niedziela, 6 marca 2016

Rozdział 18

I wanted everything I never had, like the love that comes with life


          Obudziłem się, czując jej ramię, które obejmowało mnie w pasie. Powoli odwróciłem głowę. Samantha spała tuż obok. Na jej twarzy malował się spokój. Ciemne kosmyki włosów, które wydostały się z zaplecionego warkocza, opadały jej na policzki. Uśmiechnąłem się pod nosem. Wyglądała naprawdę uroczo, kiedy tak wtulała się w poduszkę.
           Przez dłuższy czas przyglądałem się jej, ale w końcu zarządziłem sobie podniesienie swoich czterech liter z łóżka. Delikatnie wysunąłem się spod jej ramienia, a następnie powoli uniosłem się do pozycji siedzącej. Ból w żebrach i boku znów cicho się odezwał, ale dało się to jakoś wytrzymać. 
           Raz jeszcze zerknąłem na dziewczynę, szczerząc się sam do siebie, jak kretyn. Sammy rozkopała kołdrę po swojej stronie łóżka, w taki sposób, że na niej leżała, przyciskając ją do siebie nie tylko górną częścią ciała, ale także i nogą. Nogawka krótkich spodenek podwinęła się jej do góry, odsłaniając kawałek uda. Wstałem z łóżka i przykryłem ją z powrotem pierzyną, aby było jej cieplej. Następnie cicho ruszyłem do łazienki, by się ogarnąć.
           Po doprowadzeniu się, do jako takiego porządku, zszedłem na dół, aby zrobić sobie kawy. Potem z parującym kubkiem, wróciłem do pokoju. Chciałem zaczekać ze śniadaniem na Sam. Dziewczyna spała dalej, nie zmieniając, ani na moment pozycji. Nie chciałem jej budzić. Przez krótki moment wsłuchiwałem się w jej powolny i cichy oddech. Zerknąłem na nią raz jeszcze, a potem otworzyłem szafkę przy biurku, by wydobyć z niej swój zeszyt. Pomyślałem, że skoro i tak czekam na jej pobudkę, to zrobię w tym czasie coś pożytecznego dla siebie. A miałem do skończenia jedną piosenkę.
            Pisanie tekstów zawsze było dla mnie, czymś wyjątkowym. Czymś przez, co mogłem się wyrwać z otaczającego mnie świata lub przedstawić to, z czym muszę się mierzyć. Nieraz słowa przychodziły łatwo, jakby od zawsze gnieździły się w środku, czekając tylko na to, by zostać przelanymi na papier. Innym razem musiałem mocniej wysilić mózg, by stworzyć odpowiednio dobrane fazy, które w stu procentach opiszą to, co chcę zawrzeć w danej zwrotce.
           Tak było i tym razem. Musiałem znaleźć punkt zaczepienia, by słowa układały się w odpowiednią dla mnie treść. Nie chciałem robić hałasu i wiercić się na krześle, nie chciałem też schodzić do pustego i ponurego dla mnie salonu, który nie kojarzył mi się z niczym przyjemnym. Dlatego usiadłem na podłodze, dzięki czemu mogłem w ciszy i spokoju zmieniać pozycje, nie budząc przy tym Sammy. Dziewczyna właśnie przekręciła się na drugi bok, więc siedzenie na podłodze było dla mnie jeszcze lepsze, bo stąd doskonale widziałem jej śliczną twarz. A Sam dawała mi natchnienie. Jakby dzięki niej nawet pisanie piosenki było znacznie łatwiejsze, gdy była obok.
            Po jakimś czasie odłożyłem długopis i czarno biały zeszyt. Potarłem palcami kąciki oczu. Rozłożyłem się na podłodze, próbując zebrać odpowiednie myśli w jedną kupę, które pomogą mi jednocześnie dokończyć odpowiednio zdanie. Zamknąłem oczy, skupiając się na słowach, które mogłyby mi w tym pomóc. Szperałem w swoim mózgu poszukując metafor, przenośni i innych środków stylistycznych, które by w jakiś sposób upiększyły odpowiednio zwrotkę.
- Luke! Luke! Nic ci nie jest?!
            Nie zdążyłem otworzyć oczu, czy odezwać się w jakikolwiek sposób, a Sammy już była obok, szybko szturchając mnie w ramię i przyciskając swoje ciało do mojego. Odruchowo złapałem ją za ramię, słysząc jej podenerwowany głos. Nie powiem, ale przestraszyłem się tej paniki w jej głosie, jakby stało się coś nie mi, ale jakiemuś niewidzialnemu człowiekowi, który był z nami w pokoju.
- Już nie śpisz? – zapytałem, kiedy dziewczyna odsunęła się ode mnie na taką odległość, bym mógł zobaczyć jej wystraszone brązowe oczy.
- Co ty do cholery wyprawiasz? – wydusiła z siebie, siadając na podłodze obok mnie. Włosy uroczo sterczały jej we wszystkie strony. Twarz była odrobinę bledsza. Zacisnęła lekko usta.
- Nic takiego.
- Jasne – mruknęła, a potem niewiele myśląc trzepnęła mnie w ramię. Nie było to mocne uderzenie. W zasadzie ledwo odczuwalne. Ale tak bardzo inne od tych wszystkich, jakie zazwyczaj otrzymywałem. Nic dziwnego, że parsknąłem cichym śmiechem. – Pogrzało cię? Myślałam, że coś się stało!
- Nic mi nie jest.
- To czemu leżysz na tej pieprzonej podłodze?
- Musiałem pomyśleć.
            Powoli podniosłem się do pozycji siedzącej, odwracając się do niej. Sam przez chwilę uważnie mi się przyglądała, jakby chciała mieć stu procentową pewność, że jej nie oszukuję. Uśmiechnąłem się lekko i to wystarczyło, by ona zrobiła to samo. A na jej uśmiech mogłem patrzeć godzinami i nie mieć go dość.
- O czym myślałeś?
- O niczym konkretnym – powiedziałem, mijając się z prawdą. 
            Nigdy nie przyznałem jej się do tego, że piszę piosenki. I to nie tylko jej, bo nikt tak naprawdę tego nie wiedział. Zresztą nie uważałem, by były specjalnie rewelacyjne. Dla mnie były ważne, ale inni z pewnością wzięliby je za garść śmieci. Za coś beznadziejnego. Za coś bezużytecznego, jak cały ja.
