niedziela, 3 kwietnia 2016

Rozdział 23

It's been awhile since I've felt butterflies. Do you feel the same way too?


           Zostały dwa dni do Świąt. Dwa dni przygotowań. Choć ja praktycznie nie brałem w tym udziału. Moja matka wolała wszystko zrobić sama, aby mieć pewność, że każda najmniejsza dekoracja, czysta powierzchnia czy danie jest perfekcyjne. Nie miałem nic przeciwko temu pominięciu. W sumie nawet nie uśmiechało mi się przebywanie w towarzystwie moich rodziców zbyt długo, a co dopiero angażować się w Święta, w które i tak mnie zostawią. Jedyne, co miałem zrobić, to zawieźć do babci trochę ciasta i jedzenia tak, aby Lauren mogła zjeść z nią przed wigilijny posiłek.
            Wsunąłem telefon do kieszeni czarnych dżinsów. Wyszedłem z pokoju, a potem ruszyłem w stronę schodów. Zdążyłem zejść kilka stopni w dół, gdy nagle przystanąłem, słysząc głosy rodziców. Nawet nie starali się być ciszej. Nie dziwiłem się temu. Mieli gdzieś to, że mogłem to usłyszeć.
- Myślisz, że z tą jego dziewczyną to coś poważnego? – zapytała matka.
- Mam to gdzieś, byle by nie naciągnęła go na dziecko i alimenty. Nie będę łożył na bękarta! Jak wpadną, to krzyżyk na drogę. Dobrze, że jednak nie okazał się być pedałem, jak ten jego koleś.
- Adam – syknęła Lauren. – Homoseksualizm to nie choroba.
- Zwykłe pierdolenie – pociągnął ojciec. – To nienaturalne, by dwójka facetów się w sobie zakochiwała. Zobacz na tego całego Liama. Nic dobrego z niego nie wyrosło. Jego rodzice powinni zabrać go do psychologa, to może mu się odwiesi ten skopany mózg.
- Byłam pewna, że jesteś tolerancyjny – ciągnęła dalej blondynka.
- Jestem… Ale są pewne cholerne granice. To obrzydliwe. – Doszedł do mnie szelest, więc ojciec z pewnością musiał złapać za swój cienki płaszcz. Najciszej, jak umiałem, wspiąłem się po schodach na górę, by mnie nie zauważył. – Uciekam, kochanie.
- Nie wracaj za późno.
- Nie wrócę. Roger chce tylko przedyskutować kilka spraw, których rozprawy mają się odbyć po Świętach. – Ich kroki były coraz bliżej. – Pogoń tego gnojka do roboty. Niech ruszy leniwy tyłek i pojedzie w końcu do Julianne.
- Jasne. Miłego dnia, kochanie.
- Miłego dnia, rybko – odpowiedział Adam. Z pewnością cmoknął moją matkę w policzek, a potem wyszedł z domu, trzaskając lekko drzwiami.
             Zacisnąłem usta. Choć nie usłyszałem od nich niczego nowego, to i tak nie było to miłe i przyjemne. Bolało tak samo, jak za pierwszym razem. Żadna przyjemność być zerem. Szczególnie dla osób, które powinny traktować cię, jak swój największy skarb. Liama zawsze mieli za największe zło, bo był innej orientacji. Co do Sam, to też ich podejście mnie nie zaskoczyło. Nawet jej nie znali, ale i tak już wieszali na niej psy. Byłem pewny, że każdy mój znajomy – gdybym ich oczywiście miał – byłby na skreślonej pozycji. Ojciec oceniałby ich przez mój pryzmat, co z automatu odbierałoby im punkty.
             Kiedy poczułem na nadgarstkach znajome swędzenie, automatycznie potarłem nimi o spodnie. Było to irracjonalne odczucie, jakby mój mózg w takich chwilach wołał o tylko jedną rzecz. O tą, której nie robiłem, odkąd nakrył mnie Liam. Jednak w dalszym ciągu potrafiłem działać wobec siebie w sposób autodestrukcyjny. Przestałem się ciąć, choć chęć ulżenia sobie nadal się pojawiała. Moje samookaleczenie się nie trwało długo, ale i tak uzależniłem się od tego. Obiecałem jednak przyjacielowi, że nigdy już tego nie zrobię i do tej pory umiałem dotrzymać danego mu słowa. Nadal jednak potrafiłem zastępować psychiczny ból, fizycznym. Wystarczyły mi do tego świeże siniaki, które po dotknięciu wywoływały ból. Potrafiłem też mocno wbijać paznokcie w dłoń, aż odczuwałem na skórze nieprzyjemne mrowienie lub uderzać pięścią w coś twardego, aż bolały mnie zdarte kostki. Sposób było wiele. Jednak po poznaniu Sam, wszystkie te rzeczy zastępowałem jej towarzystwem. Był to najlepszy sposób, aby się oderwać i rozluźnić. Nic dziwnego, że szybko pomyślałem właśnie o niej.
- Luke!
- Tak?
              Zszedłem od razu po schodach, kiedy tylko usłyszałem głos matki. Zdążyłem zatrzymać się na dole, a drzwi frontowe otworzyły się. Do środka wszedł mój ojciec. Poczułem na kręgosłupie nieprzyjemny dreszcz, kiedy zmierzył mnie pogardliwym wzrokiem od góry do dołu.
- Kochanie?- zapytała Lauren.
- Zapomniałem teczki – odpowiedział, mijając nas.
             Wszedł do salonu, a ja odetchnąłem z ulgą. Nadal reagowałem na niego, jak małe dziecko. Nadal ten człowiek przerażał mnie najbardziej. Jakby ten dziecięcy strach wbił się do mózgu i nie chciał mnie za żadne skarby opuścić. Nawet teraz, mając już te osiemnaście lat, czułem się przy nim, jak wystraszony i bezbronny ośmiolatek. Wielokrotnie zastanawiałem się, czy kiedykolwiek mi to przejdzie.
            Ojciec wrócił na hol. Po raz kolejny ucałował matkę w policzek, a następnie wyszedł z domu. Ponownie trzasnął drzwiami, tym razem nieco mocniej, a ja instynktownie poskoczyłem w miejscu. Moja reakcja nie uszła uwadze Lauren, która wlepiła we mnie oczy, dokładnie mnie obserwując.
- Przyszykowałam ci dwie siatki z jedzeniem. Zawieź to do babci – odezwała się po chwili ciszy, jaka między nami nastała.
- Dobrze – odpowiedziałem od razu.
- Są w kuchni.
             Kiwnąłem głową, a potem poszedłem we wskazane przez nią miejsce. Na stole stały przyszykowane białe reklamówki. Zgarnąłem je i podszedłem do okna. Chciałem mieć pewność, że ojciec zdążył wyjechać. Na szczęście Adam potrafił pojawiać się i znikać w dość szybkim tempie. Nie dostrzegłem jego samochodu na podjeździe, co oznaczało, że teren jest czysty.
             Wróciłem na hol. Słyszałem, jak matka krząta się u góry w łazience. Oparłem się o ścianę, odstawiając siatki na szafkę. Ubrałem czarne trampki. Złapałem za bluzę, a potem i pakunki i ulotniłem się z domu.

