niedziela, 10 kwietnia 2016

Rozdział 24

The fire is slowly dying and, my dear, we're still goodbyeing. But as long as you love me so. Let it snow, let it snow, let it snow


              Nie spałem od siódmej. Nadal pod tym dachem doskwierała mi bezsenność. Wstając z łóżka, przypomniałem sobie, jak dobrze było mi w Newcastle, gdzie nie czułem wiecznej presji i frustracji. Nie musiałem też codziennie patrzeć na moich rodziców. Dzięki temu spałem lepiej, choć i tam zmęczył mnie jeden koszmar, który na szczęście już teraz odszedł praktycznie w niepamięć.
              Dziś była Wigilia. O godzinie dziesiątej byłem już wyszykowany na spotkanie z babcią. Poprawiłem raz jeszcze białą koszulę, którą przez ostatnie dwadzieścia minut próbowałem doprowadzić do porządku. Ta część garderoby zupełnie nie chciała ze mną współpracować i ledwo, co udało mi się ją wyprasować. Złapałem za krzywo zapakowany prezent, obwiązany zieloną wstążką, z uformowaną niedbałą kokardą na górze. Nie miałem zbyt wielkich zdolności do tego typu rzeczy, ale Julianne nie zwróci uwagi na dość sporą ilość taśmy klejącej, która wychodziła z niemalże każdego rogu.
              Wyszedłem z pokoju, a następnie zszedłem na dół. Pierwsze, co zauważyłem to stojące przy drzwiach walizki. Zacisnąłem lekko usta, podchodząc do szafki. Zostawiłem tam prezent dla babci. Powoli ubrałem buty. Nie brałem żadnej kurtki, bo Sydney znów pławiło się w słońcu, a temperatura na zewnątrz utwierdzała mnie w tym, że i w koszuli zdążę się ugotować zanim dotrę na miejsce.
               Drgnąłem, kiedy z salonu wyłoniła się matka. Lauren zmierzyła mnie wzrokiem od góry do dołu, a potem spojrzała na podarunek postawiony na szafce. Wiedziałem, że tata krząta się w pomieszczeniu obok, bo doskonale słyszałem jego kroki. Miałem nadzieję, że i on nie pojawi się na holu.
- Wracamy w drugi dzień Świąt późnym wieczorem – poinformowała mnie, choć ja doskonale o tym wiedziałem. Zanim wrócę od Julianne, ich już nie będzie. 
              Kiwnąłem tylko głową, w dalszym ciągu spoglądając na nią. Między nami zapanowała niewygodna cisza. Poruszyłem się, odruchowo sprawdzając, czy mam w kieszeni wszystko, czego będę potrzebował – mianowicie telefon i kluczyki do auta. Kiedy namierzyłem te dwie rzeczy, podszedłem do drzwi.
- Wesołych Świąt, mamo – rzuciłem przez ramię, starając się na nią nie patrzeć.
- Ym… Wesołych Świąt, Luke – odpowiedziała cicho i dość niepewnie. Żadne z nas się nie uśmiechnęło. Żadne nie powiedziało nic więcej. Lauren wróciła do salonu, a ja wyszedłem z domu.