            Sam uniosła lekko brwi do góry. Zerknąłem odruchowo na zeszyt. Był to mój błąd, bo dziewczyna szybko to wyłapała. Nie zdążyłem zaprotestować, a chwyciła za niego, porywając mi go prawie sprzed samego nosa. Bowiem wyciągnąłem w jego stronę rękę, w tym samym czasie, co ona. Jednak Sammy była szybsza.
- Oddaj, proszę – powiedziałem, machając palcem, by dokładniej zaakcentować moją prośbę.
- Co to takiego? – odparła, mocnej przyciskając go do siebie. 
            Spojrzałem na nią, mrużąc lekko oczy. Chciałem ukryć mój sekret, ale ona skutecznie mi to uniemożliwiała. Mimo tego, że była ciekawska i dość wścibska, to jednak nie uciekła z zeszytem i nie otworzyła go. Dalej siedziała naprzeciwko, czekając na to, aż w końcu jej odpowiem. Przez chwilę walczyliśmy na spojrzenia, a ja z każdą mijającą sekundą czułem się na przegranej pozycji. W końcu jęknąłem cicho pod nosem, a ona uśmiechnęła się, domyślając się pewnie, że tą walkę już wygrała.
- Nie będziesz się śmiać, jak ci powiem?
- Piszesz pamiętnik? – Skrzywiłem się i pokręciłem głową. – To, co to jest? Powiedz mi, Lukey – wyjęczała ciepłym głosem, jednocześnie robiąc duże oczy i formując usta w małą podkówkę. Tym oto sposobem kupiła mnie całego. Takim sposobem zupełnie pozbawiła mnie linii, jakiekolwiek obrony. Zbyt mocno i zbyt dużo do niej czułem, by być odporniejszym na takie zagrywki, a ona nieświadomie to wykorzystywała.
- Pisze piosenki – odpowiedziałem cicho, przenosząc wzrok na podłogę.
- Serio? – Kiwnąłem głową, a potem wziąłem głębszy oddech i spojrzałem w jej ciemne oczy. – Na serio? – Zacisnąłem usta, a potem znów kiwnąłem głową. – Czemu nic mi nie powiedziałeś?!
- Nie ma się czym…
- Daj spokój, to fantastycznie!
- Co? Nie… Są kiepskie i…
- Mogę zobaczyć? – zapytała, a ja w jej oczach dostrzegłem podekscytowanie. Brązowe tęczówki niemalże zalśniły, a jej szczupłe palce zacisnęły się mocniej na zeszycie. – Proszę? – Zagryzłem wargę. Naprawdę nie chciałem, by tam zaglądała. – Proszę? - powtórzyła, przybliżając się do mnie. 
            Schowała jednak zeszyt za plecami, tak bym nie mógł go dosięgnąć. W tym momencie myślałem, że spalę się nie tylko ze wstydu, ale także z napływającego ciepła, które szybko rozeszło się po moim ciele, gdy Sammy zatrzymała twarz tuż przed moją. Nasze nosy prawie się ze sobą stykały. Zaśmiała się cicho. 
- Proszę? – pociągnęła po raz kolejny. – Proszę, proszę, proszę…
- Dobra – mruknąłem, besztając się w głowie za to, że tak szybko jej ulegam.
            Sammy jednak szybko odgoniła ode mnie te myśli, kiedy cmoknęła mnie w nos, a potem obdarzyła szerokim uśmiechem, który uwielbiałem. Wróciła na swoją dawną pozycję, a ja bezdźwięcznie jęknąłem, gdy to zrobiła. Wiem, że byłem na nią mocno nakręcony i spragniony jej bliższego kontaktu, więc wcale się nie dziwiłem, że z niezadowoleniem reagowałem na to, że się odsuwa.
            Wystarczyło, że przekartkowała na szybko zeszyt, sprawdzając, ile tego tam jest, a ja już poczułem, jak oblewam się mocnym rumieńcem. Przecież ja tego nie przeżyję. Mimo wszystko siedziałem na swoim miejscu. Ze stresu i lekkiego podenerwowania jej opinią, moje mięśnie były tak sztywne, że aż bolały.
            Zatrzymała się w połowie, a ja wstrzymałem oddech. Na jej twarzy pojawił się kolejny szeroki uśmiech. Z początku nie wiedziałem, na co tak zareagowała, jednak po chwili zrobiłem wielkie oczy i wszystko mi się rozjaśniło.
            Sammy powoli wyciągnęła świstek papieru z pomiędzy stron zeszytu. Nie był to jednak byle jaki kawałek zwykłej kartki. Na nim, bowiem narysowany był pingwin. Jej pingwin, którego kiedyś podsunęła mi na sztuce, a ja go zachowałem. Teraz tym bardziej chciałem zapaść się pod ziemię. Ten pingwin był dla mnie, czymś niezwykłym. Jakby był kawałkiem jej, który mogłem sobie przywłaszczyć. Wielokrotnie podczas pisania czy grania na gitarze w domu, wyciągałem go z zeszytu, by choć na chwilę rzucić na niego okiem. Gdy czułem się skopany przez los, brałem go i gapiłem się na niego, czując, jak odrobinę poprawia mi się humor. Dla innych mogłoby się to wydawać naprawdę głupie, ale dla mnie było czymś, co pozwalało mi przejść do lepszego świata.
- Nie wiedziałam, że go jeszcze masz – powiedziała, zerkając na mnie. Obróciła go delikatnie w palcach.
- Podoba mi się – wydusiłem z siebie.
- Naprawdę mogę to poczytać?
- Możesz – odpowiedziałem, a potem wstałem z podłogi. Zacisnąłem zęby, by się nie skrzywić, bo zrobiłem to odrobinę za szybko, przez co moje poobijane ciało zaprotestowało. Mimo wszystko nie chciałem tego pokazać przed Sam.
- A ty dokąd?
- Pomyślałem, że… Zrobię ci coś do jedzenia i do picia? – wypaliłem, szykując się do chwilowej ewakuacji. Nie chciałem widzieć, jak się śmieje, czytając moje denne wypociny. Wolałem uniknąć tego widoku. – Na co masz ochotę?
- Kawa.
- A co do jedzenia?
- Masz może płatki? – Pokiwałem głową. – Więc płatki.
- Tylko?
- Tylko.
- To będą płatki – rzuciłem, a następnie odwróciłem się na pięcie i wyszedłem z pokoju, zostawiając ją samą z moim zeszytem, za który w tym momencie koszmarnie się wstydziłem.