             Wjechałem na podjazd, zatrzymując samochód przed dobrze mi znanym budynkiem. Przez chwilę spoglądałem na dom Sammy, zastanawiając się, czy powinienem jej przeszkadzać. W końcu niedługo są Święta, więc dziewczyna pewnie jest pochłonięta przygotowaniami do nich. A ja nawet nie uprzedziłem jej o swojej wizycie.
             Zagryzłem wargę, odwracając głowę od domu, w którym czułem się naprawdę dobrze. Moje palce mocniej zacisnęły się na kierownicy. W mojej głowie trwała walka o to, czy podejść do drzwi czy jednak odjechać. Naprawdę chciałem się z nią zobaczyć, chociażby przez krótką chwilę. Ona była dla mnie, niczym osobisty narkotyk, który potrafił trzymać mnie przy tej lepszej perspektywie świata, w którym żyłem. Z drugiej jednak strony nie chciałem wpraszać się gdzieś, gdzie być może dzisiaj niezbyt by mnie chcieli. Nie chciałem zawadzać i zmuszać ją do przerwania tego, co robiła.
            Nagle podskoczyłem, prawie uderzając głową w kierownicę. Byłem tak mocno pochylony w jej stronę, że wcale bym się nie zdziwił, gdyby naprawdę do tego doszło. Mój oddech odrobinę przyspieszył, a ja spojrzałem z wyrzutem na leżącą na przednim siedzeniu komórkę, która prawie zagwarantowała mi mini zawał serca. Przekręciłem oczami i sięgnąłem po urządzenie, które jeszcze przed chwilą wydarło się na cały regulator, oznajmiając mi przyjście wiadomości. Odblokowałem telefon.

Od Sammy:
Długo jeszcze będziesz tak czatował pod moim domem? Sam tu przyjdziesz czy trzeba ci wysłać oficjalne zaproszenie? :P

              Zaskoczony podniosłem głowę i spojrzałem w stronę budynku. Zauważyłem, że w oknie w kuchni poruszyła się firanka, więc Sam musiała od dłuższej chwili mnie obserwować. Uśmiechnąłem się lekko pod nosem, szybko odpinając pas. Wsunąłem telefon do kieszeni, a potem opuściłem samochód. Rozejrzałem się dookoła. Moje auto było jedyne, więc domyślałem się, że jej rodziców nie ma. Chyba, że postanowili zaparkować w garażu.
              Ruszyłem w stronę drzwi. Zdążyłem tylko do nich dojść, a one otworzyły się. Spojrzałem na uśmiechniętą brunetkę. Miała na sobie kolorowy fartuszek, który zawiązywany był za głową i w pasie. Sięgał jej do połowy ud, zasłaniając niebieskie szorty i białą koszulkę z zespołem Kiss. Chciałem się odezwać, ale ona gestem zaprosiła mnie do środka.
- Co cię do mnie sprowadza, Lukey?- zapytała od razu.
- Ja… Pomyślałem, że może… Jadę do babci i pomyślałem, że wpadnę na chwilę do ciebie - wydukałem, jak kompletny idiota. – Może chcesz pojechać ze mną?
- Pewnie, z chęcią zrobię sobie przerwę – powiedziała, kiwając głową. – Poczekasz chwilę? Dokończę tylko robienie pierników.
- Twoi rodzice są w domu?
- Mama pojechała z ciocią na zakupy, a tata ma dyżur do piętnastej – odpowiedziała, przybliżając się do mnie. – Stęskniłam się za tobą. Nie widzieliśmy się od przedwczoraj.
- Ja też się stęskniłem– odpowiedziałem z uśmiechem.
             Złapałem ją za rękę i korzystając z tego, że jesteśmy sami, pociągnąłem ją w swoją stronę. Sammy wpadła w moją klatkę piersiową, obejmując mnie w pasie. Wolną dłonią, bo druga nadal spleciona była z jej palcami, dotknąłem jej policzka, a potem połączyłem nasze usta. Odpowiedziała od razu, całując mnie z nieukrywaną czułością, od której zrobiło mi się gorąco. Nasze języki szybko znalazły wspólne wolne tempo, które działało na mnie podwójnie. Zaszumiało mi w głowie, a wszystkie negatywne emocje zaczęły opuszczać moje ciało. Pogłębiłem pocałunek, a ona westchnęła w moje wargi.
- Hej – powiedziała cicho, kiedy nasze usta dzieliły zaledwie milimetry.
- Hej – odpowiedziałem z uśmiechem. Nadal trzymałem ją w ramionach i za cholerę nie chciałem jej puszczać. Sam jednak sama dosunęła się.
- Chodź, pomożesz mi z piernikami – rzuciła, ciągnąc mnie w stronę kuchni.
- Co? Ja… Sammy, ja się nie znam na pieczeniu – jęknąłem, kiedy wpadliśmy do białego pomieszczenia. 
             W tle grało radio. Kazała mi dokładnie umyć ręce, a potem posadziła na krześle. Dopiero teraz poczułem przyjemny zapach cynamonu i imbiru, który unosił się w powietrzu. Do ust napłynęła mi ślina i gdyby to było możliwe, to sam bym w trybie natychmiastowym pożarł te łakocie.
- Pierniki są zrobione. Trzeba je tylko udekorować. Została ich dosłownie garstka – powiedziała, stawiając przede mną duży talerz z brązowymi ciastkami.
- Na dekorowaniu to się tym bardziej nie znam.
- To użyj pisaków. Są łatwiejsze do opanowania – odparła, podając mi kolorowe małe tubki.
- To lukier?
- Dokładnie.
- Nie robiłem tego od wielu lat.
- Nadrobisz. Rób, co chcesz. Mają być kolorowe. Taki wymóg mamy – rzuciła ze śmiechem, siadając obok. Ona sama złapała za mały rękaw cukierniczy, w którym też znajdował się słodki lukier. – Luke?
- Tak?
- Julianne lubi pierniki?
- Z pewnością.
- To wezmę też trochę dla niej.
- A ja?
- Częstuj się.
- Serio?
- Ale nie za dużo. To na Święta – powiedziała, a potem uśmiechnęła się do mnie szeroko, kiedy chwyciłem za małą choinkę i wcisnąłem ją do buzi. Były przepyszne. Miękkie i dobrze przyprawione. Niemalże rozpływały się w ustach.
- Mogę jeszcze jednego?
- Bierz, póki mama nie widzi – rzuciła ze śmiechem, nie odrywając ode mnie wzroku. – Widzę, że smakują.
- Są pyszne.
- Cieszę się.
- A ty nie podjadasz?
- Zdążyłam ich trochę wsunąć przy pierwszej partii. Na szczęście mama mnie nie przyłapała.- Spojrzałem na nią, a potem oboje parsknęliśmy śmiechem.