             W Domu Spokojnej Starości, w którym mieszkała Julianne był zwyczaj, że wszyscy w Wigilię spotykają się w wielkiej świetlicy, by przez jakiś czas razem świętować. Byli tam też członkowie ich rodzin, a także i pracownicy. Ludzi było naprawdę sporo, a każdy był do siebie w pozytywny sposób nastawiony, jakby tworzyli dużą pseudo rodzinę. Po takim spotkaniu, które trwało około dwóch do trzech godzin, zazwyczaj następowało rozejście się do poszczególnych pokoi.
- Szkoda, że nie wziąłeś dziś ze sobą swojej gitary, Luke – powiedziała Dorothy, przyjaciółka babci. – Jest naprawdę w tym dobry – dodała, spoglądając na swoją wnuczę, która stała obok. 
              Abby uśmiechnęła się do mnie, a ja odpowiedziałem tym samym. Znałem ją od niedawna, bo nasze babcie, któregoś razu chciały nas ze sobą na siłę zeswatać. Jednak ja wtedy byłem na etapie odsuwania się od wszystkich, nie szukając zupełnie kontaktu z nowymi osobami. A niedługo po tym w moim życiu pojawiła się Sammy, która zmieniła wszystko. Od tamtej pory zdążyliśmy ze sobą kilkakrotnie porozmawiać, oczywiście w towarzystwie obu kobiet.
- Może kiedyś będzie ku temu okazja – odpowiedziała rudowłosa.
- Następnym razem koniecznie weź gitarę- poprosiła Dorothy.
- Nie zapomnę – zapewniłem ją, a moja babcia poklepała mnie po ramieniu.
- I weź ze sobą Sam.
- Oczywiście.
- Och, czy to ta twoja nowa sympatia? – zainteresowała się Dorothy. Pokiwałem głową. – Chętnie ją poznam.
- Jest naprawdę urocza.
- Babciu idziemy? Rodzice czekają – wtrąciła się Abby.
- Tak, tak… Idziemy. Widzimy się przy autokarze Julianne. Wesołych Świąt, Luke.
- Wesołych Świąt – odpowiedziałem szybko, a następnie złapałem swoją babcię pod rękę. Ruszyliśmy powoli w stronę windy, która miała nas zawieść na odpowiednie piętro. Kiedy znaleźliśmy się w środku, nacisnąłem przycisk i ruszyliśmy na górę.
               Zrobiłem wielkie oczy, kiedy wszedłem do pokoju babci. Julianne powystawiała chyba na stół całe jedzenie, jakim dysponowała. Przyszykowała dwa talerze, które ledwo się mieściły, bo potraw było sporo. Zauważyłem też pierniki, które upiekła Samantha. Uśmiechnąłem się na samą myśl o mojej dziewczynie. Mojej… Tylko mojej.
- Nie musiałaś szykować, aż tyle jedzenia – powiedziałem, odsuwając jej krzesło, by mogła usiąść obok mnie.
- Wiem, że lubisz sobie pojeść, choć tego po tobie nie widać.
- Szybka przemiana materii – odparłem zadowolony. Była to czysta prawda. Potrafiłem zjeść naprawdę sporo, a za jakąś godzinę dobrać się do kolejnej porcji.
- Coś dla ciebie od starego Mikołaja – powiedziała Juliane, wciskając mi w dłonie podłużną kopertę.
- Babciu, po pierwsze nie musiałaś nic mi dawać, a po drugie nie jesteś stara.
- Jesteś słodki, skarbie. 
              Pocałowała mnie w czoło. Powoli otworzyłem kopertę, widząc w niej podłużną kolorową kartkę świąteczną. Wyciągnąłem ją, przyglądając się brokatowym choinkom i roześmianemu bałwankowi. 
- Tylko coś takiego udało mi się zdobyć.
- Podoba mi się. 
             Otworzyłem ją, domyślając się, co mogę zobaczyć w środku. Babcia przeważnie dawała mi w prezencie pieniądze i tym razem było tak samo. Wolała nie kupować mi niczego, bo obawiała się tego, że to, co sprezentuje mi się nie spodoba. 
- Babciu, czemu aż tyle?
- To nie dużo. – Przekręciłem oczami, chowając pieniądze z kartką z powrotem do koperty. Odłożyłem ją na stół. Następnie złapałem za pakunek, który przygotowałem dla niej. – Och! A co to?
- U ciebie też był Mikołaj – powiedziałem ze śmiechem, kiedy Julianne przejęła ode mnie prezent. Jej dłonie, które nadal były całkiem sprawne, szybko poradziły sobie z kolorowym papierem. Zrobiła wielkie oczy i zaśmiała się, widząc cienki aparat fotograficzny w jej ulubionym fioletowym kolorze.
- Tego mi brakowało do wycieczki! – zawołała z uśmiechem.
- Wiedziałem, że ci się przyda. Będziesz mogła zrobić dużo zdjęć i…
- Selfie!
- Co, proszę? – wydusiłem z nieukrywanym zaskoczeniem. Babcia wyciągnęła aparat z pudełka. Obróciła go kilka razy w dłoni, przyglądając się mu z dokładnością.
- Selfie – powtórzyła, znów przenosząc na mnie swoje zielone oczy.
- Wiesz w ogóle, co to jest?
- Nie, ale Dorothy mówiła, że Abby ciągle robi sobie selfie. To jakieś zdjęcia, tak?
- Zdjęcia…
- Więc mam aparat i będę robić selfie- rzuciła Julianne z nieukrywanym entuzjazmem. – Powiedz mi tylko, jak to się robi.
- Selfie robi się sobie – wytłumaczyłem powoli, a ona zmarszczyła nos. –Robisz zdjęcie samej sobie. To jest selfie. Wyciągasz aparat albo stajesz przed lustrem.
- Myślałam, że to jakaś forma robienia zdjęć panoramy czy czegoś takiego. Ale po co robić zdjęcia samej sobie?
- Nieraz robisz selfie z kimś – pociągnąłem dalej, sięgając po piernika. – To taka nowa moda.
-Ty robisz sobie selfie?
- Nie, nie jestem osobą, która robi sobie tego typu zdjęcia.
- Zrobimy sobie wspólne selfie? – ciągnęła Julianne.
- Pewnie, możemy i…
- Może twoim telefonem i wyślemy je do Sam, dołączając życzenia?
- Babciu – jęknąłem, przekręcając oczami.
- Sam nie lubi selfie?
- Ty koniecznie chcesz, by Sammy nie wyrobiła ze mnie ze śmiechu?
- A co w tym zabawnego?
               Nie… To zupełnie nie miało sensu. Julianne była tak samo uparta, jak młoda Hood, więc zostało mi tylko jedno. Spełnić jej zachciankę, a potem zrzucić ten żenujący obraz na samo dno mojej pamięci. I szybko zapomnieć. Chociaż wiedziałem, że jak Sam dostanie zdjęcie naszej dwójki i to w formie selfie, to będzie mi o tym przypominać przez resztę mojego marnego życia.
- Obiecaj mi jednak, że na rejsie nie będziesz robić ciągle samego selfie. Chcę zobaczyć dużo fajnych zdjęć.
- Selfie nie jest fajne? – Miałem ochotę walnąć głową w stół. Zabijcie mnie.

~***~
               Kursowałam między kuchnią a salonem, przygotowując wszystko do Wigilii, która miała się w tym roku odbyć u nas. Mama chciała, by wszystko wszyło idealnie, więc co i rusz znajdowała dla mnie kolejne zajęcie. Lubiłam tego typu prace, które skutecznie zajmowały mi myśli. Dzięki temu, w jakiś sposób mogłam się zrelaksować i przygotować do tego, że pod tym dachem niedługo będzie pełno ludzi.
               Ustawiłam zielono czerwony stroik z grubą świeczką na środku stołu. Przekręciłam go raz, a potem kolejny. Kiedy tylko go puściłam, poczułam w kieszeni wibrację. Po chwili zadzwonił telefon, oznajmiając mi przyjście wiadomości. Nie zdążyłam wyciągnąć komórki, a ona rozbrzmiała po raz kolejny. Odblokowałam ją. Weszłam w wiadomości.
              Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech, kiedy zobaczyłam zdjęcie dwójki znanych osób. Julianne obejmowała Luke'a, który robił klasyczne selfie. Chłopak też się uśmiechał, a ja na dłużej zatrzymałam się na jego błękitnych oczach, w których nie było widać smutku. Zauważyłam, że on coraz częściej znikał, zastępowany przez inne, znacznie przyjemniejsze uczucia i emocje. Miałam nadzieję, że ten stan potrwa, jak najdłużej. Pod zdjęciem znajdowały się krótkie życzenia. Weszłam w drugiego sms-a.

Od Luke:
Babcia mnie do tego zmusiła. To żenada po całości. Mam nadzieję, że nie tarzasz się teraz ze śmiechu po podłodze.

Do Luke:
Uważam, że zdjęcie jest naprawdę super. Również życzę Wam Wesołych Świąt! I niech Julianne dobrze się bawi na rejsie.

Od Luke:
Przekażę. Do zobaczenia jutro.

