem spojrzał na mnie. Musiałam się mocno postarać, by się nie rozpłakać. Musiałam mocno zacisnąć zęby, by być w stanie na niego patrzeć. W tym momencie miałam wrażenie, jakbym miała się rozpaść na małe kawałki razem z nim.
             Siniak, który zostawili na jego twarzy bliźniaki, był jeszcze bardziej widoczny, niż wcześniej. Teraz zmieniał barwę na zielono fioletową. Miał też towarzyszy. Pod jego prawym okiem i przy brodzie stworzyły się kolejne. Widziałam lekkie zadrapania na jego policzku. Na jego dolnej różowej wardze widniał wielki strup. Zauważyłam też, że ma kolejny fioletowo czerwony ślad na zewnętrznej stronie dłoni.
             Jednak nie to było najgorsze. Najgorsze były jego oczy i cały wyraz twarzy. W tym momencie Luke nie miał na sobie spokojnej maski kogoś, kto jest w stanie znieść wielkie upokorzenia. Przykrywka zniknęła, odsłaniając kolejne oblicze Hemmingsa. Osoby doszczętnie zniszczonej, złamanej i skrzywdzonej. Ból i cierpienie widoczne w jego oczach, było prawie nie do zniesienia. Bałam się zrobić cokolwiek, by jeszcze bardziej nie pogorszyć stanu, w którym był.
- Co ty tu robisz? – wydusił z siebie, prostując się. Zacisnął usta, krzywiąc się z bólu, jakby nawet ten najmniejszy ruch był zbyt trudny do wykonania.
- Jak to, co? – wyszeptałam, delikatnie pocierając swoimi palcami jego dłonie. – Od wczoraj nie dajesz znaku życia. Martwiłam się i… Boże, co ci się stało?- Było to głupie pytanie. Mój mózg sam podsunął mi już wcześniej odpowiedź, co mogło się wydarzyć. Kto mógł zrobić mu coś takiego.
- Jak tu weszłaś?
- Twoich rodziców nie ma i… Wcisnęłam się przez okno w salonie – odpowiedziałam, zgodnie z prawdą. – Pojechali gdzieś, zostawiając cię w takim stanie? – Pokiwał, tylko głową. – Czemu twój ojciec to zrobił? – Luke odwrócił głowę w drugą stronę. – Powiedz mi – wyszeptałam, dotykając lekko jego policzka.
- Zasłużyłem sobie na to.
- Dlaczego?
- Wracając od ciebie, źle wymierzyłem i dość mocno zarysowałem mu zderzak w jego samochodzie.
- Tylko, dlatego? – Kiwnął głową, nadal na mnie nie patrząc. – Nie powinien tego robić i…
- Zasłużyłem.
- Wcale nie! – Podskoczył, a potem cicho jękną. – Luke?
- Już jest w porządku – wymamrotał, choć ja wcale mu nie uwierzyłam.
- Ojciec nie powinien katować swojego dziecka przez coś takiego. – Blondyn w końcu odwrócił się, a jego przygaszone błękitne tęczówki spojrzały wprost na mnie. – To nie tak powinno być. Dlaczego nie powiedziałeś mi, co się stało? Dlaczego nie odebrałeś, nie oddzwoniłeś, ani nie odpisałeś na żadną wiadomość ode mnie?  – Pokręcił głową po raz kolejny, przyciskając dłonie do poobijanej twarzy. – Luke? Proszę cię… - Mój głos zadrżał, gdy niemalże błagałam go o to, by się nie wycofał.