            Zdecydowanie robienie płatków z mlekiem i kawy było za szybkie. Nim się obejrzałem, musiałem wrócić do pokoju. A w tym momencie naprawdę nie chciałem tego robić. Bałem się tego, że Sam mnie wyśmieje, gdy przeczyta to, co napisałem. Byłem też pewny, że uzna to za jedno wielkie gówno.
           Nie mogłem jednak siedzieć w kuchni w nieskończoność. Wziąłem tackę z przyszykowanym jedzeniem, zarówno dla niej, jak i dla mnie, a potem niepewnie wszedłem na górę. Musiałem mocno się postarać, by z tego zdenerwowania nie zacząć się trząść. Kubek z kawą zadrżał niebezpiecznie w mojej dłoni, a ja mocniej zacisnąłem palce na jego uchu. Wziąłem głęboki oddech i wszedłem do środka.
             Sammy leżała na mojej wielkiej poduszce, na której zazwyczaj przesiadywałem, grając samotnie na konsoli. Palcami od stóp dotykała podłogi. Była tak ułożona, że moje spodenki naciągnęły się, doskonale uwydatniając jej pośladki. Byłem facetem, więc nic dziwnego, że na dłużej zatrzymałem wzrok właśnie w tym miejscu. Usłyszałem, jak przerzuca kartkę. Zerknąłem na nią, ale nie mogłem dostrzec jej twarzy. Jej włosy skutecznie zasłaniały mi widok.
             Drgnęła, gdy postawiłem tackę i kawę. Usiadłem obok. Spojrzała na mnie, a ja zagryzłem wargę. Nie wyglądała, jakby miała się roześmiać. Nie wyglądała, jakby to, co czyta ją nudziło. W jej tęczówkach nadal tliły się te małe iskierki. Znałem ją na tyle, że wiedziałem, co to oznacza. Była zaciekawiona.
- Mogą być miodowe kółeczka…
- Sam to wszystko napisałeś? – przerwała mi, mając najwidoczniej gdzieś śniadanie. Pokiwałem głową. – Matko, Luke…
- Jest tak źle?
- To jest cholernie dobre – wydusiła z siebie, a jej wzrok znów zatrzymał się na zapisanych kartkach. – Nie znam się na tym, bo pod tym względem jestem totalnym beztalenciem, ale cholera… Podoba mi się.
- S-Serio? – Nie mogłem uwierzyć w to, co powiedziała.
- Serio. Ja… - zawahała się, a potem znów spojrzała na mnie. – Cholera, przyznam się, że przy niektórych prawie się poryczałam.
- Co?
- Są świetne. Niektóre są smutne i to mocno, niektóre weselsze. Piszesz o tak różnych uczuciach… Matko... Zaśpiewasz mi kiedyś coś swojego?
- Co? Nie… Nie mam mowy – wydusiłem, kręcąc szybko głową. – Nie śpiewam.
- Przerabialiśmy już to, Luke.
- Właśnie. Wiesz, że cholernie się wstydzę – jęknąłem. Dziewczyna zmierzyła mnie wzrokiem, a potem uśmiechnęła się.
- I tak cię kiedyś do tego zmuszę.
- Jasne, chcę to zobaczyć – mruknąłem, a ona roześmiała się. Jej śmiech podziałał na mnie, więc nic dziwnego, że sam parsknąłem pod nosem cichym chichotem.

