niedziela, 1 maja 2016

Rozdział 26

We'll safety pin, the pieces of our broken hearts back together. Patching up all the holes until we both feel much better


               Niedługo po Sylwestrze szykowała się kolejna wielka impreza. Mianowicie bal maturalny. Od samego początku w szkole huczało. Nikt nie mógł się go doczekać – szczególnie dziewczyny, które na każdej przerwie omawiały swoje stroje, fryzury i oczywiście partnerów. Chłopaki, zaś kombinowali, jak tu przemycić na salę gimnastyczną alkohol tak, by nie zostać przyłapanym przez nasze szanowne grono pedagogiczne.
               Luke w Newcastle obiecał mi nasz własny bal. Dlatego od dłuższego czasu zastanawiałam się, co takiego kombinuje. Byłam w stu procentach pewna, że nie zjawimy się w szkole. Może myślał o jakimś innym miejscu? Jednak ta moja pewność została kompletnie zachwiana, kiedy dwa dni przed szkolną imprezą, zadzwonił do mnie z samego rana, udzielając mi konkretnych informacji na piątek.
- Pamiętasz o balu maturalnym?
- Jak mogłabym zapomnieć – odpowiedziałam, przyciskając brodą telefon, aby móc wciągnąć na siebie spodnie.
- To posłuchaj mnie uważnie i zapamiętaj to, co powiem.
- Zaczynam się bać. – W odpowiedzi usłyszałam jego cichy śmiech. – Zamieniam się w słuch, Lukey.
- Szkolny bal zaczyna się o siódmej…
- Wiem.
- Sammy – rzucił, a ja zrobiłam minę niewiniątka, choć on nie mógł tego zobaczyć. – Nie przerywaj.
- Zmuś mnie – odparłam, śmiejąc się cicho.
- Z pewnością bym cię zmusił, gdybym był u ciebie – odpowiedział, a ja wyczułam, że musiał się uśmiechać. Uwielbiałam jego uśmiech i mimo to, że widziałam go już wielokrotnie, to teraz żałowałam, że nie mam blondyna przed oczami.- Z chęcią bym pociągnął tę grę z podtekstem seksualnym, ale mój komunikat odnośnie balu ma pierwszeństwo.
- Mów. Obiecuję, że nie będę ci przerywać – rzuciłam, siadając na łóżku.
- Więc bal jest o siódmej. – Pokiwałam głową, mimo, że rozmawialiśmy przez telefon. To było głupie, ale i tak silniejsze ode mnie. – Chcę żebyś na niego poszła i…
- Co?!
- Obiecałaś, że nie będziesz mi przerywać.
- Ale Luke…
- Sammy? Wytrzymaj chociaż chwilę. – Mruknęłam, tylko pod nosem. – Wiem, że chcesz tam być. Temu nie zaprzeczysz. Zawsze chciałaś dotrwać do balu maturalnego. Dlatego pójdziesz na niego i będziesz dobrze się bawić w towarzystwie kuzyna i swojej paczki.
- Myślałam, że pójdziesz na bal ze mną - wymamrotałam, choć miałam być cicho. Słyszałam, jak Hemmings westchnął ciężko pod nosem.- Kontynuuj.
- Jesteś niereformowalna, Sammy Hood. Wracając jednak do tematu. Będziesz tam od siódmej. Jeśli uznasz, że nie bawisz się dobrze, wyjdź z niego punktualnie o dziewiątej. Wtedy spotkamy się na parkingu. Jeśli jednak pomyślisz, że jest w porządku, zostań i baw się dalej. Nie patrz na mnie, ja to zrozumiem. Pasuje?
- Ani trochę.
- Trudno, bo planów już nie zmienię.
- Ale…
- Sammy, naprawdę chcę byś była na szkolnym balu. Jeśli ci się nie spodoba, przemęczysz się te dwie godziny, a potem się spotkamy. Zrób to dla mnie.
- Zrób to dla mnie, to zdanie, którego nie znoszę. Wtedy praktycznie zawsze się łamię.
- Wiem, dlatego wykorzystuje je przeciwko tobie. Muszę kończyć. Pamiętaj o tym, co ci powiedziałem.
                Takim oto sposobem w piątek szykowałam się na szkolny bal maturalny. Na bal, na który miałam iść z Lukiem, który tak podstępnie i diametralnie pozmieniał nam plany. Mieliśmy urządzić sobie swoją własną imprezę, ale blondyn musiał wykombinować dla mnie dodatkowe atrakcje. Nie dość, że ledwo patrzę na niektórych ludzi na korytarzu, to teraz będę musiała podziwiać ich gęby także i na balu. Cudownie. Ale to tylko dwie godziny, nie? Do przeżycia.
                Calum nie krył zadowolenia, kiedy oznajmiłam mu, że jednak pojawię się w szkole. Chciał nawet po mnie przyjechać, ale ja wolałam nie pchać się do wynajętego przez nich samochodu, szczególnie, że w środku roiłoby się od par. No i bliźniaków. Powiedziałam kuzynowi, że ma nie zawracać sobie mną głowy, co nie zbyt mu się podobało, ale w końcu po długich jęczeniach, kiedy to już miałam ochotę zabić go na miejscu, odpuścił i uszanował moją decyzję.
               Ubrana w biało czarną sukienkę, którą zakupiłam razem z Lukiem w Newcastle, stanęłam przed lustrem, aby wykonać ostatnie poprawki w makijażu. Zdążyłam przeciągnąć usta ciemno czerwoną szminką, kiedy do łazienki wparowała mama. Uśmiechnęła się szeroko, od razu stając obok mnie.
- Pamiętam swój bal maturalny - zaświergotała, rozpromieniona. Matula też była podekscytowana moim wyjściem, szczególnie, że wcześniej zarzekałam się, że nigdzie nie idę. – Twój tata miał taki granatowy garnitur. Wyglądał obłędnie.
- Tata do tej pory dobrze prezentuje się w garniaku – skwitowałam ze śmiechem.
- To fakt. Miałam oliwkową sukienkę do ziemi. Boże… To były czasy.
- A teraz praca i dom, praca i dom.
- Nie narzekam. Nigdy nie narzekałam – powiedziała, obejmując mnie. – Mam cudowną córkę, z której jestem cholernie dumna.
- Mamo, bo zaraz się popłaczę. Tapeta mi spłynie i wtedy będę mogła, co najwyżej iść do domu strachów, a nie na bal. – Gabrielle zaśmiała się, całując szybko czubek mojej głowy.
- Wyglądasz cudownie. Spotykasz się z Lukiem na miejscu?
- Tak… tak wyszło – wydusiłam z siebie.
- Fajnie, że idziecie tam razem – ciągnęła dalej. Nic jej nie mówiłam, że Hemmings nie postawi nawet na chwilę nogi na szkolnej sali gimnastycznej. Jednak ona nie musiała znać całej prawdy i tych problemów, z jakimi nasza dwójka się boryka. A w szczególności on.
- Podrzucisz mnie?
- Jestem gotowa – rzuciła, machając kluczkami.