- Wstydziłem się, okej – wyrzucił w końcu z siebie, opierając dłonie o kolana. Ponownie się odwrócił, zagryzając mocno wargę.
- Co? Czemu…
- Masz idealną rodzinę, Sammy, a ja… Ja nigdy czegoś takiego nie miałem – zaczął, a ja, aż zatrzęsłam się, gdy zobaczyłam w jego błękitnych oczach łzy. – Wstydziłem się tego, co mi zrobił. Wstydziłem się tego, jak wyglądam. Chciałem się odciąć. Chciałem… Tak cholernie chciałem zniknąć…
- Nie, Luke – powiedziałam, przysuwając się do niego jeszcze bardziej. – Nie ty powinieneś się wstydzić. To nie twoja wina. To twój ojciec powinien wstydzić się tego, że podniósł na ciebie rękę. Że w ogóle zaczął to robić. Rodzic powinien chronić swoje dziecko. Chronić i walczyć o nie w każdy pieprzony dzień. Pomagać mu i się o nie troszczyć. Twój ojciec jednak chyba w ogóle nie zasługuje na to miano. To on jest winny i to mu powinno być wstyd. – Luke spuścił głowę, a jego ramiona lekko zadrżały. – Nigdy też nie myśl o tym, by zniknąć. Nigdy nie poddawaj się tej myśli. Nigdy nie próbuj, jasne? Nie możesz zostawić swojego celu. Chyba o nim nie zapomniałeś? – Pokręcił głową. – Właśnie. Zostało już niewiele do końca. Po skończeniu szkoły, będziesz mógł się stąd wyrwać i zacząć na nowo – pociągnęłam, czując, że sama jestem gdzieś na granicy. – I nie możesz zostawić mnie. Nie teraz, okej? – Spojrzał na mnie, pospiesznie wycierając dłońmi oczy. Chciał otrzeć łzy tak szybko, bym tego nie widziała.
- Sammy…
- Nie musisz się też wstydzić łez – dodałam, muskając jego czoło ustami. – Nie w takim momencie i nie przy mnie, bo ja znam całą twoją historię. A ty znasz moją.
            Wciągnął cicho powietrze, ponownie zaciskając usta. Widziałam, że walczy sam ze sobą. Jednak kiedy kolejne słone łzy opuściły te jego niesamowicie błękitne oczy, odpuścił. Niewiele myśląc przyciągnęłam go do siebie, a potem delikatnie objęłam, starając się nie wywoływać u niego kolejnej fali bólu. Zadrżał ponownie, wtulając się w moje ciało. Teraz to ja powstrzymywałam się przed tym, by się nie popłakać. Chciałam być dla niego wsparciem. Dać mu potrzebną siłę. Jednak, jak tylko znalazł się w moich ramionach, poczułam, jak i moje policzki moczą się od łez.
           Tak bardzo chciałam przejąć od niego chociaż połowę tego cierpienia, żalu i goryczy, które w sobie nosił. Chciałam w jakiś sposób mu pomóc, ale zupełnie nie wiedziałam jak. Nie wiedziałam, co mogę zrobić, by było lepiej. Jedyne, co mogłam to być przy nim właśnie w takich trudnych chwilach. Być i nigdy go nie zawieść. By już nigdy nie był sam.

~***~
           Byłem mocno zdziwiony i zaskoczony, kiedy zobaczyłem Sam w swoim pokoju. Wielokrotnie wyobrażałem sobie ten moment, kiedy zapraszam ją pierwszy raz do siebie, by obejrzeć wspólnie film, zagrać w jakąś głupią grę czy słuchać muzyki, leżąc na łóżku i cicho rozmawiając. Nigdy jednak w tych scenariuszach nie pojawiała się wizja tego, że dziewczyna niemalże włamie się do mojego domu, by potem oglądać to, co zrobił ze mną mój ojciec.
           Teraz jednak byłem jej wdzięczny za to, że była na tyle zdeterminowana, by to zrobić. Tkwiąc w jej ramionach, wdychając jej przyjemny i znajomy zapach, wsłuchując się w równe bicie jej serca – powoli wracałem do dawnego stanu. Co jakiś czas przejeżdżała dłonią po moich plecach, co niesamowicie koiło i uspokajało. Jakby rzucała mi niewidzialne koło ratunkowe, nie pozwalając pójść na dno. Jakby była moją osobistą kotwicą, która utrzymuje mnie w miejscu. Pomagała na nowo złożyć mi się do kupy, choć ten proces nie był szybki i łatwy. Dała mi siłę, by się podnieść – a wystarczyło tylko bym, choć odrobinę poczuł, że nie jestem sam. Że jest obok ktoś, kto się o ciebie troszczy.
            Między nami panowała cisza. W końcu jednak Sammy oderwała się ode mnie, a ja niechętnie ją puściłem. Potem pokręciła nosem z niezadowoleniem, gdy przyznałem się do tego, że nie jadłem nic od przed wczoraj. W sumie ostatnim posiłkiem, który miałem w ustach była pizza, którą zjedliśmy wspólnie – a którą później i tak zwróciłem. Wczoraj jednak nie byłem wstanie przemóc się i wyjść z pokoju. Zresztą jedyne, co robiłem to spałem i korzystałem z toalety, od czasu do czasu futrując się tabletkami przeciwbólowymi. Dopiero dzisiaj zacząłem robić coś więcej – ogarnąłem łazienkę, układając przewrócone rzeczy i ścierając z kafelek krew. Jednak ta praca tak mnie wykończyła, że zamiast zejść na dół, by w końcu coś zjeść, ja wróciłem do łóżka.
            Sam wyszła z pokoju, kierując się do kuchni. Ja zahaczyłem jeszcze o łazienkę, by zażyć kolejne dwa podłużne środki przeciwbólowe. Następnie wyszedłem na korytarz i powoli zszedłem ze schodów. Moje ciało nadal było obolałe, ale dało się to jakoś wytrzymać. Zresztą, byłem już do tego przyzwyczajony. 
             Chciałem jej pomóc przy gotowaniu, ale dziewczyna szybko wygoniła mnie z zasięgu blatu i kuchenki. Usiadłem, więc przy stole, nie odrywając od niej wzroku. Śledziłem jej płynne ruchy, uśmiechając się lekko pod nosem. Tak, mimo tego wszystkiego, co się wydarzyło, ja uśmiechałem się, jak kretyn, gdy ona była obok. Gdy była w zasięgu mojego wzroku.
             Kiedy postawia przede mną parujący talerz z jajecznicą i chrupkim zapiekanym chlebem, zrozumiałem, jak cholernie jestem głodny. Podsunęła mi też pod nos gorącą herbatę, a potem sama usiadła obok, zajmując się swoją porcją. Rzuciłem się na jedzenie, jakbym nie jadł, co najmniej od tygodnia. Sammy, co i rusz zerkała kontrolnie na mnie, jakby upewniając się w tym, że jakoś się z tego wyliżę. Nie przeszkadzało mi to, ani trochę. Po jedzeniu, mimo moich protestów, pozmywała, a potem wróciliśmy na górę.

             Sam siedziała wyciągnięta na łóżku, a ja leżałem tuż obok, opierając głowę o jej uda. Właśnie kończyliśmy oglądać trzeci z rzędu film. Nie byłem zbytnio skoncentrowany na fabule, ale wiedziałem, o co w nim chodzi. Oglądałem go już po raz drugi. Zamiast na akcji, która działa się na ekranie, wolałem skupiać się na ruchach jej palców, kiedy co jakiś czas przeczesywała mi dłonią włosy, co było cholernie przyjemnym, ale też i rozpraszającym uwagę, uczuciem.
- Też chciałbym wyrwać się z Sydney, chociaż na jeden weekend – powiedziałem, kiedy pojawiły się napisy.
- To, całkiem niezły pomysł. Powinniśmy, gdzieś pojechać. Co prawda przez szkołę jesteśmy ograniczeni czasowo, ale sama chętnie pojechałabym chociażby do innego miasta. Tak na weekend, co ty na to?
- Chcesz jechać ze mną?- zapytałem z automatu, zanim zdążyłem się powstrzymać. 
             Podniosłem się do pozycji siedzącej, by lepiej ją widzieć. Skrzywiłem się lekko, kiedy mój poobijany bok zaskomlał przeszywającym bólem. Sam przyjrzała mi się uważniej, ale nie skomentowała tego w żaden sposób.
- A czemu, by nie? – odpowiedziała z uśmiechem. – Możemy zaplanować taki wyjazd. Tylko nasza dwójka. Będziemy żyć chwilą, robiąc to, co chcemy.
- Podoba mi się ten pomysł.
- Ty rzuciłeś hasło – skwitowała, wzruszając ramionami. – Musimy, tylko wybrać miejsce. Nie musi to być daleko. Zaplanować nocleg i całą resztę.
- Możemy pojechać moim samochodem.
- Czyli transport już mamy.
- Mamy. Wyjechalibyśmy w piątek, zaraz po szkole, a wrócili…
- W niedzielę wieczorem – dokończyła za mnie. Uśmiechnąłem się. Sam zerknęła na zegarek, a potem lekko uniosła brwi do góry. – Zrobiło się późno, powinnam wracać do domu.
- Och… Jasne – wydusiłem z siebie, opierając się plecami o ścianę. 
              Nie chciałem, by szła. Chciałem, by została. By nie zostawiała mnie w tym pustym i zimnym domu samego. Przynajmniej nie dzisiaj. Dopiero po chwili zorientowałem się, że dziewczyna bacznie mnie obserwuje. Przygryzłem wargę.
- Co się stało? Źle się poczułeś?
- Nie… Jest w porządku.
- Luke? – Samantha była uparta, więc wiedziałem, że mi nie popuści.
- Musisz wracać?
- Zostać z tobą?
- Mogłabyś?
- Oczywiście – odpowiedziała z uśmiechem. Zbliżyła się do mnie, cmokając mnie przelotnie w nos, a potem podniosła się z łóżka. Spojrzałem na nią, jak wyciąga z kieszeni telefon. Odwróciła się. – Masz jakąś oficjalną wersję, co ci się stało?
- Co?
- No, wiesz… Twoi rodzice- zauważyłem, jak przy tych słowach mimowolnie się skrzywiła – chyba muszą cię jakoś usprawiedliwić w szkole.
- Już to zrobili. Matka powiedziała, że pobili mnie wieczorem, jak wracałem do domu.
- No, tak… Iście przemyślana ściema – skwitowała, a potem ruszyła w stronę drzwi. – Zadzwonię do mamy i powiem jej, czemu u ciebie zostaję.
- Chcesz jej to powiedzieć?
- To dobra wymówka do tego, dlaczego zostaję u ciebie na noc. Nie chcę by pomyślała, że chcemy wykorzystać wolną chatę, by przez całą noc uprawiać ze sobą gorący i wyuzdany seks – rzuciła ze śmiechem, a następnie wyszła z pokoju, zostawiając mnie z szeroko otwartymi oczami.

~***~
             Moja mama kupiła kłamstwo z pobiciem. Nigdy nie lubiłam oszukiwać rodziców i bliskich, ale nieraz była to siła wyższa. Tak, jak w czasie choroby, gdy wielokrotnie z moich ust wypływała nie prawda: nie nic mi nie jest, czuję się dobrze, nic mnie nie boli – byle by tylko się nie zamartwiali, by mogli odsapnąć od całego stresu. Zaprosiła też Luke'a na jutro do nas i nie chciała słyszeć odmowy. Nie chciałam go dzisiaj zbytnio dobijać, więc postanowiłam tą cudowną nowinę oznajmić mu jutro. Zresztą dobrze mu zrobi, jak opuści na trochę te cztery ściany.
             Luke dał mi krótkie szare spodenki i czarną koszulkę z Ramones. Taki oto zestaw robił za moją tymczasową piżamę. Zabrałam rzeczy ze sobą, a potem przeszłam do łazienki, by się jakoś ogarnąć. Kiedy wróciłam, uniosłam brwi do góry, zastanawiając się, co robi blondyn. Chłopak, bowiem rozkładał tuż przy swoim łóżku koc. Następnie rzucił na niego poduszkę, a potem wyprostował się, lekko się przy tym krzywiąc.
- Jeśli chcesz budować bazę, to chętnie się przyłączę – odezwałam się, a chłopak podskoczył w miejscu. Odgarnął z czoła mokre włosy – brał prysznic tuż przede mną. Zaśmiał się, kręcąc głową. – To, co to ma być?
- Oddałem ci swoje łóżko, a nie chcę spać na kanapie w salonie. Dlatego zrobiłem sobie prowizoryczną miejscówkę na podłodze.
- Serio? – Luke pokiwał głową, w dalszym ciągu się uśmiechając, jakby jego pomysł był naprawdę genialny. – Bo?
- No… Oddałem ci swoje łóżko, a nie chcę…
- Wiem, załapałam za pierwszym razem. – Blondyn zmarszczył brwi. – Przecież twoje łóżko jest duże. Myślisz, że się nie zmieścimy?
- Myślałem, że…
- Daj spokój – rzuciłam ze śmiechem. 
             Podeszłam do jego prowizorycznej miejscówki, jak to sam określił. Złapałam za poduszkę i ułożyłam ją z powrotem na materacu. Następnie zgarnęłam koc, złożyłam go i odłożyłam na krzesło, które stało przy biurku. 
- Śpimy razem.
- O-Okej.
- Chyba, że masz coś przeciwko temu?
- Nie, pewnie, że nie… To znaczy… Nie, nie mam – wydusił z siebie, przeczesując szybko swoje włosy palcami. Zauważyłam na jego policzkach lekkie rumieńce. Luke w tym momencie wyglądał cholernie uroczo, kiedy był taki nieporadny i zawstydzony. 
             Uśmiechnęłam się i minęłam go. Wyciągnęłam z kieszeni spodenek telefon, by odłożyć go na szafkę. Pod czujnym okiem blondyna, usiadłam na łóżku. Zaplotłam włosy w niedbały warkocz, a potem wsunęłam się pod ciepłą granatową kołdrę.
- Kładziesz się czy będziesz tak stał do rana? – wyrzuciłam z siebie, kiedy Hemmings nadal nie ruszył się z miejsca. Zaśmiał się cicho pod nosem. Pokręcił głową. Podszedł do przełącznika i zgasił światło. Teraz jedynym jego źródłem, była mała lampka na szafce.
             Odgarnęłam pierzynę po jego stronie łóżka. Uśmiechnął się delikatnie, a potem wszedł na materac. Ułożył się obok, zakrywając się kołdrą prawie po sam czubek nosa. Odchyliłam się, by zgasić lampkę. Gdy tylko to zrobiłam, wokół nas zapanowała ciemność. Położyłam się na boku, słysząc, jak Hemmings kręci się na swoim miejscu. Wyciągnęłam rękę. Szybko odnalazłam jego dłoń, którą trzymał na poduszce tuż przy twarzy. Splotłam nasze palce razem, przysuwając się do niego. Jego ciepły oddech przyjemnie rozgrzewał mi skórę na zewnętrznej części dłoni. Uśmiechnęłam się, kiedy to Luke obdarzył mnie szybkim pocałunkiem w skroń.
- Dziękuję – wyszeptał.
- Za, co?
- Za wszystko, co dla mnie robisz.
- Ty też wiele dla mnie robisz.
- Przestań…
- Bądź cicho, Hemmings – rzuciłam ze śmiechem.
- Idź spać, Hood – odparł i sam zaczął się śmiać. 