           Nie byłem zbytnio zadowolony z tego, że mam zjawić się na obiedzie u państwa Hood. Nie było to jednak spowodowane tym, że ich nie lubiłem. Było wręcz przeciwnie. Uwielbiałem rodziców Sam, którzy byli dla mnie przykładem normalnych ludzi, potrafiących stworzyć prawdziwą rodzinę i utrzymywać te więzi nawet w ciężkich chwilach. Oprócz tego akceptowali mnie, co było naprawdę miłe i w jakiś sposób podbudowujące.
            To, co blokowało mnie przed pójściem do jej domu, był mój wygląd. Od dłuższego czasu czułem się tam pewniej, ale jej rodzice nigdy nie widzieli mnie w takim stanie, jaki prezentowałem dzisiaj. Nie widzieli tego, co zafundowało mi życie. A może nie tyle życie, co bliźniacy i mój własny ojciec. Najnormalniej w świecie wstydziłem się usiąść z nimi przy jednym stole, będąc poobijanym. Wstydziłem się mimo tego, że oboje mieliśmy dalej sprzedawać im bajeczkę o rzekomym pobiciu. Nie potrafiłem przezwyciężyć tego, co wzbudzało we mnie wycofanie.
             Sammy wyciągnęła mnie z domu, a ja skrzywiłem się, gdy dodatkowo oznajmiła mi to, że pójdziemy tam piechotą. Była święcie przekonana, że spokojny spacer mi się przyda. Ja jednak najchętniej uciekłbym do swojego pokoju i po prostu zakopał się w pierzynie po sam czubek nosa.
Dziewczyna jednak znała mnie tak samo dobrze, jak ja ją, więc nic dziwnego, że szybko wyłapała moje zawahanie i podenerwowanie. Zresztą, odkąd opuściłem dom, nie robiłem nic innego, jak wgapiałem się tępo w chodnik, co i rusz skubiąc dłonią skrawek niebieskiej bluzki z długim rękawem.
             To, co postawiło mnie z powrotem do pionu i dodało odrobiny pewności siebie, był prosty gest, który wykonała w stosunku do mnie. Po porostu złapała mnie za rękę, splatając nasze palce ze sobą. Poczułem przyjemne ciepło, płynące od jej skóry. Zaskoczony podniosłem głowę. Samantha uśmiechnęła się. Choć nie widziała moich oczu, bo były przysłonięte okularami przeciwsłonecznymi, które w jakimś stopniu miały odciągnąć uwagę od moich siniaków i zadrapań, to jednak doskonale wiedziałem, że próbuje właśnie w nie spojrzeć. I udawało jej się to, bo ja też nie mogłem oderwać wzroku od jej ślicznych oczu. W tym momencie miałem wrażenie, że trzymam w ręku ten świat, w którym zawsze chciałbym być. Którego nigdy nie chciałbym opuszczać, nawet na moment. Kochałem ją, a to uczucie pozwalało mi na to, by burzyć zbudowane wcześniej wokół siebie mury. Pozwalało mi na oddech od tego wszystkiego, co się dzieje. Pozwalało mi zasmakować tej przyjemności i szczęścia, jakie ze sobą niosło.