              Wysiadłam z samochodu, żegnając się z mamą. Następnie razem z innymi uczniami skierowałam się w stronę głównego wejścia. Podałam nauczycielce swój bilet, który upoważniał mnie do wstępu na imprezę. Wskazała mi znany korytarz, na końcu, którego mieściła się sala gimnastyczna. Przede mną, ale także i za mną znajdowali się pozostali uczniowie, podobierani w pary. Miałam wrażenie, że ja jako jedyna przyszłam tu solo i czułam się przez to dosyć dziwnie. Chciałam się już znaleźć przy stoliku, przy którym umówiłam się z Calem i resztą chłopaków.
               Kiedy odchyliłam czarną kotarę, która przysłaniała duże pomieszczenie, w którym przeważnie pachniało gumowymi piłkami i potem, doznałam lekkiego szoku. Nasza kadra nauczycielska, a także parlament uczniowski przeszli samych siebie. Sala była cudownie udekorowana. Na ścianach pozawieszano granatowe płachty materiału, na którym znajdowały się srebrne i białe gwiazdki. Zrobiono też coś na kształt podestu, na którym rozłożył się jeden z uczniów, robiąc za DJ-a. Miało też to tworzyć prowizoryczną scenę. Usunięto zbędne długie drewniane ławki, a zamiast nich pojawiły się białe okrągłe stoły i krzesła do kompletu. Po drugiej stronie utworzono parkiet do tańczenia, nad którym wisiała olbrzymia dyskotekowa kula. Cała ta otoczka przypominała mi żywo wyjętą scenę z tych wszystkich filmów młodzieżowych.
- Hej, Sam! Tutaj!
               Odwróciłam się na dźwięk dobrze znanego mi głosu. Calum machał do mnie ręką, siedząc przy stoliku w towarzystwie swoich kumpli i ich partnerek. Obok niego znajdowała się słynna Meggie. Czarnowłosa nie była jeszcze jego dziewczyną, ale wszystko wskazywało na to, że być może niedługo mój kuzyn straci status singla. Czasem potrafiła mnie mocno zirytować, ale prawda była taka, że ledwo ją znałam, bo wiecznie była przyklejona do Hooda. Co innego panna Irwina. Alison poznałam na jarmarku świątecznym, a potem była także razem z nami na Sylwestrze. Gadało nam się naprawdę bardzo dobrze. Dziewczyna była normalna i nie przypominała koleżanek chłopaków ze szkoły. Ally i Sadie mogłyby jej czyścić buty.
- Super, że przyszłaś – powiedziała Alison, kiedy zajęłam miejsce między nią, a Calumem.
- Zobaczymy, co z tego będzie – odpowiedziałam, rozglądając się po zgromadzonych. Na szczęście przy naszym stole był już komplet i nie musiałam siedzieć w towarzystwie bliźniaków i reszty pustaków z ich paczki. To znaczy koleżanek z paczki.
- A gdzie masz swojego partnera? – zapytała Meggie.
- Został w domu - odpowiedziałam, łapiąc za szklankę z napojem. – Jest tu alkohol? – zapytałam dla pewności.
- Tu akurat nie – powiedział ze śmiechem Ashton.
- To dobrze, będzie moje.
- Nie pijesz z nami? – pociągnęła Meggie, zerkając na mnie.
- Nie, lekarz mi zabronił – wyrzuciłam z siebie. Wszystkie oczy od razu skoncentrowały się na mojej skromnej osobie. Nieraz tak mam, że coś palnę, zanim nad tym dokładnie pomyślę i to była idealna tego typu sytuacja. – Żartowałam. – Spojrzałam na Caluma, który bacznie mnie obserwował, doszukując się we mnie tego, czy czasem nie naginam prawdy. – Serio, żartowałam. Nic się nie dzieje. Po prostu dzisiaj nie mam ochoty na picie.
- W porządku. Tobie nie polewamy - skwitował Michael, a ja uśmiechnęłam się do niego.
- Przestań, Cal – rzuciłam szeptem, kiedy mój kuzyn nadal świdrował mnie wzrokiem. - To był, tylko mało śmieszny żart. Wyluzuj i obiecaj mi coś.
- Co takiego?
- Zatańczysz ze mną? – zapytałam, robiąc przy tym maślane oczy. Chłopak zaśmiał się, kiwając szybko głową.
- Z tobą zawsze.