***
Jak widać Luke nie wylądował w szpitalu - choć pewnie powinien i wiele z Was właśnie to zakładało. Jednak Sam nie czekała zbyt długo, aby w końcu się dowiedzieć, co mu się stało. Było małe włamanie, spotkanie z sąsiadką i nieco smutnych, ale też i luźniejszych chwil. Odrobina wytchnienia Hemmo się na razie przyda.
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Dziękuję Wam za wszystkie komentarze! Uwielbiam je - ale to wiecie :)

Kolejny rozdział będzie dłuższy i pojawi się w niedzielę - choć chciałam go dodać w środę, ale niestety w ten dzień nie dam rady, a w pozostałe już mam zaplanowane inne części w innych historiach. Taki rozdziałowy wyjątek wrzucę Wam w kolejnym tygodniu - obiecuję (możecie mi to nawet przypominać, bo mam sklerozę, choć powinnam zapamiętać :)).

Przypominam również o możliwości zadawania mi pytań odnośnie bohaterów i fabuły na Asku - link w kolumnie Menu. Wiem, że się powtarzam, ale może komuś się ta informacja przyda :)

Pozdrawiam!

10 komentarzy:

  1. Rozdział jak zwykle świetny, a Sam przeprowadziła super akcję -włamanie. Myślałam właśnie, że Luke wyląduje w szpitalu. To smutne, że musiał liczyć jedynie na środki przeciwbólowe, później jednak mógł liczyć na Sam, a to chyba dla niego jest lepszy środek na ból. Zwłaszcza ten psychiczny.
    Szkoda, że nie w środę.. w takim razie do niedzieli!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej rodzice Luka nie są skorzy do tego, by załatwić mu chociaż opiekę medyczną - mają go gdzieś. Dobrze powiedziane :)
      Obiecuję, że w następną środę będzie rozdział :)
      Dzięki za komentarz! Pozdrawiam

      Usuń
  2. Świetny rozdział, serio uwielbiam Sammy ♥ A to włamanie - po prostu mega. Zuch dziewczyna ;) Luke ma fajną sąsiadkę. Czekam na następny rozdział ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha no, sąsiadka jest dość niezła ;)
      Cieszę się, że Ci się podobało i że polubiłaś główną bohaterkę :)
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Włam na kota w wykonaniu Sammy- bezcenne hihi:’) Luke ma naprawdę świetnych sąsiadów! I szczerze przyznam, myślałam, że następne spotkanie Luke’a i Sam odbędzie się w szpitalu, a tu taka niespodzianka:)
    Już nie mogę się doczekać ich wspólnego wypadu za miasto i miny Calum’a, kiedy dowie się, że Sammy nocowała u Hemmo:’)
    Rozdział jak zawsze świetny! Czekam na następny!
    Pozdrawiam i życzę weny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha "włam na kota" - dobre XD
      Rodzice Luke'a raczej mają to gdzieś, jak on się czuje po tym co się stało, więc można śmiało powiedzieć, że go zlali - z drugiej strony łatwo się domyślić, że nie zabierając go do szpitala uchronili swoje tyłki.
      Myślę, że Cal dostałby szału - lekko powiedziane hah :)
      Cieszę się, że się podobał.
      Dzięki bardzo za komentarz :)
      Pozdrawiam

      Usuń
  4. Cieszę się, że Sam tak łatwo się nie poddała i że wtargnęła do jego domu. Cholernie szkoda mi Hemmo, on nie zasługuje na coś takiego. Na szczęście ma jeszcze Sam, która jest obok. Chciałabym, by w końcu w jego życiu było lepiej. I mam nadzieję, że ten lepszy czas przyniesie ze sobą Sam. Trzymam za nich kciuki - oni do siebie idealnie pasują. A Hemmo jest taki kochany :)
    Z niecierpliwością czekam na nn
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To Sam, ona tak łatwo się nie poddaje :) Nie ma łatwo, to fakt. Może niedługo dostanie trochę luzu - czas pokaże.
      Dzięki za komentarz
      Pozdrawiam :)

      Usuń