              Spod ręki Sammy wychodziły małe dzieła, które aż szkoda byłby jeść. Co innego moje pierniki. Lukier nałożony był dość krzywo i nie tak dokładnie, jak u niej, ale i tak byłem z siebie dość dumny, że jakoś to wyglądało. Nie było tak źle, jak mogło być.
              Pomogłem jej zapakować pierniki oraz dwa ciasta z kremem do plastikowych pojemników, które później wsunąłem do foliowej siatki. Usiadłem z powrotem na krześle, dopijając kawę, którą Sam zaserwowała mi pod koniec pracy z dekorowaniem ciastek. W tym czasie Hood zniknęła na górze w swoim pokoju, aby doprowadzić się do stanu używalności. Musiałem na nią poczekać, a czas bez niej zaczął mi się cholernie dłużyć.
              Niemalże już leżałem z nosem na kuchennym stole, gdy usłyszałem kroki dochodzące z piętra. Po chwili były coraz bliżej mnie. Raptownie wyprostowałem się, kiedy Sam wróciła do pomieszczenia. Automatycznie na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Złapała za siatkę, kołysząc ją lekko w dłoni.
- Idziemy?
- Idziemy.
              Zeskoczyłem z krzesła. Złapałem z brudny kubek po kawie, a potem włożyłem go do zmywarki. Sammy w tym momencie zdążyła już zniknąć na holu, gdzie pewnie ubierała buty. I miałem rację, bo jak tylko wyszedłem na korytarz, dziewczyna czekała na mnie, oparta o drzwi wejściowe. Zmierzyła mnie wzrokiem od góry do dołu, uśmiechając się lekko pod nosem.
- Co? Mam coś na twarzy czy jak? – wydusiłem, łapiąc za swoje trampki. Ubrałem je.
             Sammy odepchnęła się od drzwi, gdy ruszyłem w ich stronę. Nie odpowiedziała na moje pytanie, tylko złapała mnie za rękę, w dalszym ciągu uśmiechając się. Poczułem przyjemne mrowienie w palcach, które pojawiło się pod wpływem tego drobnego gestu, który dla mnie tak wiele znaczył. Spojrzałem na nasze złączone dłonie. Naprawdę chciałem, by tak już zostało.
- Byłeś dobrym pomocnikiem w kuchni – powiedziała, całując mnie szybko w policzek.
- Rób tak częściej, to może częściej będę ci pomagał.
- Jesteś okropny, Hemmings.
- Wyłaź z domu, Hood, bo twoi rodzice mnie zabiją, że odciągnąłem cię od roboty na tak długo.
- Długo?
- Im szybciej wyjdziemy, tym szybciej wrócimy – skwitowałem, a potem uśmiechnąłem się, kiedy cmoknęła mnie w nos. Robiła to dość często i niech mnie coś strzeli, jeśli skłamię, że tego nie kochałem.
- To w drogę – zarządziła, otwierając drzwi. Niechętnie puściłem jej rękę.
              Wyszedłem za nią na zewnątrz. Otworzyłem samochód pilotem. Sam położyła siatkę na tylnym siedzeniu, obok moich pakunków, które zawoziłem do babci. Potem bez słowa wsiadła do środka, zajmując miejsce pasażera z przodu. Poszedłem w jej ślady. Odpaliłem silnik i po chwili wyjechaliśmy na ulicę, by odbyć nie za długą podróż do Domu Spokojnej Starości.