             Minąłem próg jej domu. Z daleka usłyszałem włączony telewizor i krzątaninę, która dochodziła z pomieszczenia obok. Kroki i szczęk talerzy. Dopiero po chwili poczułem zapach przyjemnych przypraw, który sprawił, że niemalże zaburczało mi w brzuchu.
- Sam?! – krzyknęła jej mama.
- Tak, to ja!
             Odsunąłem się kawałek dalej, kiedy z salonu wynurzyła się Gabrielle. Uśmiechnęła się na nasz widok, ale szybko spoważniała, kiedy jej brązowe oczy zatrzymały się dłużej na mojej twarzy. Zacisnęła lekko usta, a potem podeszła bliżej.
- Luke, jak się czujesz?
- Już w porządku – odpowiedziałem, będąc miło zaskoczonym, wychwytując troskę w jej głosie.
- Byłeś u lekarza?
- Tak, zaraz po… zajściu.
- Co powiedział?
- Jestem trochę poobijany, ale nic mi nie będzie.
- Całe szczęście – powiedziała, uśmiechając się do mnie lekko. Jej dłoń spoczęła na moim ramieniu. Pogłaskała mnie, jakbym miał co najmniej z pięć lat. – Chodźcie, zaraz będzie obiad.
- Pójdę się tylko przebrać – odparła Sam, a ja spojrzałem na nią, zastanawiając się, czy faktycznie chce mnie zostawić sam na sam z jej rodzicami. Dziewczyna jednak, jak tylko to powiedziała odwróciła się na pięcie i wbiegła na górę, zanim zdążyłem chociażby mrugnąć.
- Chodź Luke – odezwała się ponownie Gabrielle, łapiąc mnie za ramię i wciągając do salonu.
             Poprowadziła mnie w stronę zastawionego stołu. Kiedy mijałem kuchnię, zapach jedzenia jeszcze bardziej się nasilił, a ja poczułem, jak po raz kolejny zaburczało mi w brzuchu. Na szczęście nie było to na tyle głośne, by usłyszała to mama Sam. Usadziła mnie przy stole. Przede mną już czekał biały duży talerz i wysoka przezroczysta szklanka z kolorowym napojem, a także błyszczące sztućce.
- Mam nadzieję, że lubisz grzyby – powiedziała, odwracając się do mnie.
- Lubię.
- Świetnie, bo zrobiłam pieczeń cielęcą faszerowaną grzybami – pociągnęła z uśmiechem.
             Kiedy tylko to powiedziała, usłyszałem za plecami kroki. Od razu poznałem, że do salonu musiał wejść jej mąż, bo były one stanowczo zbyt ciężkie, by mogła to być jej córka. Powoli odwróciłem się w stronę wysokiego mężczyzny.
- Dzień dobry – rzuciłem z automatu.
- Cześć, Luke – powiedział, dokładnie mierząc mnie wzrokiem. – Słyszałem, co się stało. Mam nadzieję, że to nic poważnego.
- Jest w porządku.
- To dobrze. Przepisano ci coś?
- Ray, porzuć ten lekarski ton i daj chłopkowi spokój. Nie jesteś w pracy – skarciła go żona.
             Mężczyzna przekręcił tylko oczami, a następnie usiadł na czele stołu. Zerknął na Gabrielle, która jeszcze przez moment wpatrywała się w niego podejrzliwe, a gdy w końcu odwróciła się, by pójść do kuchni, Ray prychnął cicho pod nosem, maskując chichot. Uśmiechnąłem się.
- Gdybyś potrzebował pomocy czy porady specjalisty, daj znać. Wepchniemy cię przed kolejkę – dodał szeptem tak, by jego żona nie mogła tego usłyszeć.
- Dziękuję.
- Więc Sam była u ciebie na noc? – pociągnął, a ja mocniej zacisnąłem usta. Pokiwałem głową. – Co robiliście?
- Głównie oglądaliśmy filmy – odpowiedziałem, czując się teraz dość niezręcznie. Szczególnie, że byłem zakochany w jego córce po uszy, a wiedziałem, że Sam jest córeczką tatusia. Jakby dodać jedno do dwóch, byłem na cholernie niewygodnej pozycji. Ojcowie przeważnie, jak tylko mogli chronili swoje córki przed obcymi facetami, z którymi mogłyby się potencjalnie związać. Złapałem za szklankę i upiłem z niej łyk słodkiego napoju, aby odgonić od siebie wizję tego, jak Ray goni mnie po całym Sydney z wielką siekierą, gdy się dowiedział, że ja i Sam nieco przekroczyliśmy strefę, tylko przyjaźni.
- Głównie?
- No i jeszcze… - Kłam do cholery, zanim się kretynie wygadasz, że spaliście w jednym łóżku, pozwalając sobie na małe gesty czułości. – Graliśmy na konsoli.
- Typowe – mruknął Ray. – Sam pod tym względem zachowuje się, jak chłopak. Ale to wszystko przez to, że ma za przyjaciół samych facetów. Co jeszcze?
- Jak, co jeszcze? – wydusiłem z siebie szybko, prawie zmieniając moją wypowiedź w totalny bełkot. Zaraz naprawdę padnę na zawał.
- Lubisz ją?
- Ja… Pewnie, że ją lubię.
- To dobrze – odpowiedział powoli, a potem zerknął na mnie podejrzanie. – Wiedz jednak, że masz na razie stabilną pozycję, jako jej przyjaciel. Jednak, jak wasza relacja zmieni się w coś poważniejszego, to miej świadomość tego, że ukatrupię cie na miejscu, jak tylko skrzywdzisz mojego aniołka – pociągnął poważnym tonem, a ja nerwowo przełknąłem ślinę. Było to dość trudne, bo ze stresu prawie zaschło mi w gardle, mimo tego, że niedawno piłem.
- Tato, czy ty go straszysz? – Odetchnąłem z ulgą, słysząc jej głos.
- Nie, no co ty, myszko – powiedział niewinnym tonem.
- Masz szczęście – rzuciła, machając na niego palcem. Następnie usiadła obok mnie, mając po swojej lewej stronie ojca.
- Stwierdzałem, tylko pewne fakty i… - Dziewczyna zmrużyła na niego oczy. – No, córeczko… Luke może ci to potwierdzić – powiedział, wskazując na mnie.
- Tylko fakty- odparłem szybko, ponownie łapiąc za szklankę. Przysunąłem ją do ust i upiłem odrobinę napoju.
- Spaliście w jednym łóżku?- wypalił Ray, a ja prawie zakrztusiłem się piciem. Zakaszlałem czując nieprzyjemny ból, roznoszący się po moim ciele. Skrzywiłem się, pochylając do przodu. Odrobina napoju wylała się na moje ubranie.
- Tato! – warknęła Sam, spoglądając na mnie z niepokojem, kiedy próbowałem złapać oddech. Zabrała mi szybko szklankę, bym nie rozlał na siebie nic więcej. – No, wiesz?! Chcesz go zabić?
- Nie… Przetestować – rzucił rozbawiony Ray.
- Mamo! – zawołała Sam, na co jej tata wybuchł niekontrolowanym śmiechem. 
            To dało mi jasno do zrozumienia, że pan Hood od samego początku mnie celowo podpuszczał, mając z tego niezłą zabawę. I musiałem mu to przyznać, że był w tym naprawdę dobry, bo o mało co, a faktycznie doznałbym ataku serca i padł na miejscu. Na szczęście dalsza część obiadu upłynęła w naprawę przyjemnej atmosferze, a ja rozluźniłem się całkowicie zapominając o tym, jak mocno spięty byłem na początku.