Do Luke:
Do zobaczenia, Lukey :)

~***~
              Zamknąłem za sobą drzwi, wchodząc w głąb korytarza. W domu panowała głucha cisza. Byłem sam. Walizki rodziców zniknęły, co tylko utwierdziło mnie w tym, że faktycznie wyjechali. Ściągnąłem buty, a potem powoli ruszyłem w stronę schodów. Gdy dotarłem do swojego pokoju, od razu zrzuciłem z siebie koszulę i czarne dżinsy. Ubrałem wygodne szare dresy, jednocześnie naciągając na siebie rozciągniętą i wygniecioną granatową koszulkę. Rozejrzałem się po pokoju, w którym panował porządek. Jak zwykle.
              Rzuciłem się na łóżko. Sięgnąłem w stronę szafki, biorąc do ręki pilot. Włączyłem telewizor, mając nadzieję na to, że przynajmniej będzie w nim coś ciekawego, co będzie można obejrzeć. Jednak przed moimi oczami, co chwilę migały wesołe świąteczne reklamy i filmy, w których to główną zasadą była prezentacja radosnej do granic możliwości rodzinki lub rodzinki, która pod koniec będzie znowu scalona i szczęśliwa, mimo wszelkich sporów i kłótni, które napędzały fabułę.
              Warknąłem cicho pod nosem, czując, jak od tych przepełnionych radością kolorowych obrazów, robi mi się niedobrze. To nie była moja rzeczywistość. To było coś, czego nie miałem. Ja wigilijną kolację zjem sam, nawet nie pamiętany przez własnych rodziców. Nawet nie próbowałem sobie wmówić tego, że coś im się odmieni i do mnie zadzwonią, chociażby po to, by spytać się mnie, czy żyję i czy wszystko u mnie w porządku.
              Zmieniłem kanał na wiadomości, ale tam również panował temat Świąt. Wyłączyłem wredne i dołujące mnie w tym momencie pudło, odrzucając pilot z powrotem na szafkę. Przekręciłem się na plecy. Zacząłem tępo wpatrywać się w sufit, zastanawiając się, jak to by było, gdybym miał normalną relację z moimi rodzicami. Jakbym bez przeszkód i strachu mógł siedzieć z nimi w jednym pokoju. Czy wtedy zabraliby mnie na Święta?  Znów zacząłem być w pewnym sensie rozgoryczony, zawiedziony i rozżalony tym wszystkim. Nawet nie próbowałem ukryć tego sam przed sobą, że leżąc bezczynnie na łóżku, poczułem się okropnie samotny. I to w dniu, kiedy prawie wszyscy mają kogoś obok. Ale nie ja… Jakbym był inną kategorią człowieka.
              Uniosłem się do pozycji siedzącej. Złapałem za brązowy puszysty koc, który leżał złożony w dole łóżka. Rozwinąłem go, a następnie przykryłem się nim, prawie po sam czubek nosa. Liczyłem na to, że szybko zasnę i prześpię cały ten felerny dzień. A jutro obudzę się i będę mógł spotkać się w końcu z Sam. I dopiero wtedy moja samotność odejdzie.

~***~
              Po godzinie piątej nasz salon pełen był gości. Zjechali się wszyscy zaproszeni na wigilijną kolację i nikogo nie brakowało. W tym roku jednak nasz świąteczny posiłek był odrobinę przyspieszony, a to przez to, że Calum i jego rodzice jeszcze dziś wyjeżdżali do rodziców Grace, a na dodatek mój tata miał w szpitalu dyżur. Postanowił też przed wyjściem podrzucić rodzinę swojego brata na samolot. 
             Kiedy moja babcia i dziadek od strony mamy jeszcze żyli, my także spędzaliśmy u nich, co drugi rok Święta. Była to nasza mała tradycja, którą praktykowano także u tych drugich Hoodów. Jednak jako, że to nasza pierwsza Wigilia w Sydney – nie jako goście przyjezdni, ale mieszkańcy tego miasta – nasi rodzice postanowili połączyć jedno z drugim. Żałowałam, że Calum wyjeżdża, bo mieliśmy swoje małe rytuały, które praktykowaliśmy w każdy taki świąteczny czas. A głównie polegały na oglądaniu świątecznych filmów i opychaniu się po uszył łakociami, aż robiło nam się nie dobrze. W tym roku jednak Cal będzie daleko ode mnie. Na szczęście Sylwestra spędzamy razem, więc jest to jakieś pocieszenie.
             Zatrzymałam się obok Mulata, który pożerał małe zawijasy złożone z sera i francuskiego ciasta, mocząc je uprzednio w sosie czosnkowym. Podniósł głowę, a jego ciemne tęczówki spojrzały wprost na mnie. Przełknął to, co miał w buzi i uśmiechnął się.
- Co jest, Sammy?
- Weź ode mnie ciotkę Sue- rzuciłam, krzyżując dłonie na klatce piersiowej.
- Znowu się ciebie czepia?
- To ty jesteś jej ulubieńcem, a nie ja – pociągnęłam, odwracając się od starszej pulchnej kobiety, która na dzisiejszą uroczystość obwiesiła się jeszcze liczniejszą warstwą złotych błyskotek. Sue była bliską kuzynką naszych ojców i uwielbiała rodzinne sensacje. Szczególnie, gdy można było o tym plotkować.  – Boże, niech ona przestanie się w końcu gapić.
- Może przesadzasz – rzucił Calum, zerkając na cioteczkę, która rozpromieniła się, machając jednocześnie do nas grubą dłonią. – Nie, nie przesadzasz. Faktycznie się gapi.
- Trzy razy pytała się mnie o to, czy nadal jestem chora – pociągnęłam, marszcząc z niezadowoleniem nos. – Ja wiem, że ona tylko czeka na to, że być może to w tym roku zemdleje, upiję się czy zrobię cokolwiek, o czym będzie mogła opowiadać przez następne dziesięć lat. Może liczy na to, że kopnę w Wigilię w kalendarz i…
- To akurat nie było śmieszne, Sammy – wymamrotał Calum, sięgając po kolejnego zawijasa. – Przestań zwracać na nią uwagę.
- Mam nadzieję, że jutro szybko pojedzie do domu – powiedziałam nadąsanym tonem. Sue z uwagi na to, że mieszkała kawałek za Sydney, postanowiła, że u nas przenocuje. – Chyba, że faktycznie się upiję, zwymiotuję na środku salonu, a potem wybuchnę płaczem, że świat mnie nie rozumie.
- To by była akcja – odparł ze śmiechem Calum. – Myślę, że zostałabyś najsławniejszym Hoodem w rodzinie. Nie upijaj się jednak beze mnie. I nie rób akcji beze mnie, bo koniecznie chcę to zobaczyć – dodał z szerokim uśmiechem. – Może zyskam dzięki temu miano idealnego dziecka. – Przekręciłam oczami. – Lepiej spadaj. Ciotka Sue tu idzie.
- Matko – wyjęczałam, prychając pod nosem. – Idę zobaczyć, czy nie wiem… Może skończył się papier w toalecie u sąsiadów? – Mulat wybuchł śmiechem, a ja zmyłam się szybko, gdy cioteczka była w połowie drogi do stołu, przy którym staliśmy.