~***~
              Wyszedłem spod prysznica. Złapałem za telefon, który leżał na klapie od kosza na pranie. Miałem jeszcze trochę czasu do wyjścia. Było wpół do ósmej. Odłożyłem komórkę z powrotem na bok. Wytarłem się ręcznikiem, zastanawiając się, na co dziś postawi Samantha. Od samego początku wiedziałem, że dziewczyna chce mieć za sobą bal maturalny. By nabyć wspomnienia, które od zawsze chciała mieć. Kiedyś przyznała się, że w czasie choroby, bała się tego, że może tego nie dożyć. Dlatego tak uparcie wyganiałem ją do szkoły. By dostała to, czego pragnęła.
               Gdzieś w środku jednak liczyłem na to, że spotka się ze mną o dziewiątej. Nie miałem zamiaru modlić się o to, by źle się bawiła. Było wręcz odwrotnie. Chciałem, by zapamiętała to, jak najlepiej. Z drugiej jednak strony, było to równoznaczne z tym, że może zabraknąć jej na parkingu. Moje pragnienia i odczucia były w tym momencie kompletnym paradoksem. Jednak nie zamierzałem z nimi walczyć.
               Wsunąłem na siebie czarne bokserki. Podskoczyłem w miejscu, słysząc odgłos otwieranych drzwi. Ktoś wszedł do mojego pokoju. Po krokach od razu rozpoznałem intruza. Po chwili Adam pojawił się na progu, świdrując mnie wściekłym spojrzeniem. Przełknąłem ślinę, powoli odwracając się w jego stronę. Paraliżujący strach ponownie owładną całe moje ciało. Działo się tak za każdym razem, gdy widziałem go w takim stanie.
- Wybierasz się gdzieś?
- Na szkolny bal – skłamałem, lekko zagryzając ze zdenerwowania wargę.
- I tylko dlatego nie przyłożyłeś się do swoich pieprzonych obowiązków? – warknął, machając przedmiotem w swojej ręce. Dopiero teraz dostrzegłem w niej talerz. Talerz po moim późnym obiedzie.
- Ja…
- Jest brudny! Jak nie potrafisz myć cholernych talerzy w tradycyjny sposób, to chociaż wrzuć je do zmywarki, by maszyna zrobiła to za ciebie! Nikt nie chce wyciągać z szafy pieprzonych brudnych naczyń, do których poprzyklejane są resztki żarcia, które jadłeś, gnojku!
                 Mój ojciec potrafił wybuchnąć nawet o najmniejszą głupotę. Nie zdziwiło mnie to, że brudny talerz urósł do rangi wielkiego ogromnego problemu. Zrobiłem krok do tyłu, kiedy cicho warknął pod nosem, wypuszczając z ust wiązankę przekleństw. Był wkurzony. O jeden pieprzony talerz.
- Następnym razem weź się porządnie do roboty, smarkaczu!
- Jasne. Przepraszam.
                Byłem pewny, że odejdzie. Że powie coś jeszcze i się wycofa. Jednak dość szybko przekonałem się, że było to dość naiwne z mojej strony. Adam nie byłby sobą, gdyby mocniej i bardziej nie zaakcentował swojej wściekłości. Zanim zdążyłem się zorientować i odpowiednio uchronić, rzucił we mnie talerzem, który jeszcze przed chwilą tkwił w jego dużej dłoni. Zrobił to z taką siłą, że naczynie roztrzaskało się na moich żebrach, rozcinając przy okazji skórę. Syknąłem z bólu, starając się nie zwinąć w kłębek, choć i tak pochyliłem się, by złapać pion i się nie przewrócić.
- Pieprzony gnojek – odparł na odchodnym, a potem wyszedł z łazienki i pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi.
               Krzywiąc się, podszedłem do umywalki, starając się jednocześnie ominąć bosymi stopami leżące na ziemi szczątki talerza. Wyprostowałem się, oceniając to, co mi zrobił. Miejsce, w które trafił było zaczerwienione, a rozcięcie nieprzyjemnie bolało i szczypało. Mogłem się założyć, że dodał mi kolejnego siniaka do kompletu. Obejrzałem dokładnie to miejsce, by mieć pewność, że nie zostało tam nic z odłamków. Na szczęście rana była czysta. Tyle, że koszmarnie krwawiła. Niewielkie rozcięcie, a ja traciłem posokę, jakby co najmniej ojczulek podciął mi główną żyłę.
                Zacisnąłem usta. Drżącymi rękami wysunąłem szufladę, w której znajdowała się moja prowizoryczna apteczka. Miałem tam wszystkie rzeczy, które przydatne były przy starciach z ojcem. Zabrałem się za przemycie rany i stworzenie opatrunku, w myślach klnąc i wyzywając Adama od najgorszych. Chciałbym w końcu nabrać tyle odwagi i wykrzyczeć mu to w twarz. Z drugiej strony wtedy pewnie mocno bym pożałował swoich słów. Ojciec raczej nie czekałby długo, by mnie za nie ukarać. W tym momencie tak cholernie żałowałem tego, że urodziłem się w tej rodzinie. Że muszę znosić to, co robi. Wielokrotnie zastanawiałem się, co takiego zrobiłem, że w ogóle zaczął taki być. A może… Może mój ojciec po prostu taki był od samego początku. Frustracja i złość narosła we mnie do takiej skali, że odruchowo i nieświadomie, wbiłem paznokcie w bok, chcąc poczuć więcej bólu. Dopiero po chwili dotarło do mnie to, co robię.
               Ręce trzęsły się jeszcze bardziej, kiedy kończyłem oklejać opatrunek plastrami. Opłukałem dłonie pod kranem, a następnie złapałem za telefon. Usiadłem na desce od toalety, otwierając galerię. Jedyne, co skutecznie potrafiło mnie uspokoić to Sam. Wiedziałem jednak, że jest na balu i naprawdę nie chciałem jej przeszkadzać. Dlatego skupiłem wzrok na jej zdjęciach, łapiąc się tej deski ratunku, która uchroniła mnie przed kompletną rozsypką. Po chwili byłem znów gotowy do działania. Do posprzątania łazienki i powrotu do szykowania się.

~***~
              Cały bal w sumie nie zapowiadał się najgorzej. Postanowiłam trzymać się chłopaków, jednocześnie omijając szerokim łukiem pozostałą część elity. Nie miałam ochoty na kolejne starcie z Ally czy bliźniakami. Dyrektor otworzył imprezę, wygłaszając swoją dość przydługą mowę, przy której niemalże wszyscy zaczęli się nudzić. Potem wjechał olbrzymi tort, którego każdy chciał spróbować. Dopiero po tym wszystkim, oficjalnie rozpoczęto bal, a na parkiecie pojawiły się pierwsze tańczące pary.
               Rozejrzałam się, zatrzymując dłużej wzrok na przyjaciołach i ich wybrankach na ten wieczór. Uśmiechnęłam się lekko pod nosem, gdy Alison mrugnęła do mnie, a potem wyciągnęła Ashtona na parkiet. Nie ukrywam, ale chłopaki naprawdę rewelacyjnie prezentowali się w garniturach. Nawet Michael i jego kolorowe włosy. Jednak mimo to, że byłam ze swoimi, czułam, że brakuje mi tu jednej bardzo ważnej osoby. Jego.
               Spojrzałam na zegarek. Było wpół do dziewiątej. Miałam, więc trzydzieści minut na podjęcie decyzji, co zrobić dalej. Zostać czy iść? Z jednej strony cały ten bal nie był najgorszy, a musiałam przyznać to przed samą sobą, że od zawsze chciałam taką imprezę zaliczyć. Co prawda w moich wyobrażeniach, spędzałabym ten czas ze swoim partnerem, szalejąc na parkiecie i wygłupiając się z resztą znajomych. Akurat to nie miało odzwierciedlenia w rzeczywistości, w której tkwiłam sama, jak palec, pośród gromady par. Na szczęście nie byłam jedyną osobą, która przyszła tu samotnie. Z drugiej, zaś strony, cholernie pragnęłam spotkać się z blondynem. Iść czy zostać?
                 Wstałam od stołu, chcąc się na chwilę wyrwać z tego zgiełku, jaki panował na wystrojonej sali gimnastycznej. Dałam znać Calumowi, że idę do łazienki, choć tak naprawdę zamierzałam postać na korytarzu i wszystko dokładnie przemyśleć. Wahałam się, co zrobić dalej. Czy nie powinnam znać odpowiedzi od razu?
                 Odeszłam kawałek dalej od sali, aby pobyć samej. Oparłam się o chłodną ścianę, oplatając się rękami w pasie. Zagryzłam lekko wargę i przymknęłam oczy. Już chciałam zacząć rozważać moją ostateczną decyzją, kiedy usłyszałam niedaleko roześmiane głosy. Głosy, które bardzo dobrze znałam, a które w równym stopniu nie cierpiałam. Spojrzałam w tamtym kierunku i to najwidoczniej był mój błąd. Ally od razu mnie zauważyła, zatrzymując w drodze Bradley’a. Jego brat i Sadie również przystanęli. Zmierzyli mnie wzrokiem od góry do dołu. Zanim ogarnęłam całą tę sytuację, ruszyli w moją stronę, a ja niemalże jęknęłam pod nosem. Serio? Serio?!
- Co znowu? – rzuciłam, unosząc brwi do góry.
- Przyszłaś sama, Hood? – zapytała z kpiącym uśmieszkiem, Ally. – Nikt nie chciał iść z tobą na bal? To takie smutne.
- Akurat ty się tym najbardziej przejmujesz – odpowiedziałam, wzruszając ramionami. – Czego do cholery chcecie? – Wiem, powinnam nie zaczynać, ale oni wywołują u mnie przypływ agresji.
- Gdzie masz swojego chłoptasia geja?
- Luke nie jest gejem – warknęłam, świdrując ją wzrokiem.
- Bronisz go? Hommo-Lu ma własnego damskiego ochroniarza – odparł ze śmiechem, Dylan. – To takie urocze. Trzymacie się za rączki?
- Nie twój interes, Woods.
- A co na to Calum?
- Nic ci kurwa do tego – wysyczałam, zaciskając dłonie w pięści.
- Podniecają cię świry? – zapytał Bradley, przejeżdżając palcami po moim ramieniu. Ally wybuchnęła śmiechem, który odbił się echem od ścian. – Lubisz takie ciężkie przypadki?
- Co jest z wami do cholery? – rzuciłam, odpychając go od siebie. – Jedyne świry, jakie spotykam w tej szkole, to wy.
- Twa obelga zraniła me serce – zakpił Dylan, teatralnie przyciskając dłoń do czoła. – Chyba się popłaczę.
- A Hommo-Lu często płacze, Sam? Jak dużo razy wycierałaś mu ten zasmarkany zadarty nos?
- Pieprz się! – warknęłam, pukając chłopaka w klatkę piersiową. 
               Chciał złapać mnie za rękę, ale w ostateczności się powstrzymał, kiedy na korytarzu rozległ się kolejny znany nam głos. Tym razem to mój kuzyn pojawił się na horyzoncie. W tym momencie nie wiedziałam, czy to dobrze czy źle. Sytuacja i tak wyglądała nieciekawie.
- Co robicie?
- Rozmawiamy tylko – rzucił niewinnie, Bradley.
- Ta… Rozmawiamy – poparłam go, z niezadowoloną miną. Ostatnią rzeczą, jaką chciałam to wciągać w to wszystko Caluma. Brązowe oczy Mulata dokładnie nas obserwowały, a ja czułam, że nie dał tak łatwo się na to nabrać.
- Będę wdzięczny, jak się rozejdziecie – powiedział powoli.
- Pewnie, stary. Ale i tak nic się nie działo, słowo – odparł Dylan, a następnie klepnął brata w ramię. – Chcieliśmy się tylko dowiedzieć, na jak zaawansowanym stopniu jest relacja Hemmingsa i Sam. Z tego, co widzę jest to dość poważna sprawa. Wracamy na imprezę – pociągnął, a potem złapał Sadie. – Zatańcz ze mną, mała.
- Pieprz się, kretynie. Nie umiesz tańczyć – skwitowała na odchodnym, a potem cała ich czwórka wybuchła śmiechem. Ally rzuciła mi jeszcze rozbawione i triumfalne spojrzenie, które przesiąknięte było złośliwością. Zostawili mnie z Calumem, który zmrużył na mnie oczy.
- Co? – wydusiłam, czując, jak od tego wszystkiego drży mi głos.
- Jak bardzo jest zaawansowana wasza relacja?
- Chyba nie wierzysz w to, co mówią te głupki – powiedziałam, machając ręką w stronę korytarza, za którym zniknęła pozostała część jego paczki. Jego, nie moja. Nigdy nie byłam jedną z nich.
- Odpowiedz mi na pytanie, Sammy – poprosił Hood.
- Lubimy się i od czasu do czasu się widujemy, zadowolony? Nic się nie zmieniło. Oni czepiają się o byle gówno, robiąc z tego niesamowicie wielką aferę!
- Dlaczego podnosisz głos?
- Bo mam tego wszystkiego po prostu dość! To nie moja sprawa, co zaszło między wami a Hemmingsem! Nie mam powodu, by się na niego wściekać czy boczyć, bo mnie to nie dotyczy! To tylko i wyłącznie…
- Nie chcę byś się z nim widywała – przerwał mi, a ja zrobiłam wielkie oczy.
- Ty chyba żartujesz.
- Hemmings, to kłopoty. Nikt go nie lubi, a ludzie zaczynają o tobie gadać.
- Obchodzi cię tylko własna reputacja, którą jak mniemam brutalnie niszczę – odparłam z niedowierzaniem. – Myślałam, że jesteś inny, Cal. Że… że nie jesteś taki, jak oni.
- Ludzie się zmieniają…
- Nie, Cal – rzuciłam ze smutkiem.- Ty zawsze taki byłeś, tylko grałeś przede mną dobrego kuzyna.
- Sammy, proszę cię, nie rozmawiajmy ze sobą w taki sposób.
- Sam mnie do tego zmuszasz, Cal – jęknęłam, czując, jak zaczynają trząść mi się dłonie.
- Było by prościej, gdyby Hemmings nigdy się do ciebie nie przyczepił. Gdyby mnie posłuchał...
- Rozmawiałeś z nim?
- Nie ważne – rzucił, kręcąc głową. Jego wzrok spoczął na sąsiedniej ścianie, a ja odniosłam wrażenie, że Hood za wszelką cenę nie chce spojrzeć mi w oczy. Po tym wiedziałam, że słowo rozmowa raczej nie była odzwierciedleniem tego, co tak naprawdę się stało między nimi.
- Co mu zrobiłeś? – Cisza. – Coś mu zrobiłeś – dodałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu.
- Nie ważne – powtórzył, ale w końcu na mnie spojrzał. – Sammy, błagam cię…
- Nie, Cal – rzuciłam, odtrącając rękę, którą do mnie wyciągnął. Chłopak zdębiał. Chyba nie spodziewał się właśnie tego. – Ufałam ci. Byłam pewna, że kto, jak kto, ale ty nie jesteś katem.
- Sammy…
- Myliłam się…
- Sammy…
- Daj mi spokój! W tym momencie nie mam nawet ochoty na ciebie patrzeć! – warknęłam i odwróciłam się. Ignorując jego nawoływania ruszyłam w stronę głównego wyjścia. Jakby nie patrzeć, Cal pomógł mi podjąć decyzję, co robić dalej. Za żadne skarby świata nie chciałam wracać na salę gimnastyczną i bawić się w ich towarzystwie.
              Wypadłam na zewnątrz, modląc się w duchu o to, by Mulat nie poszedł za mną. Jednak nie usłyszałam żadnych kroków. Lekki wiatr zawiał mi prosto w oczy, powodując, że w końcu wypuściłam z nich kilka łez. Otarłam je szybko dłonią, sięgając do małej torebki. Chwyciłam za telefon, spoglądając na wyświetlacz. Przeklęłam pod nosem, widząc, że było dziesięć po dziewiątej. Jak do cholery ten czas mógł tak szybko minąć?
              Buzowały we mnie emocje, po spotkaniu z Calumem i pozostałą częścią elity. W tym momencie nienawidziłam tamtej czwórki jeszcze bardziej, choć pomogli otworzyć mi oczy na to, kim tak naprawdę jest Hood. Wiedziałam, że nie trawił Luke'a, ale czy musiał się posuwać do czegoś takiego? Właśnie… Do czego się posunął? Na to nadal nie uzyskałam odpowiedzi, więc tym bardziej chciałam spotkać się z blondynem, by to z niego wycisnąć.
               Rozejrzałam się po parkingu z nadzieją w oczach, ale nigdzie nie dostrzegłam znajomej twarzy, ani samochodu, którym mógł przyjechać. Spóźniłam się. Miałam być punktualnie, a ja zawaliłam to po całości, dając się wciągnąć w głupią wymianę zdań, która doprowadziła do rozłamu między mną a Calumem. Czy ten dzień może być jeszcze bardziej schrzaniony?
                Otarłam kąciki oczu, w których ponownie zgromadziły się łzy. Czułam się na totalnie przegranej pozycji, a poczucie winy wypełniało mnie od środka. Wszystko, co się działo, było moją winą. Gdybym nie zaangażowała się tak w tą znajomość, gdybym była bardziej ostrożna, może do niczego złego by nie doszło.
- Wiedziałem, że nie należysz do najpunktualniejszych osób, dlatego wziąłem na ciebie poprawkę.
               Raptownie podniosłam głowę do góry, odwracając się w stronę chłopaka. Moje serce od razu przyspieszyło. Luke stał przede mną, ubrany w czarny garnitur, krawat i białą koszulę. Prezentował się znakomicie. Wymusiłam uśmiech, szybko podchodząc do niego. Niewiele myśląc wtuliłam się w blondyna, ze wszystkich sił starając się nie rozpaść. Objął mnie, opierając brodę na mojej głowie.
- Myślałam, że…
- Że pojechałem? – Pokiwałam głową. – Dałem ci trochę czasu w zapasie.
- Jesteś najlepszy.
- Chcę wiedzieć, co się stało.
- Co?
- Nie oszukasz mnie, Sammy. Widzę to.
- Możemy najpierw stąd iść?
- Oczywiście – powiedział ciepłym głosem, uśmiechając się. Pewnie był przekonany o tym, że jego uśmiech nieco złagodzi moje paskudne samopoczucie, ale stało się całkiem inaczej. Jeszcze bardziej uderzyło we mnie poczucie winy, za to, co mógł mu zrobić mój kuzyn.
             Luke poprowadził mnie do samochodu, otwierając drzwi od strony pasażera. Następnie zrzucił z siebie marynarkę, wpychając ją na tylne siedzenie. Spojrzałam na niego, kiedy zajął miejsce obok. Kąciki jego ust znów uniosły się do góry. Przez chwilę między nami zapanowała cisza, która została przerwana przez odgłos silnika. Ruszyliśmy spod terenu szkoły, udając się… Sama nie wiedziałam, gdzie jedziemy, bo teraz Hemmings planował spełnić kolejny punkt swojego planu.
- Zanim zaczniemy nasz własny bal maturalny – zaczął Luke – chcę wiedzieć, co się stało. Jesteś bliska płaczu, a to mi się cholernie nie podoba. – Milczałam dalej. – Sammy? – Nic. – Proszę cię, skarbie.
- Miałam małe starcie z Ally i jej bandą – powiedziałam powoli. Zerknęłam na niego. Błękitne oczy skupione były na drodze. Jego palce mocniej zacisnęły się na kierownicy. Pokiwał tylko głową. – I tak jakby pokłóciłam się z Calumem.
- O co?
- Tego właśnie chciałabym się dowiedzieć. – Luke spojrzał na mnie, unosząc lekko brwi do góry.
- Nic nie rozumiem.
- Co ci zrobił mój kuzyn?
- Co?
- Daj spokój, Luke. Wygadał się w połowie, a potem zamilkł i nic więcej mi nie powiedział. Wiem jednak, że w waszym przypadku nie była to milusia rozmowa, więc chociaż ty bądź ze mną szczery. Co ci zrobił?
- W sumie może dorwał się do mnie dwa razy. Za drugim nic się nie stało.
- A za pierwszym? – odparłam drżącym głosem. Cholernie bałam się usłyszeć odpowiedź, a z drugiej strony naprawdę chciałam ją poznać. – Luke, co się stało za pierwszym razem?
- Powydzierał się, trochę mną szarpnął…
- I?
- I tak jakby zostawił na pastwę bliźniaków, którzy dołożyli coś od siebie.
- Pobili cię? – jęknęłam, a on lekko skinął głową. – Kiedy?
- Pamiętasz ten moment, gdy chciałem zakończyć naszą znajomość?
- To było wtedy? Podjąłeś taką decyzję przez nich?
- Nie chciałem, by którekolwiek z nas miało problemy. Ale i tak nie wytrzymałem długo i te problemy i tak nas dosięgły.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś? – zapytałam cicho, kolejny raz walcząc ze łzami.