              Zaparkowałem na wolnym miejscu, tuż przy bramie wjazdowej. Wysiadłem z samochodu, a następnie złapałem za nasze siatki. Sam stanęła obok mnie. Uśmiechnąłem się do niej, łapiąc jej drobną dłoń. Tu mogliśmy sobie na to pozwolić. Tu nie napotkalibyśmy wrogich i ciekawskich spojrzeń. Tu nikt praktycznie nas nie znał. Nikt nie wiedział o problemach, jakie mamy, by utrzymać tę relację, jaka jest między nami.
              Weszliśmy do budynku, witając się z kobietą siedzącą za kontuarem. Odpowiedziała nam z uśmiechem, wskazując schody, które poprowadzą nas na odpowiednie piętro. Przeszliśmy jasnym korytarzem, zatrzymując się przy odpowiednich ciemnych drzwiach. Zapukałem.
- Wchodźcie, wchodźcie! – Otworzyłem drzwi, przepuszczając dziewczynę pierwszą.
- Sam! – Doszedł do mnie zadowolony głos babci. – Cudownie! Taka niespodzianka!
- Dzień dobry – odpowiedziała brunetka, obejmując staruszkę, która czule poklepała ją po plecach.
- Cześć, babciu – powiedziałem, zamykając drzwi. Następnie szybko podszedłem do niej.
- Cześć, mój skarbie – odpowiedziała, kiedy pocałowałem ją w szorstki policzek. – Widziałam was przez okno. Nie mogłam się doczekać, kiedy w końcu przyjdziecie.
- Nie trwało to, aż tak długo – rzuciłem, zabierając siatki do malutkiego przedsionka, który robił za jej kuchnię. Julianne miała tam do dyspozycji zlew, małą lodówkę i czajnik elektryczny. – Mama zapakowała ci trochę jedzenia. Przyjedzie jutro - pociągnąłem, zabierając się za rozpakowywanie siatek.
- W porządku – powiedziała, a ja byłem pewny, że dodatkowo pokiwała głową.
- Sam?
- Tak?
- Myślisz, że możemy zjeść twoje ciasto teraz? – zapytałem, kiedy zapatrzyłem się na przezroczysty pojemnik z fioletową pokrywką. Naprawdę miałem ochotę, by częściowo spałaszować te łakocie. Albo najlepiej całe.
- Przywiozłaś ciasto?
- I pierniki – odpowiedziała dziewczyna. – Dawaj je tutaj!
- Luke, zrób herbaty!
- Jasne, babciu – rzuciłem, nastawiając wodę w czajniku. 
              Nie zdziwiłem się, że Sammy i Julianne szybko pogrążyły się w rozmowie na temat książek. Moja babcia dużo czytała, Samantha również. Dlatego dość szybko znalazły wspólne zainteresowanie, o którym mogły gadać bez końca. No i były jeszcze seriale, które nałogowo oglądały, choć babcia preferowała tasiemce obyczajówki, a Sammy coś z dreszczykiem.
              Zalałem czarne kubki wrzątkiem, ówcześnie wrzucając do nich torebki z herbatą. Musiałem przenieść je na dwa razy do niewielkiego stołu, przy którym siedziały panie. Potem wróciłem po ciasta, pierniki, talerze, nóż i łyżeczki. Rozstawiłem to wszystko na blacie, a one spojrzały na mnie.
- Mogłeś chociaż to wyłożyć na talerz – powiedziała babcia, kiedy zobaczyła, że położyłem ciasto w plastikach. – Ale czego ja oczekuję? Jesteś facetem, nie myślisz o takich rzeczach, by to się ładnie prezentowało.
- Prezentuje się ładnie- pociągnąłem, oblizując usta, gdy mój wzrok dłużej zatrzymał się na cieście z białym kremem. – I pysznie.
- I pewnie, gdybym ci podsunęła to pod nos na zwykłej gazecie, to twoje zdanie, by się nie zmieniło?
- Nic, a nic – wyrzuciłem z siebie, łapiąc za nóż. Odkroiłem kawałek ciasta – dość spory – i nałożyłem go sobie na talerz. – Też chcecie? – Sam z rozbawieniem pokręciła głową, a babcia zmierzyła mnie wzrokiem. – No, co?
- Może później, dziękuję- odpowiedziała z uśmiechem. – Skosztuję piernika…
- Są pycha – wtrąciłem, wkładając łyżeczkę z ciastem do buzi. – O! Ten sam dekorowałem! – dodałem z entuzjazmem, gdy babcia złapała za białą gwiazdę.
- Pomagał ci?
- Pomagał.
- Jestem pod wrażeniem talentu, Luke – rzuciła ze śmiechem, obracając gwiazdkę w pomarszczonej dłoni.
- No, nie jest tak źle – mruknąłem, nabierając odrobinę ciasta na łyżeczkę.
- Są urocze – skomentowała kobieta, a ja przekręciłem oczami. Uśmiechnąłem się do niej, gdy ona roześmiała się na głos.
- Babciu – zaczęła Sam. Julianne od jakiegoś czasu prosiła, by właśnie tak się do niej zwracała. – Miałaś powiedzieć coś na temat tej wycieczki, na którą jedziesz.
- A tak! Naprawdę nie mogę się doczekać. Taka okazja zdarza się rzadko. Sama byłam zdziwiona, że postawili na coś takiego. Cieszę się, że jestem na tyle zdrowa, że mogę tam jechać, bo nie każdy miał takie szczęście.
- Masz, tylko problem z chodzeniem – wtrąciłem, a babcia znów uśmiechnęła się dobrodusznie.
- To będzie świetne – powiedziała Sam, kiwając głową. Jej dłonie oplotły się wokół ciepłego kubka. – Wyszalejesz się.
- Na to liczę. Będą baseny, sauna i masaże. Będziemy mieli też spektakl teatralny i występ komików!
- Super! Ile trwać będzie ten rejs? – ciągnęła Sam.
- Cztery dni.
- Czyli wracasz po Świętach, ale przed Nowym Rokiem.
- Dokładnie.
- O której wyruszacie?
- Mamy zbiórkę równo o piętnastej – odpowiedziała Julianne, a ja na jej twarzy zobaczyłem prawdziwą ekscytację.
              Uśmiechnąłem się lekko pod nosem. W jakiś sposób pogodziłem się z tym, że w wieczór Wigilijny zostanę sam. Najważniejsze w tym momencie było dla mnie to, że babcia będzie szczęśliwa i zadowolona. I miałem nadzieję, że ten rejs naprawdę będzie dla niej, czymś wyjątkowym. Kto, jak kto, ale ona zasługuje na to wszystko, co najlepsze.
              Mój uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej, gdy oparłem się o krzesło. Nadal w ręku trzymałem talerz z ciastem. Dzięki tej drobnej zmianie pozycji, mogłem też mieć na oku Sam. Obie panie zaczęły rozmowę na temat tego, co Julianne powinna ze sobą zabrać, dochodząc do wniosku, że zrobią szybką listę, a ja pomogę się babci przed wyjazdem spakować. Nie mogłem oderwać oczu od tego obrazka, który mi się podobał. Mogłem na nie patrzeć naprawdę przez długi czas i wsłuchiwać się w to, co mówią, nawet jeśli poruszały typowo babskie tematy. Cieszyłem się, że Sam jest akceptowana przez Julianne, a także, że obie bardzo się lubią. Brakowało mi tu tylko Liama, aby mieć w jednym pomieszczeniu najważniejsze osoby w moim życiu.