              Siedziałam na łóżku w swoim pokoju, czerpiąc z chwili spokoju, jaki tu panował. Z dołu nadal dochodził do mnie gwar rozmów i śmiechów. Wigilia u nas trwała w najlepsze, a ja już miałam dość. Zdecydowanie za dużo ludzi na raz.
              Spojrzałam raz jeszcze na telefon, który trzymałam w dłoni. Przed oczami miałam zdjęcie, które wysłał mi dzisiaj Luke. On i jego babcia z szerokimi uśmiechami na ustach. Nic dziwnego, że sama zaczęłam lekko uśmiechać się pod nosem. Zastanawiałam się, co teraz robi Hemmings i gdzie jest. Może jednak pojechał do jakieś rodziny, o której nigdy mi nie mówił? Może jego rodzice postanowili nie wyjeżdżać? Obie jednak te wersje były dla mnie zbyt mało prawdopodobne, aby mogły się spełnić.
               Podskoczyłam w miejscu, gdy drzwi od pokoju otworzyły się. Zablokowałam szybko telefon, wygaszając jednocześnie ekran, aby ukryć fotografię. Do pomieszczenia wszedł uśmiechnięty Calum. Bez słowa usiadł obok. Objął mnie ramieniem, a potem oparł czoło o moje ramię.
- Co jest?
- Miałaś rację, ciotka Sue chce sensacji – pociągnął Cal i ciężko westchnął. – Właśnie zostałem odpytany z całego mojego życia. Pytała się mnie, czy jestem gejem, rozumiesz to? Gejem? Ja? – Chłopak miał teraz taką minę, jakby cioteczka, co najmniej go spoliczkowała. Nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem.- Ona jest zdrowo walnięta - podsumował, kręcąc głową.
- Ale nadal cię uwielbia.
- O tak – dodał z zadowoleniem. – Bo gram na gitarze i basie, a do tego jestem zajebistym sportowcem.
- Twoje ego rośnie.
- Nawet nie zaprzeczę.
- W końcu wybuchniesz, Cal – pociągnęłam ze śmiechem, a on do mnie dołączył.
- Wiesz na co mam ochotę?
- Na co?
- Na to, by zwinąć trochę żarcia ze stołu, a potem pooglądać z tobą, jakieś filmy. Na przykład Charlie i fabryka czekolady – rzucił, a ja uśmiechnęłam się szeroko.
- Albo Fred Claus brat Świętego Mikołaja – dodałam, a Cal szybko pokiwał głową. – Ale się nie da.
- Zobaczymy się przed Sylwestrem. Dzień przed, możemy zrobić sobie wieczór z filmami.
- Serio?
- Pewnie.
- Pasuje, nawet bardzo pasuje – powiedziałam, opierając się na jego ramieniu. – Jesteś najlepszym kuzynem.
- Wiem.
- Wiedziałam, że to powiesz – skwitowałam, a on zachichotał.

                Pożegnałam się z Calumem i jego rodzicami, którzy już byli gotowi do wyjazdu na lotnisko. Zaraz po nich wyszli nasi kolejni goście. W końcu w domu zostałam z mamą i ciotką Sue. Spojrzałam na zegarek. Było ledwie po dziewiątej, a świętowanie pod naszym dachem dobiegło końca. Zresztą, nie wyobrażałam sobie siedzieć tu z innymi, bez mojego zwariowanego kuzyna, który był dla mnie najlepszym towarzystwem.
               Mój wzrok zatrzymał się po raz kolejny na zegarze, który wisiał niedaleko kominka. W sumie nie było tak późno, by złożyć pewnej osobie niezapowiedzianą wizytę. Jak tylko o tym pomyślałam, uśmiechnęłam się szeroko sama do siebie. Ten mój entuzjazm od razu wyłapała ciotka Sue, która siedziała przy stole, zjadając kolejny kawałek ciasta. Spojrzała na mnie z uwagą, jakby upewniała się, że faktycznie mogę być na jakiś prochach, bo śmieję się sama do siebie. Zignorowałam ją totalnie, wstając pospiesznie od stołu. Musiałam koniecznie pogadać z mamą.
               Weszłam do kuchni. Gabrielle stała plecami do mnie. Po chwili pochyliła się, otwierając drzwiczki piekarnika, z którego wydobywał się przyjemny zapach odgrzewanej pieczeni. Odchrząknęłam, a ona wyprostowała się i odwróciła. Na jej twarzy pojawił się uśmiech.
- Tak, skarbie?
- Ja… Mam pytanie – zaczęłam powoli. Podeszłam do niej, opierając się o blat. Wlepiłam w nią swoje ciemne oczy. Matula pokiwała głową, bym kontynuowała. – Jak bardzo będzie ci przykro, jeśli teraz wyjdę?
- Słucham? Umówiłaś się z kimś czy jak?
- Nie… W sumie z nikim się nie umawiałam, ale pomyślałam, że… Wiem, że jest Wigilia i w ogóle, ale nasi goście i tak już poszli. Pomyślałam, że może i ja się ulotnię. Do towarzystwa masz Sue.
- Dokąd? – Przygryzłam lekko wargę. – Och… Chcesz iść do Luke'a? – Pokiwałam głową. – Między wami coś jest?
- Przyjaźnimy się, mamo – mruknęłam, choć nie byłam zadowolona z tego, że sprzedaję jej zwykłe kłamstwo. – I nie chcę, by był dzisiaj sam.
- Sam?
- Jego rodzice, gdzieś wyjechali w pilnej sprawie i Luke jest sam w domu. – Mama uniosła brwi do góry, dokładnie mi się przyglądając. Nie pytała o Julianne, bo bardzo dobrze wiedziała, że babcia Hemmingsa wyruszyła na rejs właśnie dzisiaj.
- Dlaczego dopiero teraz mi o tym mówisz? Dlaczego nie zaprosiłaś go do nas? Nikt nie powinien być sam w taki dzień. Zupełnie nie rozumiem, jak jego rodzice mogli go zostawić.
- Luke i tak by nie przyszedł – odpowiedziałam ostrożnie.
- Bo?
- On i Calum niezbyt się lubią. Zresztą, Luke uważa, że Święta spędza się w gronie rodziny.
- Nie było by żadnego ale – powiedziała szybko mama. – Kazałabym twojemu ojcu przywlec go tu siłą.
- Nie przyszedł by.
- Przez Caluma?
- Mamo, nie drążmy tematu.
- Czemu się nie lubią?
- Bo… To ich sprawa – zakończyłam, krzyżując dłonie na klatce piersiowej. – To mogę iść?
- Możesz iść. Pewnie zostaniesz u niego na noc? – Pokiwałam głową. – W takim razie widzę was jutro oboje na obiedzie. I powiedz Luke'owi, że nie ma żadnej odmowy, jasne?
- Przekażę – rzuciłam z uśmiechem. – Jesteś najlepsza.
- Spakuję ci trochę ciepłego jedzenia, to będziecie mieli na późną kolację.
- Dzięki – powiedziałam i wybiegłam z kuchni, jak torpeda. Chciałam się, jak najszybciej spakować, a potem ulotnić z domu tak, by ciotka mnie nie widziała. Wolałam oszczędzić sobie plotek, że wybieram się, do jakiegoś tajemniczego faceta, który w oczach Sue pewnie miałby z pięćdziesiątkę na karku i był moim sponsorem. Tak, cioteczka lubiła koloryzować i podkręcać różne historie.

~***~
              Byłem pewny, że mi się to śni. Jednak po chwili znów dotarł do mnie dźwięk dzwonka. Ktoś ewidentnie dobijał mi się do drzwi. Nie chciałem się ruszyć z miejsca, więc przez chwilę udawałem, że mnie tu nie ma, ale osoba stojąca na zewnątrz po raz trzeci zadzwoniła. Chciałem, by jak najszybciej sobie poszła i dała mi święty spokój. Zresztą, kto normalny nachodzi cię nieproszony w Wigilię? W końcu wyskoczyłem z łóżka i wyszedłem z pokoju, wyrzucając pod nosem soczyste przekleństwa. Zszedłem na dół, doskakując do drzwi. Otworzyłem je.
             Zrobiłem wielkie oczy, widząc przed sobą dziewczynę. Sammy uśmiechnęła się lekko. W tym momencie musiałem mieć naprawdę głupi wyraz twarzy. Na jej ramieniu znajdowała się torba, a w ręku trzymała dwie zapakowane po brzegi siatki. Nawet stąd poczułem przyjemny zapach przypraw. Przez chwilę byłem pewny, że mi się to śni, bo co niby miałaby tu robić. Nie ukrywałem tego, że jej nagłe pojawienie się, było dla mnie dużym zaskoczeniem. Bez słowa odsunąłem się od drzwi, wpuszczając ją do środka.
- Skończyliśmy szybciej i pomyślałam, że przyda ci się towarzystwo– odparła, odkładając siatki i torbę na bok.
              Po tym, co powiedziała, moje osamotnienie zupełnie minęło. Poczułem przyjemne ciepło, które rozchodziło się po całym moim ciele. Nie chciała, bym był sam. A to było cholernie miłe uczucie, czuć się kimś ważnym dla drugiego człowieka.
             Przez chwilę nie potrafiłem wydobyć z siebie żadnego słowa, będąc w jakiś sposób wzruszony tą chwilą i tym momentem. Szczególnie, w takim czasie i takim dniu. Dlatego niewiele myśląc złapałem ją za rękę i przyciągnąłem do siebie, obejmując ją ciasno. Sammy od razu odpowiedziała, a jej dłonie owinęły się wokół mojego pasa. Wtuliłem się w dziewczynę, ciesząc nos znanym zapachem jej delikatnych perfum. Ukryłem twarz w jej rozpuszczonych ciemnobrązowych włosach. Była tu. Była tu, tylko dla mnie.
- Cieszę się, że jesteś – wyszeptałem, gdy spojrzałem w jej oczy, w których dostrzegłem te znane iskierki. Moje palce lekko musnęły jej policzek, a dziewczyna uśmiechnęła się.
- Zrobimy sobie późną wigilijną kolację?
- Pewnie. – Odsunąłem się do niej. – Rozgość się, a ja pójdę się przebrać.
- Przebrać?
- Nie chcę siadać z tobą do stołu, ubrany w dresy i brudną koszulkę – wytłumaczyłem, spoglądając na jej czerwono czarną sukienkę. – Moich rodziców nie ma, więc możemy zająć salon. Daj mi pięć minut.
- Masz pięć minut – rzuciła, ściągając buty. Potem poszła w stronę kuchni.
              Odprowadziłem ją wzrokiem, uśmiechając się do siebie. Perspektywa spędzenia z nią wigilijnego wieczoru, napawała mnie wielkim optymizmem. Drgnąłem, gdy zadałem sobie sprawę z tego, że stoję bez ruchu, jak idiota, zamiast iść na górę. Odwróciłem się i szybko ruszyłem do pokoju.
              Wpadłem do środka, niemalże w locie pozbywając się ubrań, w których spałem. Założyłem na nowo czarne dżinsy. Biała koszula, w której byłem u babci i tak już się do niczego nie nadawała, bo zdążyła się porządnie pognieść. Dlatego chwyciłem za czarny sweter, który jako tako się prezentował. Nic lepszego i tak na daną chwilę nie miałem pod ręką. Przeszedłem do łazienki i zatrzymałem się przed lustrem. Przyklepałem sterczące we wszystkie strony włosy, aby nie prezentować się, jak totalna porażka. Użyłem perfum i dezodorantu, aby się odświeżyć. Następnie złapałem za prezent dla Sammy, który chciałem dać jej jutro i butelkę czerwonego wina, która stała w mojej szafce, czekając na odpowiednią okazję do tego, by ją wypić. Wyszedłem z pokoju. Jak tylko trafiłem do salonu, zapach przypraw był jeszcze intensywniejszy. Hood właśnie ustawiała na stole talerze i szklanki.
- Mama zapakowała nam ciepłe jedzenie, więc nie musimy bawić się w ich odgrzewanie – powiedziała z uśmiechem. – I jutro masz być u nas na obiedzie.
- Jutro? W Święta?
- Masz być i już, bo inaczej moja mama się wkurzy. – Zaśmiałem się.
- Dobra, będę. Przynieść coś jeszcze? – zapytałem, stawiając butelkę na stole.
- Sztućce. – Pokiwałem głową i poszedłem do kuchni.
              Wyciągnąłem widelce, noże i otwieracz do wina, a także kieliszki. Z tymi rzeczami wróciłem do Sam, która teraz dla odmiany rozstawiała na stole przyniesione przez siebie potrawy i ciasta. Kiedy skończyła, usiadła na wolnym krześle, przy którym stał przyszykowany przez nią talerz. 
              Uśmiechnąłem się do niej, a ona od razu odpowiedziała tym samym. Otworzyłem butelkę, nalewając trunku do kieliszków. Postanowiłem nadać temu miejscu bardziej świąteczny klimat, więc zapaliłem lampki na zielonej choince, ubranej w srebrno granatowe ozdoby. Następnie usiadłem naprzeciwko niej, choć z chęcią siedziałbym u jej boku.
- Mam coś dla ciebie – zacząłem, ale ona szybko pokręciła głową. – Co?
- Najpierw jedzenie.
- Mówisz, jak moja babcia – skwitowałem ze śmiechem.
- Taka jest tradycyjna kolej rzeczy – powiedziała, przyglądając mi się z uśmiechem.
- Twoi rodzice nie mieli nic przeciwko byś…
- Nie. Zresztą, tata już jest w pracy, a mama została z ciotką w domu. Ty masz mnie, a ja ciebie, więc w tym momencie nikt nie jest sam- odpowiedziała, a ja lekko przygryzłem wargę. – Chyba, że mam sobie już iść?
- Nawet tak nie mów – rzuciłem od razu, dodatkowo kręcąc głową. 
              Sam wyciągnęła rękę i nachyliła się w bardziej w stronę stołu. Jej palce przejechały po zewnętrznej stronie mojej dłoni, powodując na skórze przyjemne mrowienie, które rozchodziło się pod wpływem jej dotyku. Po chwili nasze ręce były ze sobą splecione. Złapała za kieliszek z winem.
- Wesołych Świąt, Lukey.
- Wesołych Świąt, Sammy.

             Gabrielle była naprawdę znakomitą kucharką, więc nic dziwnego, że przyssałem się do każdej potrawy, którą przygotowała wraz ze swoją córką. Zresztą, Samantha też dobrze radziła sobie w kuchni. Po naszej późnej wigilijnej kolacji usiedliśmy na sofie, aby wręczyć sobie prezenty. Nie sądziłem, że Sam ma coś dla mnie, dlatego byłem tym mile zaskoczony, kiedy wcisnęła mi w dłonie czerwono białą torebkę.
- Nie musiałaś – powiedziałam, odrywając wzrok od małych śnieżynek, które widniały na torbie.
- Przestań, Lukey – rzuciła, całując mnie w nos. – Nie gadaj, a otwieraj.
- Poczekaj. – Odwróciłem się, łapiąc za mój podarunek. – To dla ciebie.
             Przejęła ode mnie pakunek, kładąc go sobie na kolanach. Zająłem się swoim prezentem, choć w dalszym ciągu miałem na nią oko. Chciałem być pewny, że to, co znajdzie w środku jej się spodoba. Zanurkowałem do torebki, odsuwając na boki różne słodycze. Nawet gdybym niczego więcej tam nie znalazł, to i tak byłbym zadowolony. Słodyczy nigdy za wiele. 
             Nagle natrafiłem na gumowe opakowanie. Wyciągnąłem je, wpatrując się w czerwone bokserki. Sztuk dwie. Jedne były w uśmiechnięte renifery, a drugie w piernikowe ludziki. Zaśmiałem się pod nosem, sprawiając jednocześnie, że Sam spojrzała na mnie z uśmiechem. Pod spodem znajdowała się jeszcze czarna koszulka z czerwonym logo Red Hot Chili Peppers.
- Może być? – zapytała, rozdzierając kolorowy papier.
- Jeszcze się pytasz- odpowiedziałem, nachylając się w jej stronę. Moje usta lekko musnęły jej ciepłe wargi. Uśmiechnęła się ponownie. – A ty? Otworzysz to w końcu?
- Co ty taki niecierpliwy?
- Chcę wiedzieć, czy ci się spodoba.
             Sammy kiwnęła głową, a potem dokończyła pozbywanie się ozdobnego papieru. Wyciągnęła z niego białe, niewielkie, kartonowe pudełko. Powoli otworzyła wieczko, spoglądając na zawartość. Było tu trochę jej ulubionych słodyczy.
- Wiesz, że pójdzie mi to w tyłek?
- Tobie? Nie możliwe – rzuciłem, kręcąc ze śmiechem głową. – Szukaj dalej. – Uniosła brwi do góry. – Chyba nie sądziłaś, że dam ci same słodycze?
- Teraz mnie zaciekawiłeś – pociągnęła, szperając w kartonie. W końcu natrafiła na plastikowe opakowanie. Wyciągnęła je i parsknęła śmiechem. – Skąd to wytrzasnąłeś? – zapytała, obracając w dłoni pierwszą część swojego prezentu. 
              W środku znajdował się mały model czarnego Chevroleta Impali z tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego siódmego roku. Nie była to, tylko mała replika tego samochodu, bo ukrywał w sobie dysk przenośny, więc był to całkiem dobry gadżet dla fanów serialu, z którego pochodziło auto. A ja wiedziałem, że Sam uwielbia Supernatural.
- Sama mówiłaś, że ta Impala jest, niczym główny bohater.
- Bo jest – odparła, kiwając głową. – Jest ekstra. Skąd to masz?
- Wygrałem aukcję w internecie. Puścili limitowaną edycję, takiej wersji pendriva – odparłem zadowolony z siebie.
- Dziękuję! – Chciała mnie objąć, ale ja odezwałem się ponownie.
- Szukaj dalej.
- Co?
- To nie wszystko.
               Dziewczyna uniosła brwi do góry, odkładając Impalę ostrożnie na bok. Następnie znów zaczęła grzebać w kartonie. Po chwili wyciągnęła z niego małe, granatowe, zamszowe pudełeczko. Przez dłuższy moment nie odrywała od niego wzroku. Zacisnąłem lekko usta, bacznie ją obserwując. Powoli otworzyła je, a jej ciemne oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej. W środku znajdował się cienki srebrny łańcuszek, z delikatną zawieszką w kształcie śnieżynki, z dodatkiem małych cyrkonii.
- Jezu…
- Nie podoba ci się? – zapytałem niepewnie, skubiąc dół swetra.
- Żartujesz? Jest prześliczny – powiedziała, wyciągając łańcuszek. – Pomożesz mi go zapiąć? – Podała mi go, a następnie odwróciła się. Uśmiechnąłem się i bez gadania zapiąłem jej łańcuszek. Przejechała palcami po zawieszce, zerkając na mnie.
- Cieszę się, że traf…
              Ale nie dokończyłem, bo Sammy rzuciła się w moją stronę. Oplotła mój kark rękami, jednocześnie zamykając mi usta pocałunkiem. Przez chwilę byłem pewny, że się uduszę, bo nie zdążyłem zaczerpnąć potrzebnej ilości powietrza. Przyjemnie zaszumiało mi w głowie. Objąłem ją mocniej, ciesząc się tą nagłą bliskością. Naprawdę uwielbiałem trzymać ją w ramionach i nie miałbym nic przeciwko temu, by było tak już na zawsze.

~***~
             Pomogłam Luke'owi posprzątać ze stołu. Chłopak od razu zabrał się za mycie naczyń, nie chcąc mojej pomocy. Niemalże wygonił mnie z kuchni. Wróciłam, więc do pustego salonu. Rozejrzałam się wokoło. Moje oczy na dłużej zatrzymały się na świątecznych dekoracjach, które zapewne ustawiała tu matka blondyna. Wszystko było w tych samych kolorach. Każda ozdoba była srebrno niebieska.
            Podeszłam do czarnego pianina, stojącego niedaleko zgaszonego kominka. Przejechałam palcami po gładkim lakierowanym drewnie. Wiedziałam, że Luke gra. Grała też jego babcia i matka. Chłopak ewidentnie miał muzykę we krwi, odziedziczoną od damskiej części swojej rodziny. Podniosłam do góry klapę, odsłaniając rząd białych i czarnych klawiszy. Po chwili zamknęłam ją z powrotem, karcąc się w myślach. Nie byłam u siebie i nie powinnam dotykać nie swoich rzeczy.
             Odwróciłam się w tym samym momencie, w którym Luke wrócił do salonu. Przesunął dłońmi po swoich czarnych spodniach, a potem złapał za kieliszek z winem. Wypił je do końca, a jego błękitne oczy spojrzały wprost na mnie. Uśmiechnął się, odstawiając naczynie z powrotem na stół.
- Zagrasz coś?
- Naprawdę chcesz?
- Pewnie. Jeszcze nie widziałam cię przy pianinie.
             Hemmings podszedł do instrumentu, podnosząc klapę do góry. Złapał mnie za dłoń, uśmiechając się pod nosem. Usiadł na czarnej podłużnej pufie. Pociągnął mnie lekko w swoją stronę, chcąc bym zajęła miejsce obok. Zrobiłam to od razu, odrobinę ocierając się o jego ramię.
- Jakieś życzenia?
- Coś świątecznego?
- Okej… Pomyślmy… Dobra, mam.
- Zamieniam się w słuch – odpowiedziałam, a blondyn znów się uśmiechnął. Spojrzałam na jego dłonie, które powędrowały w stronę klawiszy. – Zaśpiewasz?
- Co? – Raptownie odwrócił się w moją stronę.
- Zaśpiewasz? – powtórzyłam ze śmiechem, widząc na jego twarzy lekkie rumieńce.
- Ale ty ze mną.
- Nie… Tobie to lepiej wychodzi. No… Lukey – zajęczałam, całując go w nos. Uśmiechnął się raz jeszcze, kiwając głową.
- Dla ciebie wszystko.
- Graj. – Kiedy to powiedziałam, popłynęła melodia, którą dobrze znałam. Zaśmiałam się.
- Oh the weather outsider is frighful, but the fire is so delightful and since we’ve no place to go, let it snow! Let it snow! Let it snow! – zaczął Luke, a ja nie mogłam oderwać od niego oczu. 
             Przy pianinie prezentował się tak samo dobrze, jak z gitarą. I miał fantastyczny głos, którego nie można mu było odmówić. Blondyn odwrócił się, ciągnąc dalej piosenkę. Obdarzył mnie kolejnym uśmiechem, który sprawił, że w jego policzkach pojawiły się znane mi dołeczki. 
- When we finally kiss goodnight, how I’ll hate going out in the storm. But if you’ll really hold me tight, all the way home I’ll be warm. – Cmoknął mnie w nos, a ja zaśmiałam się. Zrobił niewinną minę, nie przestając grać. – Oh, the fire is slowly dying and my dear, we’re still goodbyeing. But as long as you love me so, let it snow! Let it snow! Let it snow! - Kiedy skończył, złączyłam nasze dłonie. Jego palce lekko zacisnęły się na mojej skórze. Ponownie odwrócił się, a ja połączyłam nas w spokojnym pocałunku.

~***~
            Odwróciłem głowę w bok, by móc na nią spojrzeć. W pokoju było ciemno, choć nie na tyle, bym nie mógł zobaczyć jej spokojnej twarzy. Przez chwilę byłem pewny, że dziewczyna uśmiechnęła się przez sen. Miałem nadzieję, że śni, o czymś przyjemnym. Odkąd pojawiła się w moim domu, znów przeniosłem się na płaszczyznę osoby szczęśliwej i pełnej. Byłem pełny dzięki niej.
            Powoli zsunąłem jej dłoń ze swojego brzucha. Poruszyła się, mocniej wciskając policzek w poduszkę. Odwróciłem się na bok, by być dokładnie naprzeciwko niej. Jak tylko to zrobiłem, ona znów drgnęła, a potem jej ręka ponownie znalazła się na moim ciele. Uśmiechnąłem się pod nosem, czując, jak jej palce delikatnie ocierają się o moją skórę.
            Już chciałem ją objąć, by wrócić do krainy snów, ale usłyszałem cichą wibrację, a potem pokój wypełnił się znanym mi dzwonkiem. Szybko rzuciłem się w stronę szafki, ściszając melodię. Zerknąłem na Sam, która na szczęście się nie obudziła. Wziąłem głęboki oddech, odrywając od niej błękitne oczy i skupiając się na jasnym ekranie, który nieco mnie oślepił. Nie zdziwiło mnie to, że dzwoni o tej porze. W końcu wiedział, że nieraz miewam problemy ze snem.
- Co jest? – zapytałem szeptem. Sam poruszyła się po raz kolejny, jeszcze mocniej przywierając do mojego ciała. Wypuściłem z lekkim świstem powietrze z ust, czując jej ciepły oddech na klatce piersiowej.
- Ładnie się ze mną witasz – rzucił Liam, udając niezadowolony ton.
- Wiesz, która jest godzina?
- Spałeś?
- No, spałem – odpowiedziałem, poprawiając pozycję, w jakiej byłem. A opierałem się na jednym łokciu, starając się nie przygnieść Sammy, która była tuż obok. – Coś się stało?
- Chciałem się tylko upewnić, że nie popadłeś w świąteczną depresję. – Zaśmiałem się cicho pod nosem, co nie uszło uwadze Liama. – O… No… Jak mniemam nie jesteś sam?
- Co?
- Daj spokój, Luke, mi możesz powiedzieć. Jest z tobą Sam?
- Jest.
- Och, rozumiem – odpowiedział ze śmiechem. – Przeszkadzam?
- Liam –syknąłem, a on roześmiał się jeszcze bardziej.
- Fajnie było?
- Jesteś strasznym kumplem.
- Jestem najlepszym kumplem – sprostował, a ja rozbawiony przekręciłem oczami. –  Zadzwoń rano, jak wstaniesz. Nadal szepczesz, więc pewnie nie chcesz jej obudzić.
- Zadzwonię.
- Do usłyszenia, bracie.
- Do usłyszenia, bracie – odpowiedziałem i rozłączyłem się. 
             Odłożyłem telefon z powrotem na szafkę, a następnie padłem na poduszki. Wszystko to jednak robiłem dość powoli i ostrożnie, by nie wyrwać Sam ze snu. Wsunąłem rękę pod kołdrę i objąłem ją. Ostatni raz spojrzałem na nią, a potem przymknąłem powieki, czując się znów jednym ze szczęśliwszych ludzi na ziemi. Jak widać, do takiego ogromu tego uczucia nie potrzebowałem zbyt wiele. Wystarczyła mi, tylko ta jedna konkretna osoba. Ona.



***
Chociaż z początku chciałam zostawić Hemmo na Wigilię samego, to jednak udzielił mi się ten klimat i wiedziałam, że nie mogę mu tego zrobić. Dlatego nasza parka spędza ten czas razem. Było trochę ckliwie, ale też z lekką nutą samotności. Mam nadzieję, że choć rozdział długi to jednak to jakoś wytrzymałyście :)

Dzięki bardzo za wszystkie komentarze, które uwielbiam - wiecie to, ale ja zawsze będę Wam o tym przypominać :)

Standardowo przypominam także o Asku.

Kolejny rozdział pojawi się klasycznie w następną niedzielę. Znowu wyszedł mi dłuższy, więc zostanie podzielony na dwie części. 

Pozdrawiam!


8 komentarzy:

  1. Aww swietny swiateczny rozdzial 😃
    Fajnie ze Luke ma babcie przynajmniej nie spedzil Wigilii samotnie nie to co rodzice, no i Sam dobrze ze go nie opuscila i w koncu Luke zaspiewal dla Sam.
    Czekam na kolejny. Buziaki 😘

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za komentarz :) Cieszę się, że rozdział się podobał :)
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Genialny! Ahh, teraz tęsknie za świętami.. Cieszę się bardzo, że Luke nie był sam. Czekam na następny ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się bardzo, że się podobało :)
      Dziękuję za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Boski rozdział ♥ Chyba na Broken zawsze czekam najbardziej. Cieszę się, że jednak nie zostawiłaś Luka samego na święta. W ostatniej chwili jak zadzwonił Liam to myślałam, że to rodzice Luka z informacją, że będą wcześniej xd nie wiem dlaczego, ale tak sobie pomyślałam.
    Super długi rozdział C: takie lubię. Do następnego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe cieszę się, że to opowiadanie tak Cię wciągnęło :) Nie, no naprawdę nie mogłam mu tego zrobić :) Gdyby jego rodzice wrócili wcześniej, to fakt byłaby wtopa.
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  4. Myślę, że takie święta nie należały do najgorszych dla Luka :)) szkoda, że sylwester Sam nie spędzi z Lukiem.
    Zuzia♡

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety - myślę, że wspólny Sylwester mógłby nie wypalić i by się pojawiła drama z wykonaniem Caluma.
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam :)

      Usuń