             Dziewczyna szybko widziała moje zawahanie, gdy chciałem opuścić jej dom po udanym spotkaniu z jej rodzicami. Wtedy odważyłem się też na to, by nieśmiało zapytać się, czy nie chciałaby zostać u mnie na drugi dzień. Chciałem wykorzystać okazję do spędzenia z nią pozostałego wolnego czasu, zanim do domu wrócą moi rodzice. Oprócz tego nadal jej psychicznie potrzebowałem, a wizja samotnego wieczoru, nie była dla mnie zbyt optymistyczna. Jej rodzice nie mieli nic przeciwko temu. Potem, jak się okazało, byli przyzwyczajeni do tego, że Sam nocuje u swoich przyjaciół, nawet jeśli są innej płci, niż ona. Byłem pewny, że przyczyną tego było to, że od małego kumplowała się z Cliffordem i Irwinem, którzy byli w paczce jej kuzyna. I tak jednak byłem zaskoczony, że od tak puszczają ją do mnie do domu, nie mając wizji tych różnych rzeczy, które moglibyśmy robić wspólnie. Najwidoczniej byli mocno wyluzowani i naprawdę jej ufali.
            Siedziałem na podłodze, opierając się o łóżko. Sam była tuż za moimi plecami. Trzymałem w rękach gitarę, wygrywając różne kawałki, które wspólnie znaliśmy i lubiliśmy. Co jakiś czas dziewczyna przejeżdżała palcami po moich włosach i karku, co niesamowicie mi się podobało.
            Nagle jednak zesztywniałem, gdy przysunęła się do mnie jeszcze bardziej. Jej ciepły oddech owiał skórę na mojej szyi, powodując delikatne mrowienie. Jej wargi zatrzymały się koło mojego ucha, a ja mimowolnie wstrzymałem powietrze w płucach. Moje ciało dość mocno reagowało na jej nagłe zbliżenia, szczególnie, gdy robiła to tak niespodziewanie.
- Zagraj coś swojego – poprosiła cicho.
- Nie namówisz mnie na śpiewanie.
- Nie mówiłam o śpiewaniu – powiedziała, a ja odchyliłem się ostrożnie, by móc ją zobaczyć. Miała na ustach lekki uśmiech, który po porostu topił mnie od środka. Brawo kretynie, wpadłeś po uszy i z tego powodu w końcu będziesz cierpieć jeszcze bardziej.
- Na pewno? – zapytałem, unosząc jedną brew do góry.
- Dobra, masz mnie. Chciałam cię namówić na śpiewanie.
- Nie mam mowy, Sammy.
- No, Lukey – zajęczała, a ja poczułem szybki dreszcz na plecach, gdy to zrobiła. Ten dźwięk i ton jej głosu, kiedy była tak blisko mnie, działał na mnie podwójnie.
- Wiesz dobrze, że…
- Wiem, wiem… Wstydzisz się – przerwała mi, obejmując mnie ramionami. Poczułem przyjemne ciepło, które pojawiło się pod wpływem tego dotyku. – A co z hasłem żyj chwilą, którą miałeś praktykować?
- A to ma coś z nim wspólnego?
- Oczywiście. Wszystko się z nim łączy – powiedziała pewnym siebie tonem. – Jeśli chcesz możesz zagrać i zaśpiewać, coś nie swojego. Tak na dobry początek…
- Na dobry początek - wydusiłem z siebie z niedowierzaniem.
- Przełam się, Lukey. Obiecuję, że nie będę ci przerywać. Obiecuję, że nie będę nic mówić. Nie będę się na ciebie gapić. Zostanę za twoimi plecami tak, jakby mnie tu nie było.
- Nie chcę żeby cię tu nie było – rzuciłem bezmyślnie i dopiero po chwili zorientowałem się, że powiedziałem to nagłos. Przekląłem w myślach, gratulując sobie wybitnego stopnia bycia idiotą do kwadratu.
- To była mała przenośnia, co nie zmienia faktu, że to było słodkie – powiedziała, mocniej zaciskając ramiona wokół mnie. Dobrze, że zdążyłem wrócić do dawnej pozycji, przez co nie widziała, jak najnormalniej w świecie oblewam się szkarłatem. Zdecydowanie za często się przy niej rumieniłem, co dodawało mi punktów do bycia beznadziejnym przypadkiem. – Proszę, Lukey… Naprawdę chcę cię posłuchać. Chociaż raz. Proszę?
- Dobra, niech ci będzie – wydusiłem z siebie, bo wiedziałem, że Sam mi nie popuści. - Ale to nie będzie moja piosenka, okej Sammy? Nie namówisz mnie na zaśpiewanie, czegoś mojego.
- Nie dzisiaj, ale kiedyś tak – mruknęła cicho pod nosem, a ja przekręciłem oczami. Zakochałem się chyba w największym uparciuchu na tej planecie. Bosko. – Co zaśpiewasz? – zapytała głośniej, pomijając swoją wcześniejszą wypowiedź.
- Może być Ed Sheeran Lego House? – rzuciłem pierwsze, co przyszło mi na myśl. Zresztą byłem tak podenerwowany przez to, do czego mnie zmusiła, że nawet się dobrze nad tym nie zastanowiłem.
- Pewnie – odpowiedziała z entuzjazmem. – Bardzo lubię ten kawałek.
- Kurwa – pomyślałem, zaciskając mocniej powieki. – Jak to spierdolę, to Sammy mnie chyba znienawidzi.
- Luke?
- Okej – rzuciłem, biorąc kolejny głęboki oddech. 
            Skoro mam się skompromitować, to nie ma co tego odwlekać. Takie rzeczy trzeba robić szybko. Spuściłem lekko głowę w dół, gdy odrobinę odsunęła się, jednocześnie wypuszczając mnie ze swoich ramion. Próbowałem znaleźć, gdzieś w sobie wewnętrzną odwagę do tego, by zacząć. A ona… Ona cierpliwie czekała.