             Nie chciałem zbyt mocno przedłużać tej wizyty, ponieważ wiedziałem, że Sam ma jeszcze trochę rzeczy do zrobienia. Na szczęście moja babcia w stu procentach to rozumiała i bez jęczenia pozwoliła nam się zacząć zbierać. A Julianne nieraz potrafiła być, jak prawdziwe duże dziecko, które nie chce cię wypuścić z domu.
             Sam poprzekładała pozostałe kawałki ciasta na talerze i zakryła je folią, aby nie wyschły. Następnie wsunęła to wszystko do lodówki. Ja na szybko zmywałem po nas naczynia, choć babcia zarzekała się, że sama może to zrobić. Chciałem jednak, jak najbardziej odciążyć staruszkę, więc bez gadania zabrałem się za sprzątanie.
             Podniosłem głowę i wtedy moje błękitne tęczówki spotkały się z ciemniejszymi oczami Sam. Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, lekko trącając moje biodro swoim. Odpowiedziałem jej lekkim szturchnięciem w ramię, śmiejąc się pod nosem. Potem podała mi mały ręczniczek, abym po zmywaniu mógł wytrzeć dłonie. Następnie oboje wróciliśmy do pokoju.
- Do zobaczenia w Wigilię – powiedziała, żegnając się ze mną.
- Do zobaczenia, babciu.
- Sam, mam nadzieję, że z tobą spotkamy się jeszcze przed Nowym Rokiem.
- Oczywiście, z chęcią wpadnę – odpowiedziała dziewczyna, obejmując Julianne.
- Jesteście ładną parą, naprawdę. Cieszę się, że jesteście razem.
              Kiedy babcia to powiedziała, oczy prawie wyskoczyły mi z orbit. Poczułem, jak oblewam się szkarłatem. Sammy uśmiechnęła się tylko do niej, nie komentując tego w żaden sposób. Babcia nie zauważyła niczego dziwnego w naszym zachowaniu – a raczej w moim - chyba, że odgórnie postanowiła je zignorować, twierdząc, że po porostu mocno się wstydzę. W tym momencie chciałem zapaść się pod ziemię.
              Mimo tego, że byłem zakochany w Sam po uszy i wiedziałem, że ona też coś do mnie czuje, to jednak nigdy nie rozmawialiśmy na temat tego, że możemy być potencjalnie razem. Razem, jako para. Nikt z nas się oficjalnie temu drugiemu w żaden sposób nie deklarował. Dlatego sugestia, a raczej stwierdzenie mojej babci, nieco mnie wybiło z rytmu i zupełnie nie wiedziałem, co powinienem zrobić, ani co powiedzieć.
              Po wyjściu z pokoju, Sammy wsunęła dłoń w moją rękę. Uderzyła we mnie kolejna fala zażenowania, wywołują pieczenie na policzkach. Co za katastrofa. Porażka po całości. Bez słowa ruszyliśmy w stronę schodów, a potem głównych drzwi. Następnie, dalej milcząc, dotarliśmy do samochodu.
- Daj spokój, Lukey, nic się nie stało – odezwała się z uśmiechem, kiedy znaleźliśmy się w środku auta. Prawie jęknąłem pod nosem. – Powiedziała, że jesteśmy ładną parą. To komplement.
- Serio, Sammy? -  mruknąłem, wsadzając kluczyk do stacyjki.
- To nic takiego.
- Ja…
- Tak?
- Już nie ważne – wycofałem się szybko. Naprawdę nie wiem, co mi odbiło, że chciałem się jej przyznać do tego, że jest moją dziewczyną, nie tylko w oczach Julianne.
- Lukey? – Jej dłoń znalazła się na mojej, którą dalej ściskałem kluczyki. Odwróciłem się powoli, napotykając od razu jej ciemne tęczówki, które uwielbiałem. – Powiedz mi to, co chciałeś powiedzieć.
- Nie… To nic takiego.
- Luke? – odparła tonem nieznoszącym sprzeciwu. 
             Cała Sam. Byłem na przegranej pozycji od samego początku. Wymamrotałem pod nosem serię niezrozumiałych słów, dając jej znać, że nie jestem zadowolony z tego, że znów mnie zmusza do rozmowy na temat tego wszystkiego. Zaśmiała się cicho, a moje serce od razu przyspieszyło.
- Dobra – rzuciłem, zagryzając lekko wargę.- Powiedziałem mojej mamie, że jesteś moją dziewczyną.
- W porządku.
- To było jeszcze przed wycieczką do Newcastle. – Sam pokiwała, tylko głową.- Naprawdę nie wiem, czemu to zrobiłem, ale chyba chciałem jej pokazać, że ja też potrafię znaleźć sobie drugą połówkę i być szczęśliwy.
- W porządku, Luke – powtórzyła z uśmiechem.
- Powiedziałem też Liamowi – wydusiłem, krzywiąc się lekko. – No, może nie do końca, bo to on walnął tekstem, że jesteś moją dziewczyną, a ja… Ja nawet nie zaprzeczyłem, bo… To było… To było naprawę przyjemne i świetne uczucie, gdy pomyślałem, że tak naprawdę możesz być, tylko moja i…
             Ale urwałem, bo Sam złapała za moje policzki i przysunęła się jeszcze bliżej. Czując na ustach jej gorący oddech, byłem pewny, że moje serce zaraz eksploduje, jeśli nie zwolni tempa. Przejechała palcami po mojej skórze, rozgrzewając ją jeszcze bardziej. Gdybym nie był już cały czerwony na twarzy, to pewnie teraz bym to nadrobił.
             Sammy musnęła lekko swoimi wargami moje, a potem zrobiła to raz jeszcze i kolejny. Nie mogłem się doczekać, kiedy w końcu pozwoli mi w pełni się pocałować. Dlatego nie wiele myśląc ująłem jej kark dłonią i naparłem na nią bardziej, łącząc nasze usta. Przyjemne szumienie znów owiało moją głowę, a dla mnie nie liczyło się nic innego, jak tylko ona. Odsunęła się, choć ja wolałbym, by jeszcze chwilę została blisko mnie.
- Jeśli chcesz, mogę być, tylko twoja – wyszeptała, używając moich poprzednich słów. Jej kciuk lekko przejechał po mojej dolnej wardze, a ja przymknąłem oczy. Serce dalej łomotało mi w piersi i byłem pewny, że ona może to z łatwością usłyszeć.
- Na-naprawdę? – O super Luke, inteligentnie. Chciałem trzepnąć się otwartą dłonią w czoło za swój wrodzony idiotyzm, ale bałem się ruszyć, by ten moment nie rozprysł się, jak bańka mydlana.  Zresztą w moim mózgu panował teraz totalny chaos i nie za bardzo wiedziałem, jak złożyć odpowiednie zdanie. Co ta dziewczyna ze mną robiła?
- Pod jednym warunkiem.
- Jakim?
- Że ty będziesz, tylko mój.
- Naprawdę tego chcesz? Mimo tego, co mówiłem…
- Chyba już wyjaśniliśmy sobie wszystko w Newcastle – wtrąciła, abym nie mógł znów jej utwierdzać w tym, że nie jestem jej wart. I w sumie byłem jej za to wdzięczny, bo naprawdę nie chciałem niczego spieprzyć. A miałem do tego zdolności. - Naprawdę tego chcę.
- Ja też naprawdę tego chcę –wyszeptałem, a ona obdarzyła mnie swoim najpiękniejszym uśmiechem. – Cholernie tego chcę – dodałem, przybliżając się do niej. Teraz to ja musnąłem jej usta swoimi. Jej dłoń powędrowała do moich blond włosów. Powoli wsunęła w nie palce, a ja poczułem przyjemny dreszcz, który przebiegł mi po plecach.
- Cholernie, cholernie – zaśmiała się cicho, całując mnie nos.
- Kocham cię. – Uśmiechnęła się po raz kolejny, ponownie muskając swoimi wargami czubek mojego lekko zadartego nosa. – Wiem, że nie odpowiesz mi tym samym…
- Może niedługo się to zmieni – powiedziała cicho, delikatnie przeczesując palcami moje włosy. Zapatrzyłem się w jej brązowe tęczówki, a potem lekko skinąłem głową, by po chwili również odpowiedzieć uśmiechem. W tym momencie oboje oficjalnie straciliśmy status singli.

~***~
              Nie znałam się na miłości, która pojawia się między mężczyzną a kobietą. Nigdy tego nie doświadczyłam, aż do teraz. Może jeszcze nie kochałam Luke'a w pełni, ale to uczucie stopniowo zmieniało się w coraz większe i mocniejsze. I nie miałam nic przeciwko temu, by całkowicie się mu poddać. Bo to właśnie on sprawiał, że dostawałam to, czego mi od zawsze brakowało.
              Nie wszystko jednak było, aż takie proste. Choć zyskałam oficjalnie swoją, jak to się ładnie mówi - drugą połówkę, to jednak nie mogłam podzielić się tym ze wszystkimi dookoła. A bardzo tego chciałam. Wiedziałam jednak, że niektóre osoby w ogóle by tego nie zaakceptowały. Nie tylko ja byłam tego świadoma. Luke też zdawał sobie z tego sprawę, że nasz związek będzie musiał pozostać w ukryciu, aż do zakończenia szkoły. Nie mogłam nic powiedzieć mamie, by nie wygadała się przy Calumie. Gdyby dowiedział się Calum, wiedziałaby jego paczka. A to z pewnością doprowadziłoby do kolejnych niemiłych sytuacji, w których to Luke znów oberwałby najmocniej. Brak akceptacji bolał. Gdzieś w środku to cholernie bolało.
              Jednak jadąc z Lukiem do mojego domu, nie myślałam o tym długo. Chciałam dać ponieść się tej wspaniałej chwili. Chwili, która była tylko nasza. Dodatkowo czułam te przyjemne łaskotanie w brzuchu zwane motylkami. Nie wiedziałam, że będę to mogła poczuć, bez jego dotyku czy pocałunku. Ale czułam. I to wzmacniało się za każdym razem, gdy spoglądałam na blondyna siedzącego obok. Gdy widziałam ten błysk w jego błękitnych oczach, ten uśmiech, który sprawiał, że w jego policzkach pojawiały się delikatne dołeczki. Uwielbiałam w nim każdą najmniejszą rzecz. Cieszyłam się, że on cały jest już mój. Tylko mój.
              Namówiłam Luke'a, by został u mnie jeszcze na trochę, choć chłopak twierdził, że nie chce mi przeszkadzać w dalszych przygotowaniach. W końcu jednak się zgodził. Wysiedliśmy razem z samochodu i wtedy znikąd pojawił się mój ojciec. Po rekwizytach, jakie miał w ręku, domyśliłam się, że mama zagoniła go rozwieszenia świątecznych ozdób, które niedawno kupiła. Co prawda nasz dom już był od dłuższego czasu przystrojony, ale mama chciała, by tata dodatkowo oświetlił lampkami okna, które wychodzą na ulicę.
- Cześć, dzieciaki – rzucił, poprawiając czapkę Mikołaja. Odpowiedzieliśmy tym samym. – Gdzie byliście?
- U mojej babci – powiedział Luke, kierując się za mną w stronę domu.
- Co u Julianne? – Tata i mama dużo o niej słyszeli, a matula sama chciała ją poznać.
- W porządku – odezwałam się, łapiąc za klamkę. – W Wigilię wyjeżdża na ten rejs…
- Tak, opowiadałaś, że czeka na nią wycieczka – przerwał mi Ray, wchodząc za nami do domu.
- Sam?!
- Jestem!
- Cześć, Luke – powiedziała mama, kiedy wynurzyła się na hol. – Przywiozłaś nam do domu pomocnika? – pociągnęła ze śmiechem.
- Mogę pomóc – odpowiedział szybko Luke, kiwając dodatkowo głową.
- Jak chcesz pomóc, to pomożesz mi – rzucił tata, przesuwając przygotowaną wcześniej skrzynkę z narzędziami, która stała przy szafce. – Wieszanie lampek to męskie zajęcie, a nie stanie w kuchni.
- Ray! – warknęła mama z oburzeniem.
- Żartowałem, kochanie – powiedział tata, uśmiechając się do niej szeroko, by ją udobruchać. – Serio, żartowałem! – Mama przekręciła oczami, ale po chwili na jej twarzy wymalował się uśmiech. – To, jak będzie chłopie? Pomożesz mi?
- Pewnie, że pomo… - Ale urwał, gdy Ray wcisnął mu na głowę drugą czapkę Mikołaja. Luke zrobił wielkie oczy, kiedy biały pompon uderzył go w policzek.
- Ekstra! Każdy mój pomocnik musi mieć wypasioną czapkę – skwitował tata ze śmiechem.
- Ona nie jest wypasiona – rzuciłam, siląc się na spokój, by nie zacząć chichotać pod nosem. Zaskoczony Hemmings, z biało czerwoną czapką wyglądał naprawdę zabawnie i uroczo jednocześnie.
- Myszko, oczywiście, że jest – powiedział Ray, pukając się w swoją. – Każda czapka Mikołaja jest wypasiona i nie podważaj mojego zdania.
- Bo? – droczyłam się z nim dalej.
- Bo to ja tu mam status rodzica i ojca – pociągnął, łapiąc za skrzynkę. Ja i mama wybuchłyśmy śmiechem. – A idźcie wy… Nie czujecie ducha Świąt, wy Grinche. Idziemy, Luke – zarządził, a potem oboje wyszli z domu. Ja i mama wymieniłyśmy spojrzenia, a potem na nowo zaczęłyśmy się śmiać.

~***~
            To było dla mnie coś zupełnie nowego. Mając biało czerwoną czapkę na głowie, pomagałem Ray’owi założyć lampki na oknach z przodu domu. Mężczyzna stał na drabinie, a ja przetrzymywałem ją, co jakiś czas podając mu to, o co mnie prosił. Nigdy wcześniej tego nie robiłem. Nigdy nie pomagałem wieszać ozdobnych lampek. Kiedyś tylko dekorowałem okno babci, ale to od środka i zajęło mi to góra pół godziny. Ta praca była inna. To nie była mała przysługa dla Julianne. To było, jak wspólne robienie czegoś dobrego i spędzanie jednocześnie czasu, jakby mężczyzna na drabinie był również moim ojcem.
- Dobra, powinno się trzymać – powiedział Ray, spoglądając na swoje dzieło. – Jak to wygląda z daleka? – Odsunąłem się kawałek, by spojrzeć na trzy okna.
- Jest okej.
- Prosto? Nic się schrzaniło?
- Nic, jest naprawdę dobrze.
- To, co? Zwiesisz lampki na ostatnim? – zaproponował, a ja uniosłem brwi do góry. – Od tej drabiny bolą mnie nogi – dodał ze śmiechem, kiedy zobaczył moje zmieszanie.
- A jak coś…
- Tego nie da się zepsuć – przerwał mi z uśmiechem. Zwinnie zszedł na dół, by ustawić drabinę przy ostatnim oknie. – To, jak? Wskakujesz? Powiem ci, co i jak.
             Pokiwałem głową, podchodząc do niego. Wszedłem na drabinę, stając na tym samym stopniu, co on, choć mogłem zejść niżej. Byłem w końcu dość wysoki, a do tego miałem spory zasięg ramion. Ray podał mi pierwszy drucik, a potem zaczął mnie instruować, co i jak z nim zrobić. Po kilkunastu długich minutach góra od okna była zaczepiona i zostały, tylko boki i dół. Kiedy było wszystko gotowe, spojrzałem na moje własne dzieło. Uśmiechnąłem się, widząc, że wisi wszystko identycznie, jak u Ray’a.
- Świetna robota, Luke –powiedział pan Hood, a mój uśmiech się poszerzył. To było naprawdę miłe uczucie zostać pochwalonym.  – A teraz na dół i do domu. Może dziewczyny dadzą nam skubnąć trochę świątecznego jedzenia.

~***~
             Mama zaserwowała nam szybki, acz spóźniony obiad, który zjedliśmy w kuchni, bo nie chciało nam się przechodzić do salonu. Luke'owi nie zamykała się buzia, co było naprawdę świetnym obrazkiem, który powodował uśmiech. Cieszyłam się, że u mnie naprawdę czuje się dobrze i swobodnie. 
             W końcu jednak musieliśmy się pożegnać. A powodem tego było to, że Calum zapowiedział się, że zaraz wpadnie, bo jego matka doprowadza go do szału. Luke postanowił szybko zwinąć się do domu, aby uniknąć spotkania z moim kuzynem.
             Dosłownie minęło może z dziesięć minut po tym, jak blondyn wyszedł, a na holu pojawił się Calum. Słyszałam, jak ściąga buty, a potem jego kroki były coraz bliżej kuchni. W końcu wszedł do środka, uśmiechając się szeroko.
- Cześć ciociu, cześć wujku – powiedział, siadając przy stole.
- Cześć, słoneczko – odpowiedziała mama, cmokając go w czoło.
- Uciekłeś od prac przedświątecznych? – zapytał tata, a Calum pokiwał głową, przysuwając sobie pod nos talerz z piernikami. Trzepnęłam go w rękę.
- Ej! No, Sammy!
- To na Święta – powiedziałam, a Mulat prychnął pod nosem. Następnie spojrzał na moją mamę robiąc te swoje słodkie duże psie oczy, na które nabiera się prawie każda kobieta w naszej rodzinie. Wydął lekko usta do przodu, czym od razu kupił moją matulę.
- Niech sobie poje – rzuciła, głaszcząc go po głowie.
- Cholerny manipulant – wysyczałam, a Calum uśmiechnął się do mnie z triumfem.
- Też cię kocham, siostrzyczko – odparł, wkładając całego piernika do buzi. Zdążył go przełknąć, a rozdzwoniła się komórka mamy. Gabrielle odwróciła się w stronę szafki. Złapała za telefon, spojrzała na wyświetlacz i odebrała.
- Cześć, Grace – zaczęła, a Mulat zrobił wielkie oczy. Wlepił w nią swój wzrok. – Calum? – Chłopak szybko pokręcił głową.- Nie, nie ma. On i Sam mają jakieś spotkanie u Michaela, wiesz… Tak przed Świętami. Samantha wyniosła mi prawie połowę ciasta z domu… Tak… Są młodzi, to normalne… Pewnie. – Zaśmiała się.- Ja właśnie też jestem w trakcie… Oczywiście… Widzimy się na Wigilii… Jakby, co to dzwoń… Pa, Grace. – Mama rozłączyła się, a następnie utkwiła ciemne oczy w Calumie. – Do czego to doszło, że ja cię przed twoją własną matką kryję – wypaliła ze śmiechem.
- Bo jest ciocia najlepszą ciocią pod słońcem – skwitował Calum, łapiąc za kolejnego piernika.
- Tylko nie przeginaj.
- Nie, spokojnie. Niedługo tam wrócę, ale muszę odsapnąć.
- I zeżreć nam wszystkie pierniki? – zapytałam, a on uśmiechnął się. Siedziałam obok niego, obierając marchewkę, dlatego bez problemu sięgnął do moich spiętych włosów i zmierzwił mi je. – No, ej! Weź!
- Mój ulubiony złośnik – powiedział Cal, biorąc kolejne ciastko. – Wiem, że robiłaś je z myślą o mnie, tylko się nie chcesz przyznać. W końcu jestem twoim ukochanym kuzynem – dodał z pewnością w głosie.
- Czy mój ukochany kuzyn, pomoże mi obrać marchewkę?
- Mam wolne od pracy – rzucił zadowolony.
- Obieraj – powiedziałam stanowczo, a on jęknął pod nosem, gdy mama ze śmiechem wyciągnęła w jego stronę czysty nóż. – Płacę piernikami.
- Trzeba było tak od razu. Są najlepsze! – odparł, zabierając szybko nóż z ręki mamy. 
Przysunął sobie pustą siatkę na obierki i chwycił za pierwsze warzywo. Wiedziałam, że co jak co, ale piernikami Calum nie pogardzi. Była to dobra karta przetargowa, by zmusić go do ruszenia tyłka, mimo, że tego właśnie chciał uniknąć, uciekając do nas. 


***
Rozdział jednak został dodany w całości, bo nie miałam pomysłu, jak go podzielić, by miał ręce i nogi. Nasza parka oficjalnie stała się parą, a rękę do tego przyłożyła sama Julianne. Dodatkowo szykujemy się do Świąt :D
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Mamy już kwiecień, a co za tym idzie, zakończyło się głosowanie w sondach. Za wszystkie oddane głosy bardzo Wam dziękuję :) 
Waszym ulubionym opowiadaniem zostało Pod Jednym Dachem, a ulubioną bohaterką Rosalie :) Widziałam, że przez jakiś czas na podium stało Dwa Plus Jeden, a Rose walczyła o pierwsze miejsce z Sam. Poniżej znajdują się całościowe wyniki.

Ulubione opowiadanie:


To właśnie życie pisze najlepsze scenariusze - 4%
Pod Jednym Dachem - 28%
The Great Escape - 6%
Dwa Plus Jeden - 24%
Pokochać Ciszę - 11%
Broken - 22%
The Guardian Angel - 5%
Ilość oddanych głosów: 188

Ulubiona bohaterka:
Malia - 10%
Rosalie - 37%
Felicity - 7%
Emily - 11%
Melissa - 7%
Samantha - 27%
Inna, nie pierwszoplanowa - 1%
Ilość oddanych głosów: 123

Raz jeszcze dziękuję Wam za wzięcie udziału w głosowaniach :)

Standardowo przypominam o Asku :)

Następny rozdział klasycznie pojawi się w niedzielę. O ile dobrze pamiętam numer 24, też będzie nieco dłuższy. Mam nadzieję, że Was tym nie zamęczę :)

Pozdrawiam!



11 komentarzy:

  1. Oczywiście, że nie zamęczysz nas długimi rozdziałami! Ja je uwielbiam :) ale super, że oficjalnie są parą. Wiedziałam, że wkrótce to i tak by się stało. Szkoda tylko, że nie mogą się tak razem pokazywać.
    Do następnego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uf... To dobrze :) Cieszę się bardzo :) To akurat było nieuniknione :)
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Uwielbiam Raya ♥ Genialny z niego ojciec, Sammy ma naprawdę świetnych rodziców. Wspaniały, czekam z niecierpliwością na następny ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ray jest tym bardziej wyluzowanym rodzicem - przynajmniej tak myślę :) Cieszę się, że rozdział Ci się podobał. Dzięki bardzo za komentarz :)
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. To opowiadanie jest moim ulubionym zaraz po Pokochac cisze.
    Rozdzial swietny jak zawsze. Ciekawa jestem jak Luke spedzi swieta.
    Buziaki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się bardzo, że je lubisz :)
      Dzięki bardzo za komentarz :)
      Pozdrawiam

      Usuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. W końcu mogę komentować:) Luke i Sammy oficalnie jako para :))) cudnie tak miało być ;) oni pasowali do siebie od samego początku. Mam tylko nadzieję, że nikt tego, co jest między nimi nie popsuje. Liczę też na to, że Hemmo nie spędzi świąt samotnie.
    Nie mogę doczekać się kolejnego rozdziału :)
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam z powrotem XD Nic nie gwarantuję, czy w ich związku dram nie będzie :) Czas pokaże :)
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń