niedziela, 17 kwietnia 2016

Rozdział 25 cz.1

All I want for Christmas is you


           Otworzyłem oczy, a potem zamrugałem szybko, czekając na to, aż wyostrzy mi się obraz. Samantha spała na brzuchu, z twarzą odwróconą w stronę okna. Ja, zaś wciskałem się w jej ciało, obejmując ją ciasno ramieniem. Jak najwolniej, podniosłem się do pozycji siedzącej, aby jej nie obudzić. Spojrzałem na zegarek, stojący na szafce. Dochodziła godzina dziewiąta. Starając się robić, jak najmniej hałasu, odkryłem kołdrę i wstałem z łóżka. Podszedłem do szafy, wyciągając z niej czystą bieliznę i ubrania. Złapałem jeszcze za telefon i zabunkrowałem się w łazience.
            Kiedy doprowadziłem się do tak zwanego stanu używalności, ponownie chwyciłem za komórkę. Usiadłem na klapie od toalety, opierając ramiona o kolana. Przetarłem dłonią oczy, a potem odnalazłem w kontaktach numer do Liama. Zresztą, nie musiałem go długo szukać. Moja książka telefoniczna nie zawierała zbyt wiele numerów. Nacisnąłem zieloną słuchawkę, przykładając urządzenie do ucha. Liam odebrał po drugim sygnale.
- Kurwa, Luke – jęknął zaspanym głosem. – Wiesz, która godzina?
- Miałem zadzwonić, jak wstanę.
- Tylko, że ty nie sypiasz, jak normalni ludzie - skomentował, a ja przekręciłem oczami. – Twój przyjazd jest nadal aktualny?
- Aktualny - odpowiedziałem szybko.
- A co z Sam? Ona też przyjedzie do Melbourne na Sylwestra?
- Nie – rzuciłem, maskując w głosie zawód. – Jest umówiona z Hoodem i jego paczką.
- Planów nie zmieni?
- Nie – odpowiedziałem, dodatkowo kręcąc głową, choć on nie mógł tego zobaczyć. 
             Zmiana planów Sammy nie wchodziła w grę. Wtedy padłyby niewygodne pytania i podejrzenia ze strony jej kuzyna, a tego chcieliśmy uniknąć. Oboje bardzo dobrze wiedzieliśmy, że ten dzień spędzimy osobno. A ta perspektywa niezbyt mi się podobała.
- Szkoda. Naprawdę ją lubię – powiedział Liam. – Jest jeszcze u ciebie?
- Kto?
- Święty Mikołaj – rzucił ze śmiechem. – Kurwa, jak to kto? Sam! Jest nadal u ciebie?
- Tak, jeszcze śpi.
- Spędzaliście razem Wigilię?
- Można tak powiedzieć…
- To cholernie kurewsko uroczo! Cieszę się, że jesteście razem!
- Przestań zachowywać się, jak niezrównoważona laska – skomentowałem, a Liam parsknął głośnym śmiechem.
- Nie moja wina, że razem wyglądacie słodko. David też jest tego samego zdania. Łączył was już od samego początku i… W sumie też łączyłem was od samego początku, ale ty byłeś na to zbyt głupi.
- Wielkie dzięki.
- Nie ma za co. Mówię, jak jest. Nie będę ci już przeszkadzał…
- Nie przeszkadzasz…
- To była drobna aluzja do: spadaj Luke, chcę spać – pociągnął ze śmiechem. – Dobrze, że twoje plany, co do przyjazdu do Melbourne się nie zmieniły. Nie mogę doczekać się. Moi rodzice również. Moja mama się za tobą porządnie stęskniła.
- Pozdrów ją.
- A ty uściskaj ode mnie Sam. Do zobaczenia niedługo.
- Do zobaczenia – odpowiedziałem i rozłączyłem się.
             Wsunąłem telefon do kieszeni czarnych dresów. Wstałem z toalety, poprawiając białą koszulkę. Cicho wróciłem do pokoju. Sam dalej była pogrążona we śnie. Podszedłem do łóżka, opatulając ją szczelnie kołdrą, bo dziewczyna zdążyła się rozkopać, kiedy ja musiałem bać prysznic. Następnie odwróciłem się i złapałem za większe, czarne słuchawki z dłuższym kablem. Podłączyłem je do telewizora i włączyłem go. Nie miałem, co robić, więc postawiłem na małą rozrywkę w formie gry. Przysunąłem sobie dużą poduchę, na której usiadłem. Uruchomiłem konsolę, a potem wszedłem w menu.