- Nie chciałem psuć tego, co jest między tobą a twoim kuzynem.
- Powinieneś mi powiedzieć – rzuciłam, odwracając się od niego, by ukradkiem wytrzeć palcami kąciki oczu.
- Proszę cię Sammy, nie płacz.
- Mam wrażenie, że to wszystko jest jakimś chorym pieprzonym żartem.
- Zapomnijmy o złych rzeczach, okej? - pociągnął Luke, łapiąc mnie za rękę. – Skupmy się na naszym wspólnym balu.
               Zerknęłam na niego. Zauważyłam, jak lekko się skrzywił, gdy wysunął się jeszcze bliżej mnie. Wystarczył ten moment, bym go rozszyfrowała i zrozumiała, że u niego też nie było w porządku. Odwróciłam się ponownie, by móc dokładnie zmierzyć go wzrokiem. Wtedy też to zobaczyłam. Przełknęłam ślinę.
- Możemy zapomnieć – odparłam, kiedy Luke zatrzymał się na parkingu. Odpiął pas i spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem. – Ale najpierw ty mi powiedz, co się stało.
- Co?
- Widzę, że coś się stało – pociągnęłam, a on mocniej zagryzł dolną wargę. – Mów.
- Nic się nie stało.
- Ja ci powiedziałam, czemu więc ty nie chcesz mi powiedzieć?
- Sammy…
- Zresztą, nie uwierzę w żadne twoje zaprzeczenie, bo mam doskonały dowód na to, że jednak coś się stało. Powiedz mi. – Luke się zmieszał. Zerknął na swoje kolana, a potem znów spojrzał na mnie. – Więc?
- Wszystko jest w porządku.
- To skąd ta krew na twojej koszuli? – odparłam, wskazując zabarwiony na czerwono materiał. – Nie rozumiem, dlaczego kłamiesz.
- Kurwa – syknął pod nosem, odklejając ją od ciała. – Nie chciałem…
- Co? Bym się martwiła? – Pokiwał głową. – Mieliśmy nie mieć przed sobą tajemnic. Co ci zrobił?
- Przepraszam – powiedział cicho.
- Co ci zrobił?- Ponowiłam pytanie. Luke ciężko westchnął.
- Wkurzył się o źle umyty talerz. Rzucił mnie nim i… Teraz mam pamiątkę.
- Okej – mruknęłam, czując, jak znów zaczynam cała się trząść. Cholernie potrzebowałam teraz chwili na pozbieranie się po tym wszystkim. Nie czekając na niego, wysiadłam z samochodu. Odeszłam kawałek dalej, obejmując się ciasno ramionami.
- Sammy.
- Daj mi chwilę – poprosiłam, nawet się nie odwracając. 
                Zamknęłam oczy, w których po raz kolejny zaczęły gromadzić się łzy. Nie chciałam pękać. Nie przy nim i nie przez to wszystko, co stało się dzisiaj. Chciałam być tak silna, jak zawsze. Silna, mimo tego, że wszystko wymyka się spod kontroli. Brałam raz za razem głębokie oddechy, by się uspokoić. By znaleźć punkt zaczepienia.
               W końcu zebrałam się w sobie na tyle, że mogłam ponownie spojrzeć na blondyna. Luke obserwował mnie z niepokojem, a jego wyraz twarzy wcale mi się nie podobał. Wyglądał, jakby miał się rozpaść razem ze mną. A na to nie mogłam pod żadnym pozorem pozwolić.
- Zapomnijmy o złych rzeczach, Lukey – powiedziałam, a on kiwnął głową, choć w dalszym ciągu uważnie mnie obserwował. – To nasz wieczór.
- Tylko nasz – dodał z lekkim uśmiechem.
- Zanim jednak przejdziemy do niemyślenia o tym, trzeb zająć się tym – dodałam, wskazując na czerwoną plamę.
- To nic takiego.
- Nic takiego, tak nie wygląda. Chodź. – Złapałam go za rękę i pociągnęłam w stronę bagażnika. – Masz tu apteczkę? – Pokiwał głową. – Wyciągaj.
              Chłopak otworzył bagażnik. Zauważyłam nasze dwa koce, które zawsze ze sobą woził, a z których często korzystaliśmy na polanie. Pod nimi znajdowała się niewielka czerwona apteczka samochodowa. Luke bez słowa podał mi pudełko. Otworzyłam ją, sprawdzając zawartość.
- Rozepnij koszulę.
              Zamknął bagażnik, opierając się o niego. Następnie powoli od dołu rozpiął biały materiał, który skrywał pod spodem liczne pamiątki z jego życia. Podciągnął koszulę do góry. Jego opatrunek, który sam musiał sobie założyć, przesiąkł. U góry zaś tworzył się kolejny siniak do kolekcji. Zacisnęłam zęby, przeklinając w myślach jego ojca kata.
- Zakryję to. - Spojrzałam na niego z zaskoczeniem i niedowierzaniem. Luke, bowiem powiedział to takim tonem, jakby to była tylko i wyłącznie jego wina.
- To nie przez ciebie.
- Ja…
- To nie twoja wina. – Spuścił głowę, unikając mojego wzroku. Dotknęłam jego policzka, delikatnie gładząc go palcami.- Powiedz to.
- To nie moja wina.
- Właśnie. Zmienimy opatrunek i będzie po sprawie - dodałam, choć nie wiedziałam, czy bardziej chcę przekonać jego czy siebie samą.
              Powoli odkleiłam plastry. Odciągnęłam gazę od rany. Nie krwawiła mocno. W sumie było to ledwo zauważalne. Najwidoczniej plama na koszuli zrobiła się wcześniej. Zabrałam się za robotę, będąc w dalszym ciągu pod czujnym wzrokiem blondyna. Kiedy skończyłam, schowałam wszystko z powrotem do apteczki.
- Gotowe.
- Dziękuję. – Uśmiechnęłam się do niego, splatając swoją dłoń z jego dłonią. Luke nachylił się, łącząc nas w spokojnym pocałunku, od którego zrobiło mi się milej i cieplej. Zdecydowanie ten mały gest odrobinę poprawił mi humor. – Czy teraz możemy przejść do naszego balu?
- Możemy – powiedziałam, a on uśmiechnął się do mnie.
              Wepchnął apteczkę do bagażnika, a następnie podszedł do tylnych drzwi samochodu. Otworzył je. Wyciągnął z nich kamizelkę, którą od razu na siebie nałożył, zakrywając jednocześnie czerwoną plamę, która znajdowała się na koszuli. Następnie narzucił na siebie marynarkę. Zanurkował do wnętrza auta po raz kolejny, wyciągając z niego plastikowe pudełko.
- Co to?
- Bal maturalny to też kwiaty, prawda?
- Nie żartuj – odparłam ze śmiechem, kiedy Luke otworzył pudełko. Wyciągnął z niego kotylion, złożony z białych róż i dodatków zieleni. Uśmiechnął się, łapiąc mnie ponownie za rękę. Zawiązał bukiecik na moim nadgarstku.
- Twoja kolej – powiedział, podając mi butonierkę do kompletu. Podeszłam do niego bliżej, zaczepiając ją na jego marynarce. – Idealnie. Pierwsza oficjalna część za nami.
- Co teraz?
- Kolacja. Pasuje?
- Jak najbardziej. 
               Luke objął mnie, a ja wykorzystałam ten moment i cmoknęłam go szybko w nos. Zaśmiał się, wciskając się w moje ciało mocniej. Następnie poprowadził mnie w stronę drewnianych dużych drzwi, za którymi skrywała się elegancka restauracja.

               Po pysznej kolacji, Luke zabrał mnie na plażę. Jednak naszym celem nie był spacer pod gwiazdami, a kolejny lokal, w którym to rozpoczęliśmy tańce. Co prawda byliśmy najbardziej odstawionymi ludźmi, bo reszta poubierana była dość swobodnie, jednak nikt się na nas dziwnie nie patrzył. Wyglądaliśmy bowiem, jakbyśmy naprawdę uciekli z nudnego balu maturalnego, stawiając na nieco inną wersję tej imprezy. Zupełnie mi to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Bawiłam się naprawdę świetnie. To nasze wyjście do tego niewielkiego klubu, mieszczącego się na plaży, przypomniał mi o wypadzie do podobnego miejsca w Newcastle. Tyle, że tam bawiliśmy się wśród osób znacznie starszych, gdzie przedział wiekowy był dość sporo oddalony od naszego. Tu jednak otaczały nas osoby między dwudziestym, a trzydziestym rokiem życia. Mimo wszystko i tak zalała mnie ciepła fala wspomnień, która jeszcze bardziej wepchnęła mnie w ramiona lepszego humoru.
               Było po drugiej w nocy, kiedy nogi zaczęły mnie cholernie boleć. Moje buty na obcasie nie wydawały się być już tak wygodne, jak wcześniej. Dlatego zarządziłam powrót do domu, a Luke bez sprzeciwu się na to zgodził. Nie zmierzałam jednak tak szybko się z nim żegnać. Kiedy zaparkował samochód niedaleko mojego domu - nie chcieliśmy, by rodzice nabrali podejrzeń – zaciągnęłam go do środka. Z głupimi uśmieszkami na ustach, wspięliśmy się cicho na górę. Moi rodzice raczej nie należeli do osób, które co chwilę sprawdzają pokój swojego dziecka, gdy to wyszło na imprezę. Zazwyczaj spali twardo i nieprzerywanie przez całą noc.
               Weszliśmy do mojego pokoju. Odłożyłam na bok buty i to samo zrobił Luke. Podeszłam do szafy, wyciągając z niej czarną koszulkę, którą przez przypadek zabrałam ze sobą z Newcastle. Ubranie to należało do Luke'a, więc teraz miał coś czystego na zmianę. Sama złapałam za piżamę, a potem ponownie przemieściliśmy się do kolejnego pomieszczenia, starając się nie hałasować.
               Światło w łazience nieco mnie oślepiło. Zamrugałam kilka razy, aby znów zyskać dobre pole widzenia. Luke zaśmiał się, widząc, jak się krzywię. Podszedł do mnie, całując w skroń. Uśmiechnęłam się, by po chwili odwrócić się do niego plecami. Blondyn od razu rozpiął mi zamek od sukienki. Kiedy ta garderoba zsunęła się ze mnie, zobaczyłam, jak zagryzł wargę, dokładnie lustrując wzrokiem każdy kawałek mojego ciała.
- Co? – wyszeptałam, odwracając się do niego.
- Lubię ten widok. – Przekręciłam oczami, co go dodatkowo rozbawiło.
- Zaliczamy szybki prysznic?
- Wspólnie? Twoi rodzice są w domu.
- Dlatego stawiam duży akcent na słowo wspólnie. Będą myśleli, że tylko ja tu jestem.
- Mi pasuje.
- W takim razie, zrzucaj z siebie ciuszki, Lukey – pociągnęłam cicho, kierując się w stronę kabiny.
               Zanim Hemmings się rozebrał, ja pozbyłam się bielizny i jako pierwsza weszłam pod ciepły strumień wody. Aby żadne z nas nie nabrało ochoty na inną zabawę, umyliśmy się szybko, a następnie wyszliśmy spod prysznica, opatulając się puchowymi ręcznikami. Zmieniłam Lukowi po raz kolejny opatrunek.
               Kiedy chciałam przebrać się w piżamę, usłyszałam ciche pukanie. Blondyn zrobił wielkie oczy, zasłaniając usta dłonią. Chciałam parsknąć śmiechem, ale każde z nas musiało złapać powagę. Chłopak przycisnął się do ściany, a ja niepewnie uchyliłam drzwi, za którymi stała moja mama. Przetrzymałam dłonią ręcznik, udając zmęczoną.
- Już w domu?
- Padam na twarz – odparłam, ziewając.
- Jak było?
- Świetnie.
- Rano mi opowiesz.
- Obowiązkowo.
- Wyśpij się.
- Zamierzam. Dobranoc, mamo.
- Dobranoc, córciu – rzuciła, cmokając mnie w czoło.
               Zamknęłam drzwi, odwracając się w stronę Luke'a, który cicho wypuścił powietrze z ust. Zacisnęłam wargi, walcząc z kolejną falą napływającego śmiechu. Chłopak pokręcił głową i w ciszy zabrał się za ubieranie koszulki i bokserek. Poszłam w jego ślady, zmieniając ręcznik na wygodną piżamę.
- Mało brakowało – wyszeptał.
- Mało.
- Jak teraz przejdziemy do twojego pokoju?
- Zbadam teren – powiedziałam, a on zaśmiał się cicho.
                Zagarnął swoje ubrania, a ja otworzyłam drzwi. Wychyliłam się na korytarz, który okazał się być pusty. Zaczęłam nasłuchiwać, w obawie, że mama lub, nie daj Boże, tata kręci się po kuchni, ale i z dołu nie dochodziły do mnie żadne hałasy, które świadczyłyby o tym, że ktoś z domowników może nie spać. Machnęłam ręką na Luke'a, a następnie oboje w dość szybkim tempie przeszliśmy do mojego pokoju. Zamknęłam za nami drzwi, przekręcając zamek na klucz. Tak dla bezpieczeństwa. W razie czego mogę skłamać, że zrobiłam to nieświadomie.
                Luke odłożył swoje rzeczy na krzesło. Zdążył się odwrócić, a ja podeszłam do niego, wpijając się w jego ciepłe wargi. Od razu przyjemnie zaszumiało mi w głowie. Poczułam gęsią skórkę, kiedy jego dłonie zjechały wzdłuż moich pleców. Mimo tego, że zrobił to przez materiał, to i tak było to cholernie pociągające i miłe.
- Do łóżka – powiedziałam, a on zaśmiał się.
- Z tobą zawsze.
                Obje cicho weszliśmy na materac, przykrywając się kołdrą niemalże po samą brodę. Padłam na plecy i już chciałam wtulić się w chłopaka, ale Luke najwidoczniej miał inne plany. Zwisł tuż nade mną. Choć w pokoju było ciemno, to i tak dostrzegłam to, że się uśmiecha. Przejechałam palcami po jego policzku, kończąc na dolnej wardze. Wypuścił z ust powietrze, które owiało moją twarz. Jeszcze bardziej zmniejszył odległość między nami, łącząc nas w kolejny wolnym pocałunku.
- Jesteś dla mnie wszystkim – wyszeptał, trącając nosem mój nos.
- Kocham cię, Lukey.
- Kocham, gdy mówisz, że mnie kochasz. Ja ciebie też kocham.
- Nie za dużo kocham?
- Nie, zdecydowanie nie za dużo – skwitował, a potem położył się obok. 
               Wystarczyła chwila, bym przyległa do niego, niczym rzep, wciskając się w jego klatkę piersiową. Objął mnie ramionami, w których czułam się najlepiej i najbezpieczniej. To było idealne zakończenie dnia.

               Obudziłam się, ale jeszcze przez chwilę nie otwierałam oczu. Wyciągnęłam rękę, ale miejsce obok było zimne i puste. Rozchyliłam powieki, aby upewnić się, że nikogo tu nie ma. I faktycznie nie było. Luke zniknął razem ze swoimi rzeczami. Usiadłam na łóżku, przeciągając się. Miałam tylko nadzieję, że Hemmings nie spotkał po drodze moich rodziców. Chociaż nie, pewnie wtedy miałabym znacznie szybszą pobudkę, pełną tłumaczeń i wyjaśnień.
                Odwróciłam się, a mój wzrok natrafił na szafkę, stojącą przy łóżku. Na mojej twarzy od razu pojawił się szeroki uśmiech, kiedy dostrzegłam pozostawioną tam jego butonierkę z pojedynczą białą różą. Tuż przy niej znajdowała się mała karteczka. Wychyliłam się i od razu za nią złapałam. Przyjrzałam się pochyłym literom.

Uwielbiam zasypiać i budzić się obok Ciebie.
Miłego dnia, kochanie.
L.

                Zaśmiałam się pod nosem, wstając z łóżka. Złapałam za butonierkę, by przestawić ją na biurko. Położyłam ją ze swoimi kwiatami, które wczoraj Luke zawiązał na moim nadgarstku. Karteczka spoczęła obok nich. Zarzuciłam na siebie puchaty biały szlafrok, jeszcze przez moment wpatrując się w te trzy rzeczy, które zostały po zniknięciu chłopaka.
                Zdążyłam spojrzeć na zegarek, dochodziła dziesiąta, gdy drzwi od mojego pokoju utworzyły się. Odruchowo złapałam za krótką wiadomość, pozostawioną mi przez blondyna i wcisnęłam ją do kieszeni, odwracając się w stronę wchodzącej osoby. Uniosłam brwi do góry, jednocześnie zaciskając usta. W moim pokoju pojawił się Calum.
                 Spojrzał na mnie z miną zbitego psa. Zawsze, gdy tak robił, moja złość na niego słabła. A Mulat o tym doskonale wiedział, więc wykorzystywał to przeciwko mnie. Wziął głęboki oddech, wchodząc jeszcze bardziej w głąb pomieszczenia. Niepewnie usiadł na łóżku, nie odrywając ode mnie brązowy oczu.
- Przepraszam - odezwał się pierwszy, kiedy między nami panowała niezbyt przyjemna cisza. – Nie powinienem był mówić tego wszystkiego. W szczególności na balu. Zepsułem tobie i sobie resztę wieczoru.
- Nie tylko nie powinieneś był mówić, ale też robić pewnych rzeczy – odparłam, krzyżując dłonie na klatce piersiowej.
- Wiem, to… cholernie nie w porządku, ale on działa na mnie, jak płachta na byka. Chcę cię, tylko chronić, Sammy.
- Jestem dużą dziewczynką i dam sobie radę.
- Wiem, ale martwię się.
- Niepotrzebnie.
- Nie chcę się z tobą kłócić. A szczególnie przez niego.
- Więc przestań się cisnąć. My się tylko od czasu do czasu widujemy, jak dwójka zwykły kumpli ze szkoły – skłamałam. Wolałam mu nie mówić prawdy. Jeszcze nie. Może kiedyś będzie ku temu okazja.
- Przepraszam.
- Przyjmuję przeprosiny, Cal, ale zostaw go w spokoju. Nie zmuszaj swoich kumpli do obijania mu twarzy.
- Powiedział ci? – mruknął, z niezadowoleniem.
- Niechętnie się do tego przyznał. Rozczarowałeś mnie. Nie sądziłam, że posuniesz się, do czegoś takiego.
- Wiem i jest mi głupio. Przepraszam.
- Nie mnie powinieneś za to przepraszać.
- Nie przeproszę tego świra –warknął cicho, kręcąc szybko głową.
- Cal!
- No… Mniejsza z nim. Lepiej funkcjonujemy oboje, gdy o nim nie mówimy.
- Niech tak zostanie.
- Obejrzymy nasz serial?
- Nie miałeś się dzisiaj spotkać z Meggie?
- Pokłóciłem się z nią – wymamrotał. – Wczoraj. Niedługo po tym, jak wyszłaś.
- O co wam poszło?- zapytałam, siadając obok. Objęłam go ramieniem.
- Nie rozumiała, że nie mam ochoty z nią tańczyć, bo wróciłem do stolika z dość paskudnym humorem, po naszej niezbyt przyjemnej wymianie zdań. Zresztą… Mam to gdzieś. Nie chcę o niej gadać. Meggie sama, jak zrozumie to wróci.
- Wróci?
- Zawsze wraca – rzucił ze śmiechem. – To nie pierwsza nasza sprzeczka.
- Jak stare małżeństwo.
- Nie jesteśmy razem – odparł Cal, kręcąc głową. – Dlatego mam to gdzieś. Obejrzymy Supernatural?
- Pewnie. Daj mi chwilę, wskoczę w jakieś normalne ubrania.
- Stoi. Idę do cioci. Widziałem, że robiła omlety na śniadanie – powiedział z uśmiechem, a następnie wstał z łóżka i ruszył w stronę drzwi. Kiedy one się za nim zamknęły, padłam na materac. Czemu to do cholery musi być tak skomplikowane? 


***
Calum i jego paczka powróciła! W sumie nie tylko oni, bo do kompletu był także ojczulek Hemmings. Rozdział wyszedł długi, ale nie miałam pomysłu na to, jak go podzielić. Mam nadzieję, że nie zasnęłyście w trakcie czytania :) 

Dziękuję Wam bardzo za wszystkie komentarze! Uwielbiam je :)

Standardowo przypominam o Asku i Twitterze - @RoxyDonau

Do następnej niedzieli
Pozdrawiam :)

8 komentarzy:

  1. I bardzo dobrze, że go nie dzieliłaś :) Jezuuuu kocham tu Hemmingsa, serio jest taki kochany, a jednocześnie jest smutnym bohaterem. Sammy nie zostawiaj go nigdy, błagam! Tak jak kocham Cala tak tu przegina, mam nadzieję, że się ogarnie. Czas najwyższy Hood!
    Czekam na ciąg dalszy :)
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę, że Hemmo nadal zyskuje w Twoich oczach. A co do Cala, może Hood się w końcu nawróci? :D Kto wie :)
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Kocham Luke'a za to, że się nie poddaje choć lekko nie ma.
    Mam nadzieję, że Calum kiedyś to wszystko zrozumie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może w końcu przyjdzie ten moment, gdy Hood się obudzi i się ogarnie pod względem Hemmingsa - zobaczymy, co zrobi :)
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  3. Rozdział świetny. Uwielbiam to opowiadanie.
    Szkoda mi Luka, że ma takie życie ale przynajmniej Sammy go uszczęśliwia.
    Jestem ciekawa jak zareaguje Cal, że Sammy i Luke są razem.
    Czekam na kolejny. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że Ci się spodobało :)
      Dziękuję bardzo za komentarz
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  4. Naprawdę już myślałam, że Sam wyzna, że jest z Lukiem. W końcu była zła itd. Luke jest kochany! Stara się dla niej jak nie wiem co

    OdpowiedzUsuń