            Miałem wrażenie, że moje palce, aż zesztywniały od tego całego stresu, jaki się we mnie pojawił. Było mi gorąco i duszno. Jednak przełamałem się, uderzając w struny i rozpoczynając piosenkę Lego House. Wyczułem, jak z początku zadrżał mi głos. Ale gdy stopniowo wchodziłem w utwór, zdenerwowanie mnie opuszczało. Z każdą sekundą robiłem się pewniejszy. Mocniejszy. Jakbym wygrał niewidzialną nagrodę, przełamując strach.
            Kiedy skończyłem, przez chwilę siedziałem nieruchomo. W pokoju zapanowała cisza. Niepewnie odwróciłem się w stronę dziewczyny. Zmarszczyłem czoło, nie wiedząc, co zrobiłem źle. Sam patrzała na mnie ze łzami w oczach. Jednak w końcu uśmiechnęła się, co dodatkowo mnie zmieszało.
- Było, aż tak źle? – wydusiłem z siebie.
- Było cudownie – wyszeptała, wycierając dłońmi oczy. – Masz świetny głos. Cholernie mi się podobało.
- Serio?
- Cholernie mi się podobało – powtórzyła, a potem przysunęła się i zanim zdążyłem się zorientować, dotknęła mojego policzka i złączyła nasze usta. Wszystko we mnie huknęło. Miałem wrażenie, jakbym nie czuł jej smaku ust od wieków. Bardzo dobrze jednak pamiętałem, jak smakują. I tak cholernie mi tego brakowało.
            Przechyliłem głowę, by pogłębić pocałunek. Ramiona Sam znów owinęły się wokół mojej szyi. Jej palce lekko zacisnęły się na materiale mojej koszulki. Odrobinę przyspieszyłem, wsuwając jej dłoń we włosy. Odpowiedziała mi głośniejszym mruknięciem, co podziałało na mnie ze zdwojoną siłą.
            Uniosłem się z podłogi, ignorując tępy ból w żebrach i boku. Nie przerywając pocałunku, wsunąłem się na łóżko, by być jeszcze bliżej niej. Przekręciła się na plecy, a ja zwisłem tuż nad nią. Naparłem na jej ciało mocniej i pewniej. Cały się spiąłem, gdy jej dłoń wsunęła mi się pod koszulkę. Na moich plecach od razu pojawił się przyjemny dreszcz, a ramiona pokryły się gęsią skórką. Nasze oddechy przyspieszyły.
            Przerwałem jednak, kiedy moje wargi zjechały z jej ust na szyję, a ja poczułem, jak w moich spodniach w ich centralnym miejscu, zrobiło się niebezpiecznie ciasno. Wiedziałem, że nie mogę posunąć się dalej. Choć cholernie tego chciałem. Nie chciałem jednak robić niczego, czego by potem żałowała. Dlatego raptownie podniosłem się do góry i to był mój poważny błąd.
            Syknąłem, a potem cicho warknąłem pod nosem, czując pieprzony ból w boku, który raptownie wydusił ze mnie resztkę potrzebnego tlenu, który i tak coraz ciężej łapałem, będąc kompletnie zatraconym w tym, co przed chwilą robiliśmy. Zadrżały mi ręce, na których się opierałem i przez moment bałem się, że nie utrzymam się w tej pozycji. Zacisnąłem oczy tak mocno, że przed nimi pojawiły się białe plamki. Poderwałem się zdecydowanie za szybko i za bardzo gwałtownie, dlatego moje ciało zareagował w taki sposób.
- Luke? Co się dzieje? Luke?- Usłyszałem jej zdenerwowany głos.
- Nic… Już… Już w porządku – powiedziałem cicho.
- Połóż się.
             Zanim zdążyłem się zorientować, poczułem, jak Sam zrywa się ze swojego miejsca. Jej ręce zaasekurowały mnie, kiedy pomagała mi się położyć. W tym momencie znów poczułem palący wstyd. Puszczałem w myślach mocną wiązankę przekleństw, kierując część z nich do swojego ojca, za to, że zrobił mi to wszystko, jak i do siebie – za to, że byłem tak beznadziejny i słaby.
- Oddychaj powoli – powiedziała, przeczesując mi palcami włosy, co miało mnie na celu uspokoić. I to działało, choć z drugiej strony czułem się przez to jeszcze gorzej. - Mocno cię boli?
- Nie… Już… Już przechodzi – wymamrotałem, nadal nie otwierając oczu, choć naprawdę zrobiło mi się lepiej, gdy rozluźniłem ciało i przestałem się spinać. Mimo wszystko bałem się na nią spojrzeć.
- Musisz na siebie uważać.
- Przepraszam.
- Nie masz mnie, za co przepraszać – odpowiedziała i dopiero wtedy rozchyliłem powieki, by móc ją widzieć. Od razu wyłapałem to, że była zaniepokojona tym, co się stało. Zębami lekko skubała swoją dolną wargę, a jej twarz odrobinę pobladła. – Przynieść ci coś do picia?
- Nie, dziękuję.
- Może chcesz coś przeciwbólowego?
- Nie… To mija. Już… Już naprawdę jest mi lepiej.
- Mam nadzieję, bo cholernie mnie wystraszyłeś – powiedziała, a potem lekko musnęła moje usta swoimi. – Nie rób tego więcej.
- Postaram się – rzuciłem i mimo wszystko wymusiłem na twarzy lekki uśmiech. Sammy od razu odpowiedziała tym samym, co znów polepszyło mój spieprzony nastrój.
- Poleżeć z tobą? – Pokiwałem głową.
             Przesunęła się, by odpowiednio się ułożyć. Potem powoli przybliżyła się do mnie. Zanim jednak jej głowa trafiła na poduszkę, ja zgarnąłem ją w swoje ramiona, zmniejszając dystans między nami. Objąłem ją, a ona przycisnęła policzek do mojej klatki piersiowej. Jej ręka owinęła się wokół mojego pasa. Teraz było mi naprawdę dobrze.