~***~
             Ocknęłam się, a następnie wcisnęłam twarz w poduszkę, kiedy słońce mocno mnie oślepiło. Odwróciłam się na drugi bok, ale miejsce na materacu było puste. Luke musiał już wstać. Usiadłam, ziewając, a moje oczy szybko namierzyły siedzącego blondyna. Było zwrócony do mnie plecami i z zacięciem wciskał guziki na czarnym padzie. Spojrzałam na ekran telewizora, by zobaczyć, w co gra. Był właśnie w trakcie walki o przetrwanie z hordą zombie.
             Wyszłam z łóżka, zaścielając je. Luke dalej był pochłonięty grą i nawet nie słyszał tego, jak krzątam się po pokoju. Duże czarne słuchawki skutecznie odcinały go od całego świata. Złapałam za torbę i poszłam do łazienki, dając mu jeszcze chwilę relaksu z krwiożerczymi zombiakami.
              Kiedy się ogarnęłam, a nie trwało to nazbyt długo, wróciłam do pokoju chłopaka. Stan Luke'a pozostawał dalej niezmienny. Zaśmiałam się pod nosem. Odłożyłam torbę na bok, a następnie podeszłam do niego. Ukucnęłam za jego plecami. Odczekałam chwilę, aż jego postać znajdzie się w strefie bez przeciwników. Sama byłam graczem i nie lubiłam, jak w trakcie ważnej rozgrywki, ktoś mi przeszkadzał. W momencie kiedy jego bohater wbiegł do pokoju i zamknął za sobą drzwi, objęłam go, przyciskając usta do jego karku. Luke podskoczył. Za pauzował grę, a następnie odłożył pada i ściągnął słuchawki.
- Hej – wyszeptałam do jego ucha. Poczułam, jak przez jego plecy przebiega szybki dreszcz.
- Już nie śpisz?
- Jest prawie jedenasta- oznajmiłam mu. – Chyba spania mi starczy.
- Siadaj obok.
- Nie, tak mi dobrze – odparłam, wtulając się w jego plecy jeszcze bardziej. Zaśmiał się i zerknął na mnie. – Uwielbiam się do ciebie przytulać.
- Ja do ciebie też, ale nie mam, jak tego zrobić, bo wisisz mi na plecach.
             Uśmiechnęłam się po raz kolejny. Oderwałam się od niego, by przejść na poduchę, na której siedział. Luke od razu zgarnął mnie w swoje ramiona, a ja mogłam cieszyć się tą naszą wspólną bliskością. Oparł brodę o czubek mojej głowy. Do mojego nosa dotarł przyjemny i znany mi zapach jego perfum.
- Głodna?
- Niespecjalnie.
- Kawy?
- Może później. – Ponownie się zaśmiał.
- Nie masz dużych wymagań.
- A miałeś ku temu wątpliwości? – Pokręcił głową. – Właśnie. Chcę z tobą pograć.
- Proszę bardzo – odpowiedział z uśmiechem. Odsunął się ode mnie, by wychylić się w stronę szafki. Po chwili podał mi drugiego pada.
- Apokalipsa zombie?
- Dokładnie.
- Mi pasuje. Odpalaj.

~***~
            Wciągnąłem czarne dżinsy, zapinając guzik i rozporek. Złapałem za błękitną koszulę, którą sobie przygotowałem. Obejrzałem ją dokładnie, aby mieć pewność, ze jest wyprasowana na blachę. Nie chciałem na świątecznym obiedzie u rodziców Sam wyglądać, jak ofiara losu. Zresztą, ona też postawiła na bardziej elegantszy strój, bo jej ciemne obcisłe spodnie, buty na obcasie i biała koszula z dwoma rozpiętymi guzikami u góry, idealnie pasowały do okazji. Oprócz tego w takim zestawie prezentowała się cholernie kusząco.
            Zdążyłem naciągnąć na siebie koszulę i zacząć zapinać guziki, gdy drzwi od pokoju otworzyły się. Do środka weszła Sam. Na jej twarzy gościł promienny uśmiech, który kochałem. Zaraz sam zacząłem uśmiechać się, jak kretyn, nie mogąc tego w żaden sposób powstrzymać.
- Gotowy?
- Jeszcze chwila – odparłem, łapiąc za kolejny guzik.
- Czekaj, pomogę ci – powiedziała, podchodząc do mnie. Odsunąłem ręce od ubrania, a ona szybko pozapinała mi guziki i wygładziła kołnierzyk. – Taki zestaw do ciebie pasuje.
- Co jest złego w zwykłych koszulkach i bluzach?
- Nic, w nich też dobrze się prezentujesz, ale to – przejechała palcem po błękitnej koszuli – wygląda jeszcze lepiej.
- Nie zrobisz ze mnie snoba z krawatem.
- Nawet nie zamierzam - odparła, a potem klasycznie pocałowała mnie w nos. Jak ja to uwielbiałem. – Idziemy?
- Jeszcze chwila – powiedziałem, odsuwając się od niej. Odwróciłem się i wpadłem do łazienki. Poprawiłem włosy, które lekko opadały mi na czoło. Użyłem perfum, które lubiłem najbardziej. Dopiero wtedy byłem gotowy.

            W drodze do domu Sam ustaliliśmy, że wieczorem wybierzemy się na coroczny jarmark świąteczny organizowany w centrum Sydney, który miał się zakończyć jutro. Nie miałem nic przeciwko temu, by zrobić coś innego. Przeważnie spędzaliśmy razem czas na polanie, boisku lub u siebie w domach. Teraz to była mała odskocznia od tych naszych miejsc.
            Sam jako pierwsza weszła do środka. Ja znalazłem się tuż za nią, zamykając drzwi. W powietrzu unosił się przyjemny zapach ciepłego jedzenia, choć nie mogłem dokładnie po nim zidentyfikować, co tym razem przyrządziła Gabrielle. W tle leciały świąteczne przeboje, zarówno te nowe, jak i stare. Zrobiłem krok do przodu, kiedy z pomieszczenia obok wyłoniła się matka dziewczyny.
- Jesteście! – zawoła z uśmiechem. – Jedzenie jest już gotowe.
- Jest ciocia Sue?- zapytała Sammy.
- Pojechała zaraz po śniadaniu.
- Dzień dobry, pani Hood – rzuciłem z automatu klasyczną formułkę. Kobieta z uśmiechem podeszła do mnie.
- Cześć, Luke i wesołych Świąt – odparła i ku mojemu zaskoczeniu, zgarnęła mnie w ramiona. Niepewnie odwzajemniłem ten przyjemny gest, zerkając na roześmianą Sammy, która spoglądała na nas z boku.
- Wesołych Świąt – odpowiedziałem, a ona odsunęła się, nadal jednak trzymając mnie za ramiona.
- Dobrze, że jesteś. Długo musiałaś go namawiać?
- Nie długo – powiedziała Sam, uśmiechając się do mnie.
- Świetnie. Chodźcie do stołu.
             Weszliśmy za Gabrielle do salonu, w którym siedział jej mąż. Mężczyzna od razu oderwał wzrok od telewizora. Teraz już wiedziałem, skąd jej rodzicie wzięli świąteczną playlistę. Jedna ze stacji muzycznych puszczała tego rodzaju hity. Ray wstał z miejsca. Przywitaliśmy się ze sobą, jednocześnie podając sobie dłonie, co też było dla mnie lekkim zaskoczeniem, bo mężczyzna zrobił to po raz pierwszy. Przeważnie rzucał w moją stronę szybkie cześć.
- Mamo, pomóc ci? - zapytała Sam, kiedy ja i Ray usiedliśmy do stołu, który uginał się od jedzenia.
- Nie, skarbie. Wszystko jest już gotowe – odpowiedziała, idąc do kuchni. Dziewczyna usiadła obok mnie. Po chwili do pokoju wróciła jej mama, niosąc na wielkiej tacce soczystą i mocno pachnącą przyprawami pieczeń.
- Wsuwajcie dzieciaki – zarządził Ray, który dorwał się do przyniesionego przed chwilą dania. – Smacznego!

             Parsknąłem cichym śmiechem, widząc oburzone spojrzenie dziewczyny. Sam świdrowała wzrokiem swojego ojca, który zaśmiewał się do łez. Od godziny graliśmy w Monopoly, a ja musiałem przyznać to, że świetnie się bawiłem. Ray i Gabrielle byli dla mnie idealnym wzorem rodziców, którzy uwielbiają spędzać czas ze swoim dzieckiem. W tym wypadku także i z przyjacielem ich córki, bo nadal byli pewni, że jesteśmy właśnie na takim etapie znajomości.
- Nie moja wina, że masz takiego pecha, Myszko – powiedział mężczyzna, wycierając palcem kącik oka.
- Musiałeś się tak obstawić domkami z każdej strony?! – warknęła Sammy.
- Płacz i płać – rzucił z satysfakcją Ray, kiedy dziewczyna złapała za pieniądze, by zapłacić za postój na jego polu. – Coś czuję, że wygram.
- Nie mów hop – upomniała go jego żona, która była już na granicy bankructwa. – Luke może cię przegoni.
- Jak będzie miał szczęście.
- Zobaczymy – odpowiedziałem, łapiąc za dwie białe kostki.

~***~
             Jarmark był niesamowity. W samym sercu miasta poustawiano drewniane ozdobne budki, w których można było zakupić świąteczne ozdoby, ręcznie robione wyroby, ciepłe napoje, jedzenie czy przekąski. Całość lśniła w kolorowych lampkach. Dodano też armatki śnieżne, które wypuszczały z siebie drobny śnieg, który opadał ludziom na włosy i ubrania, a także świąteczną muzykę. Po boku ustawiono niewielkie sztuczne lodowisko. Klimat był naprawdę rewelacyjny, jak z tych wszystkich filmów, które puszczano na Gwiazdkę.
             Nigdy nie byłam dobra w jeżdżeniu na łyżwach, więc kilka razy zaliczyłam mocne upadki na tyłek. Luke w końcu zlitował się nade mną i w dalszej części zabawy, trzymał mnie mocno za rękę. Byłam mu za to wdzięczna, bo przez chwilę naprawdę bałam się o swoje przednie zęby. Zęby, które lubię i które są mi potrzebne. A miałam już wizję tego, jak je w końcu gubię. Mimo wszystko, gdy po godzinie zeszliśmy z lodowiska, odczułam przyjemną ulgę, że ta katorga w końcu dobiegła końca.
- Nie było tak źle – skomentował roześmiany Luke, kiedy ruszyliśmy w stronę drewnianej budki, z której unosił się przyjemny zapach ciepłej czekolady.
- Chyba dla ciebie – mruknęłam, co rozbawiło go jeszcze bardziej.
- Przewróciłaś się, tylko dwa razy.
- Nie dwa, a pięć, ale byłeś zajęty śmianiem się, by to zauważyć i zliczyć.
- Jesteś na mnie zła? - zapytał, obejmując mnie ramieniem.
- O dziwo nie, choć przez chwilę myślałam, że cię zamorduję. Nigdy więcej nie zaciągniesz mnie na łyżwy.
- Zaciągnę, ale obiecuję, że nigdy cię nie puszczę.
- Pocieszające – rzuciłam z przekąsem. Luke rozejrzał się dookoła, czy nie ma w pobliżu nikogo znajomego, a potem nachylił się, by skraść mi szybkiego całusa. Zaraz po tym odsunął się, podchodząc do wysokiego pulchnego mężczyzny.
- Duża czy mała czekolada? – zapytał, wyciągając portfel. Uśmiechnęłam się do niego. – Jasne, głupie pytanie. – Odwrócił się do sprzedawcy. – Dwie duże czekolady.
- Z bitą śmietaną?
- Tak i posypką czekoladową – dodał Luke.
              Odsunęłam się na bok, by zrobić przejście kobiecie z dwójką dzieci. Stanęli za blondynem, który po chwili odebrał zamówione napoje. Podszedł do mnie, podając gorący kubek, który lekko poparzył mi palce. Przetrzymałam go od góry, łapiąc za małą łyżeczkę. Wyciągnęłam ją i szybko oblizałam, by nie stracić małej dawki bitej śmietany, która się na niej ostała.
- Co? – zapytałam, kiedy Luke się uśmiechnął.
- Stańmy z boku, bo zaraz będziemy to mieli na ubraniach – powiedział, wskazując miejsce na końcu lodowiska, które nie było tak oblegane. – Cholernie dużo tu ludzi.
- Wcale się nie dziwię. Jest super – odparłam, zatrzymując wzrok na porozwieszanych świątecznych ozdobach, które dyndały nad naszymi głowami.