***
Dzisiaj narratorem jest sam Luke i jak widać ma się już lepiej :) Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu.

Zgodnie z obietnicą, kolejny pojawi się w środę :) 

Ostatnio też zastanawiałam się, które opowiadanie i jaką bohaterkę lubicie najbardziej. Dlatego w kolumnie obok pojawiły się dwie sondy. Bardzo proszę o oddanie głosów (to zajmuje dosłownie chwilę). Głosowanie będzie trwało do końca marca. Jestem mega ciekawa końcowych wyników :) Z góry dziękuję za oddane głosy!

Dodatkowo przypominam o Asku, gdzie możecie zadawać mi pytania odnośnie historii i bohaterów. Link w kolumnie Menu :)

Pozdrawiam i do środy!

11 komentarzy:

  1. Luke zdecydowanie powinien bardziej się rozluźnić przy Sam. Choć idzie mu już z tym bardzo dobrze. Jeszcze trochę przed nimi, ale uważam, że Luke i Sam byliby super parą!
    Do środy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może coś z nich będzie :) Dzięki za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Zakochałam się w tym, w sumie tak jak w innych twoich opowiadaniach. Masz niesamowity talent! Co do rozdziału wywołał u mnie wiele emocji, szczególnie gdy Luke grał na gitarze i śpiewał. On jest tak niesamowitym człowiekiem, jednak strasznie zranionym. Tak się cieszę, że Sam mu pomaga i mam nadzieję, że będą razem.
    Juz nie mogę się doczekać środy!
    Pozdrawiam Pati xx

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za tak miłe słowa :) Cieszę się, że ta historia również Ci się spodobała. No i oczywiście, że wywołała emocje :)
      Dzięki wielkie
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  3. Wspaniały, wspaniały, wspaniały! Mam nadzieję, że Luke kiedyś zacznie być bardziej rozluźniony przy Sam. Niepotrzebnie się tak martwi. Czekam na następny, fajnie, że będzie w środę ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może w końcu Hemmo przy niej wyluzuje :) Czas pokaże.
      Dzięki za komentarz
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  4. O jejku, tata Sam jest po prostu świetny!:) Wyobrażam sobie jak spełnia swoją groźbę i goni Luke’a z siekierą po mieście, ale mam nadzieję, że do tego nie dojdzie… Luke to super chłopak i nie wydaje mi się, żeby kiedykolwiek mógłby zranić Sammy, choć jak na razie, nawet nie są razem…
    Rozdział oczywiście świetny i czekam na następny!:)
    Pozdrawiam i życzę weny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahah myślę, że jednak nie byłby w stanie biegać za nim z siekierą - ale pewnie gdyby coś między nimi się zaczęło dziać i by o tym wiedział, to z pewnością miałby go na oku :D
      Cieszę się, że się podobało :)
      Dzięki za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń
  5. Ten rozdział jest CUDOWNY! Uwielbiam Sam i Luka w tej historii. Cieszę się, że Hemmo ma kogoś takiego, jak ona. Że dzięki niej nie jest sam. Strasznie mi go szkoda. Powinien mieć więcej wiary w siebie i pewności - nawet przy niej - ale za ich utratę z pewnością odpowiada jego ojciec, który maltretuje go od małego. Tępy dupek - łagodnie mówią. Mam nadzieję, że jego ojczulek kiedyś sam oberwie od niego w papę. Zasługije na to!
    Z niecierpliwością czekam na nn - super, że będzie w środę!
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że Ci się podobał :) Z pewnością jego ojciec mocno przyłożył do tego rękę i to można powiedzieć, że dosłownie. Może kiedyś nadejdzie ten dzień, gdzie Adam również w końcu oberwie od kogoś - zobaczymy :)
      Dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam

      Usuń