- Masz pseudo śnieg na włosach – pociągnął blondyn, przejeżdżając palcem, po moich ciemnych kosmykach. – Uroczo wyglądasz.
- Chciałabym kiedyś spędzić Święta w miejscu, w którym jest naprawdę pełno śniegu. Gdzie jest zimno, a mróz szczypie cię w policzki.
- Może kiedyś pojedziemy w takie miejsce.
- Ulepisz wtedy ze mną bałwana?
- Oczywiście. Takiego wielkiego. 
            Zatrzymaliśmy się przy lodowisku. Przez chwilę obserwowałam ślizgające się na tafli dzieciaki, które w towarzystwie swoich rodziców czy innych opiekunów, gromko się śmiały. Oderwałam od nich wzrok, czując, że blondyn mi się przygląda.
- Mam coś na twarzy? – zapytałam, biorąc się za wyjadanie bitej śmietany, która powoli zaczynała się rozpuszczać.
- Nie mogę sobie na ciebie od tak popatrzeć? – odparł z uśmiechem. Uwielbiałam sposób, w jaki się uśmiechał. Nic dziwnego, że szybko odpowiedziałam tym samym.
- Sam?
            Momentalnie zamarłam i zesztywniałam na dźwięk znajomego głosu. Moje palce mocniej zacisnęły się na kubku z czekoladą. Zauważyłam, jak błękitne oczy Luke'a odrobinę się powiększyły. Powoli odwróciłam się w stronę chłopaka. Przed nami stał Ashton w towarzystwie jakieś blondynki. Pierwszy raz widziałam ją na oczy. Irwin nie miał stałej drugiej połówki, ale od czasu do czasu wychodził z jakimś dziewczynami, więc domyślałam się, że może to być jego tymczasowa sympatia. Chyba, że mocniej wpadł i w końcu się zakochał.
- Tak myślałem, że to ty – powiedział z uśmiechem. 
             Nerwowo odpowiedziałam tym samym. Nie chciałam niepotrzebnie panikować, ale on nie powinien widzieć mnie razem z Hemmingsem. Wiedziałem, że mógł o tym donieść Calumowi. Czemu to wszystko musi być tak mocno popaprane?
- Cześć, Ash – wydusiłam z siebie, siląc się na spokój i na to, by nie zadrżał mi głos. Spięłam się odrobinę, gdy Irwin spojrzał na blondyna stojącego tuż za mną.
- Cześć, Luke – rzucił, jak gdyby nigdy nic, a ja prawie zachłysnęłam się powietrzem. Ashton zwrócił się do niego po imieniu i to na dodatek w całkiem miły i przyjazny sposób. Dobra… To jakiś żart?
- Ym… Cześć – odpowiedział Luke, który był tak samo zmieszany, jak ja.
- To Alison – przedstawił blondynkę.
- Nowa znajoma? – wypaliłam, aby nie zrobiło się drętwo. – Jestem Samantha.
- Poznaliśmy się kilka dni temu - odpowiedziała Alison z uśmiechem. Luke odwrócił się od nas, starając się unikać wzroku Irwina, który z ciekawością się mu przyglądał.
- Alison wpadnie też na Sylwestra.
- Wtedy może pozbędziemy się ciebie – zaczęłam, patrząc na Irwina – i będziemy mogły sobie na spokojnie porozmawiać. – Blondynka zaśmiała się, a Ashton prychnął pod nosem. Po chwili jednak uśmiechnął się.
- O ile nie sprzedasz jej, czegoś kompromitującego z mojego życiorysu, to nie ma problemu.
- No, wiesz… Jesteśmy przyjaciółmi! Nie wkopałabym cię w taki sposób - odpowiedziałam szybko.
- Dobra, idziemy dalej – zarządził Ashton, a dziewczyna kiwnęła głową. – Do zobaczenia, Sam.
- Trzymajcie się.
- Na razie, Luke – rzucił, a Hemmings drgnął za moimi plecami.
- Na razie – odpowiedział, zerkając na niego niepewnie. Ashton machnął nam na odchodnym, a następnie objął Alison i odszedł w stronę kolejnych długich drewnianych bud.
- Jak bardzo mamy przejebane? – wyszeptał blondyn, nachylając się do mnie. Przełknęłam ślinę. Nie znałam dobrej odpowiedzi na to pytanie. Równie dobrze mogło z tego nie wyjść nic. Z drugiej strony, mogła pojawić się kompletna burza.
- Ja… Nie mam pojęcia.
- Dziwię się, że w ogóle się do mnie odezwał.
- Też jestem tym zaskoczona. 
            Podskoczyłam, gdy poczułam wibrację, która rozeszła się po moim prawym udzie. W tym samym momencie doszedł do mnie krótki dźwięk dzwonka, oznajmujący przyjście wiadomości. Wyciągnęłam telefon z kieszeni i odblokowałam go. Zrobiłam wielkie oczy, wczytując się w sms-a.

Od Ashton:
Wyluzuj, nie zamierzam powiedzieć o tym Calumowi. Bawcie się dobrze.

- Co jest? – zapytał Luke, kiedy stałam, jak idiotka, wgapiając się w jasny ekran.
- Chyba jest spoko.
- Spoko? – Kiwnęłam głową, wciskając mu telefon w dłoń. Błękitne oczy Luke'a zrobiły się duże, niczym spodki. – Byłem pewny, że wygada się Hoodowi.
- Najwyraźniej Ashton przeszedł na jaśniejszą stronę mocy – podsumowałam z ulgą.
- Myślisz, że mi odpuścił?
- Mam taką nadzieję.
- Ciekawe na jak długo?
- Nie bądź takim pesymistą, Lukey – rzuciłam, klapiąc go po ramieniu. Zabrałam mu telefon, który zaraz trafił z powrotem do kieszeni. – Może w końcu coś zaczyna się dziać i to w pozytywną stronę.
- Z całym szacunkiem, ale raczej na to nie liczę. – Przekręciłam tylko oczami, ucinając temat.


***
Mamy ciąg dalszy Świąt i trochę wytchnienia dla Hemmingsa. Pojawił się też na chwilę Ash :) Myślicie,że Irwin faktycznie przechodzi na "jaśniejszą stronę mocy"? 
Rozdział został podzielony na części, by wyszedł długi. Dlatego w numerze dwa będzie dokończenie tego dnia, a także ostatni dzień Świąt i zamykamy temat z choinkami i bałwankami :) 

Dziękuję za wszystkie komentarze, które mocno dają kopa do pisania :)

Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Standardowo przypominam Wam o Asku :) 
Zainteresowanych zapraszam na mój profil na Twitterze (@RoxyDonau)- od niedawna jestem jego użytkownikiem :D. Tam nadal będzie ciągnięty temat ff (myślę, że to dobre miejsce do takich szybkich informacji),a także cząstka zwykłego codziennego życia. Chętnie wpadnę tez do Was, o ile dacie mi znać, że to Wy :) 

Druga część rozdziału klasycznie pojawi się w następną niedzielę :)

Pozdrawiam!

9 komentarzy:

  1. Super rozdział Ash może naprawdę przeszedł na Jasną stronę mocy,miejmy nadzieję ❤❤❤

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podobało :) Może Irwin jako pierwszy się ogarnął :)
      Dzięki za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Ej Roxy stan używalności się przereklamowal roksjiii . Napisz ze się ogarnął jak ogr po 2 dniach na bagnach <3 <3 KATZE

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. HAHAHAHA XD Dobre XD No, niestety jam taki człek, że jeszcze używam "stan używalności" :D

      Usuń
  3. Zauważyłam, że Ash przechodzi na tę jaśniejszą stronę mocy :) i bardzo dobrze, bo traktuje Luka tak jak każdy powinien traktować.
    Tak w ogóle to jutro piszę testy xd życz mi powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, że Ci życzę powodzenia! Mam nadzieję, że pójdą Ci one baaardzo dobrze i bezproblemowo i że zadania nie będą trudne :) Trzymam kciuki!

      Usuń
  4. Jeśli ktoś będzie próbował zepsuć ten ich związek, to ja go chyba uduszę. Oni są razem idealni i tak ma pozostać do końca ♡Ash dzięki wielkie, że chociaż ty zacząłeś się ogarnąć, w tobie nadzieja, bo liczę na to, że inni też się w końcu obudzą. Rozdział cudooowny *-* chce już część drugą! :)
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podobało :) No, Ash chyba się wyrwał z tej niechęci do Hemmo - a może nigdy tak naprawdę tej niechęci u niego nie było? Któż to wie :)
      Dzięki za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń