niedziela, 22 maja 2016

Rozdział 29

But you are not alone, I am here with you


             Nienawidziłam porannego wstawania. Dzisiaj też byłam ledwo przytomna. Nie zdążyłam nawet wypić kawy, bo odrobinę mi się zaspało. Mama jednak wmusiła we mnie tosty, więc wciągałam śniadanie w biegu, gdy szykowałam się do wyjścia. Nie chciałam, by Calum znów psioczył na to, że się spóźniam, dlatego musiałam wrzucić drugi bieg, aby w ramach możliwości wyrobić się na czas.
             W końcu wypadłam z domu, prawie przewracając się o rozwiązane sznurówki. Mulat już czekał w samochodzie, który zatrzymał się przy chodniku. Podskakując na jednej nodze, wcisnęłam nieszczęsne sznurowadło do środka buta. Nie chciałam stracić przednich zębów, wywracając się na twarz, a znając moje szczęście, tak by się właśnie stało.
             Otworzyłam drzwi, zajmując swoje stałe miejsce obok kierowcy. Chłopak odwrócił się w moją stronę. Na jego twarzy wymalował się rozbawiony uśmieszek, gdy zmierzył mnie wzrokiem od góry do dołu. Zaczesałam niesforny kosmyk, który uwolnił się spod spinki, za ucho. Pokręciłam nosem, widząc, że Calum dalej mnie obserwuje.
- Co, no?
- Miałaś poranny maraton? – zapytał ze śmiechem.
- Można tak powiedzieć.
- Zaspało się, księżniczce?
- Wal się, Hood.
- Tak do kuzyna, Hood?
- Ty też po nazwisku?
- Sama zaczęłaś – odparł, odpalając silnik. – Czekoladowy baton, raz!
              Parsknęłam śmiechem, a następnie odsunęłam torbę, by móc dostać się do schowka. Nasza batonowa tradycja dalej była skutecznie podtrzymywana. Ani ja, ani Cal nie odmawialiśmy sobie łakoci w czasie drogi do szkoły. 
              Zdążyłam wyciągnąć słodycze, gdy rozległ się dźwięk mojego telefonu. Wolną ręką wydobyłam urządzenie. Spojrzałam na wyświetlacz, unosząc z zaskoczeniem brwi do góry. Dzwonił Luke. Było to dziwne, bo chłopak o tej porze zawsze kontaktował się ze mną przez sms-y. Wiedział, bowiem, że jeżdżę do szkoły z Calumem. Odebrałam.
- Hej – rzuciłam dość niepewnie, starając się nie patrzeć na Mulata, który złapał za batona. Był w trakcie otwierania opakowania, jednocześnie trzymając drugą dłonią kierownice. Dobrze, że jechał wolno, bo inaczej dostałby po głowie.
- S…Sammy? 
             Jak tylko go usłyszałam, od razu spięły mi się wszystkie mięśnie, a to pod wpływem najczystszego strachu, jaki mnie opanował. Zaczęłam się bać, że coś mu się stało. Jego głos był cichy, lekko zachrypnięty i wilgotny. Oddychał ciężko i przerwanie, jakby toczył ze sobą, jakąś wewnętrzną walkę. Błagałam w myślach o to, by nie potwierdził się czarny scenariusz, jaki się wyrysował w mojej głowie. A dokładniej, by do tego stanu nie doprowadził go znów jego ojciec.
- Co się dzieje? – zapytałam drżącym głosem. Calum od razu spojrzał na mnie, a baton w jego dłoni zatrzymał się kilka milimetrów od ust. Nawet nie próbował ukryć tego, że z ciekawością słucha mojej prywatnej rozmowy.
- Potrzebuję cię – wydusił, pociągając nosem.
- Powiedz mi, co się stało. – Cisza. – Luke? – Kątem oka dostrzegłam, jak Mulat lekko zmarszczył nos. – Luke?
- Moja babcia zmarła dziś w nocy… Właśnie… Właśnie się dowiedziałem i… Sammy, ja nie potrafię… Mogłabyś… 
              Wyrzucał z siebie słowa, próbując przezwyciężyć spazmatyczny oddech i łkanie. Od razu zrozumiałam, w jakiej rozsypce się znalazł. Właśnie utracił jedyną osobę z rodziny, która go akceptowała i kochała tak samo mocno, jaką on ją. Zagryzłam wargę, czując, jak łzy cisnął mi się do oczu. Sama uwielbiałam Julianne. A teraz nagle ta wspaniała i dobra kobieta odeszła. Coś ścisnęło mnie w środku. Musiałam jednak się pozbierać. Pozbierać dla niego.
- Co jest? – zapytał Calum, a ja wychwyciłam zdenerwowanie w jego głosie. – Zrobiłaś się blada.
- Sammy… Proszę… Potrzebuję… Potrzebuję cię.
- Zaraz u ciebie będę – odpowiedziałam szybko. – Dosłownie za moment będę – pociągnęłam, słysząc, jak jego oddech przyspiesza jeszcze bardziej. Dodatkowo stał się o wiele głośniejszy, niż chwilę temu. – Luke? – Miałam wrażenie, jakby blondyn zaczął walczyć o każdą najmniejszą porcję tlenu. – Luke?!
- Nie wiem… Nie mama pojęcia… Co się… Co się ze mną… Dzieje...
- Zatrzymaj się! – odparłam podnosząc głos, co było silniejsze ode mnie.
              Calum raptownie nacisnął hamulec. Gdyby nie pasy, pewnie przyłożyłabym się czołem w tapicerkę. Jego oczy były wielkości spodków. Ale nie dziwiłam mu się, w końcu Hood zupełnie nie wiedział, co się dzieje. Jednak teraz nie miałam czasu mu tego wszystkiego tłumaczyć. Priorytetem stał się Hemmings.
- Luke? – ponowiłam pytanie.
- Nie… Nie mogę… złapać… Nie mogę…
- Musisz się uspokoić – powiedziałam, sama walcząc ze zdenerwowaniem. – Nie rozłączaj się tylko!
- Sammy… ja… - Wtedy usłyszałam uderzenie, jakby telefon grzmotnął o podłogę. Luke oddychał tak głośno i ciężko, że nadal dobrze go słyszałam.
- Luke? – Zero. Nie powiem, ale zaczęłam poważnie się martwić tym, co się z nim dzieje. Przetrzymałam brodą telefon, mając nadzieję na to, że blondyn zaraz znów się odezwie. Ręce zaczęły mi się pocić i trząść, gdy próbowałam uwolnić się z pasów.
- Co ty robisz? – zapytał Calum.
- Zrywam się ze szkoły. Pojedziesz do niej sam – powiedziałam szybko. – Co jest z tym…
- Sammy? Co się dzieje? Co się stało?
- Luke'owi zmarła babcia – odpowiedziałam natychmiast. – On… On mnie teraz potrzebuje.
- Zostaw – rzucił Calum, łapiąc mnie za rękę, którą mocowałam się z zapięciem od pasa. – Zawiozę cię. – Spojrzałam na niego, nawet nie kryjąc zaskoczenia. – Nie jestem dupkiem, widzę, że dzieje się z nim coś złego. Ty… Ty będziesz umiała mu pomóc. I pomożesz mu prawda?
               Byłam tak rozstrojona tym wszystkim, co się działo, że jedyne na co było mnie stać, to pokiwanie głową. Nie próbowałam nawet ukryć szoku. Calum bez żadnego zawahania, chciał mnie podrzucić do domu Hemmingsa. Czyżby sprawy zaczynały nabierać innego kształtu? Czyżby ruszyło go sumienie? Czy po dowiedzeniu się o nim prawdy, zaczął inaczej na niego patrzeć? Mimo tak wielu pytań, jakie od razu nagromadziły się w mojej głowie, czułam ulgę. Ulgę, że być może coś między tą dwójką się zmieni. Zmieni oczywiście na lepsze. Ale nie chciałam też za wcześnie zachwalać tego postępu, który się tworzył.
               Dotarcie do domu blondyna zajęło nam dosłownie chwilę, a to dzięki temu, że nie zdążyliśmy jeszcze wyjechać z naszego osiedla. Calum zatrzymał się przy chodniku, a następnie pomógł mi wydostać się z pasów. Rozłączyłam się, bo Luke więcej się nie odezwał. To spowodowało, że zaczęłam cholernie się bać.
- Powiem w szkole, że źle się czułaś – powiedział Hood, kiedy otworzyłam drzwi.
- Dzięki.
- Mam nadzieję, że z nim… będzie wszystko okej.
- Też mam taką nadzieję. Do zobaczenia – rzuciłam, a następnie wyskoczyłam z samochodu.
               Zarzuciłam niedbale torbę na ramie. Ruszyłam w stronę drzwi, wciskając telefon do kieszeni. Miałam nadzieję, że nie stanę twarzą w twarz z jego ojcem. Wolałam uniknąć tego typu spotkania. Zresztą, obawiałam się tego, że mężczyzna może mnie spowolnić, a ja jak najszybciej chciałam dostać się do Luke'a.
              Doskoczyłam do drzwi i od razu zaczęłam molestować dzwonek. Nacisnęłam go raz, a potem kolejny. Tupałam ze zniecierpliwieniem nogą, starając się uspokoić. Musiałam to zrobić, by się nie posypać. W końcu na nic bym się wtedy nie przydała. To Luke był najważniejszy. Przekręciłam oczami, chcąc nacisnąć guzik po raz kolejny, ale w tym samym momencie drzwi otworzyły się. Przede mną stanęła Lauren.
- Samantha? – wydusiła z siebie. Jej policzki były czerwone i wilgotne, a usta lekko napuchnięte od płaczu.
- Gdzie jest Luke?
- To nie jest najlepszy moment.
- Sam do mnie dzwonił.
- Mamy rodzinną…
- Wiem, co się stało. Przykro mi z powodu pani matki. Bardzo lubiłam Julianne. – Blondynka mocno zacisnęła usta.
- Ale…
- Przepraszam – rzuciłam, a potem po prostu wepchnęłam się do jej domu. 
              I tak straciłam już za dużo czasu. Wiem, że to z pewnością nie było zbyt grzeczne z mojej strony, ale miałam to gdzieś. Liczył się tylko Luke i to, by dostać się do niego, jak najszybciej. Zignorowałam, więc zaskoczoną matkę chłopaka, która została na holu. Dosłownie wbiegłam po schodach, od razu kierując się w stronę jego pokoju. Darowałam sobie pukanie. Wleciałam do środka i od razu zatrzymałam się.
              Luke siedział skulony na podłodze tuż przy łóżku. Telefon leżał na ziemi niedaleko niego. Widziałam, jak cały się trzęsie. Choć słowo trzęsie, było delikatnym określeniem jego stanu. On praktycznie cały się telepał i miałam wrażenie, że nie potrafił tego kontrolować. Jego oddech był głośny, przerywany i płytki, jakby z trudem łapał powietrze. Przyciskał drżącą dłoń do swojej piersi.
- Luke!
              Rzuciłam torbę w miejscu, w którym stałam, a następnie doskoczyłam do niego. Zignorowałam ból w kolanach, gdy padłam na nie tuż przed nim. Chłopak podniósł głowę. Pierwsze, co zobaczyłam, to czerwone oczy i wpływające z nich łzy. Jego usta drżały. Był blady, jak ściana, a pot spływał po jego twarzy. Widziałam w jego oczach ból i smutek. Był roztrzęsiony, przerażony i rozbity. Pogrążony w całkowitej rozsypce.
- Już wszystko w porządku - powiedziałam, ujmując jego policzki w dłoniach.
- Sammy… Ja… Nie mogę… Złapać…
- Już dobrze – wymamrotałam, starając się odgonić od siebie łzy. Nie mogłam pozwolić na to, bym sama się rozkleiła. On potrzebował mojej siły, a nie kolejnego przykrego obrazu.
- Co się… Co się ze mną… To tak… To tak cholernie… boli…
- Ciężko ci oddychać? 
               Pokiwał głową, łapiąc powietrze, niczym ryba wyciągnięta z wody. Dopiero wtedy w moim umyśle zaczynało się rozjaśniać. Luke miał atak paniki. Przechodziłam przez to kilka razy, na początku swojej choroby i jest to cholernie nie fajne uczucie. Człowiek ma wrażenie, jakby zaraz miał umrzeć, a wszechogarniający go strach, tylko pogłębia to uczucie. Nie można pozbierać myśli i skupić się na najważniejszym. Mianowicie na oddychaniu i próbie uspokojenia się.
- Sammy…
- Będzie dobrze, Luke. Nic się nie dzieje. To siedzi w twojej głowie. Niedługo ci przejdzie.
- Dlaczego… Dlaczego ona mnie zostawiła?
- Spokojnie, Luke – powiedziałam, siląc się na pewny siebie ton. Wyciągnął w moją stronę dłonie. Jego palce zacisnęły się na mojej koszulce. Przybliżyłam się do niego jeszcze bardziej. – Będzie dobrze musisz…
- Zostałem… Zostałem kompletnie… sam… - przerwał mi, a z jego ust wydobył się kolejny szloch.
                Odwróciłam głowę, tchnięta nagłym przeczuciem, że ktoś cały czas nas obserwuje. I nie myliłam się. Drzwi od pokoju chłopaka były otwarte, bo nie pomyślałam o tym, by je zamknąć. Lauren stała na korytarzu z przyciśniętą do ust dłonią. Widziałam, że jest sparaliżowana strachem przez to, co dzieje się z jej synem. Dziwiłam się, że ta cała scena nie uruchomiła w niej, jakiegoś instynktu macierzyńskiego, który kiedyś zgubiła. Nie zrobiła nic, by pomóc swojemu dziecku. Zignorowałam ją tak samo, jak ona całe życie ignorowała Luke'a.
- Kochanie – zaczęłam, odwracając się z powrotem do roztrzęsionego chłopaka. – Nie zostałeś sam. Jestem tu z tobą. Masz nie tylko mnie, ale także i Liama. Nie zapominaj o tym. Nigdy nie będziesz sam. – Przejechałam palcami po jego mokrych policzkach.- Teraz jednak musisz się uspokoić, okej? Pomogę ci w tym, ale musisz spróbować się skupić na tyle, na ile jest to możliwe.
- Ja… nie mogę… Ja nie…
- Spokojnie, Luke – powtórzyłam, całując lekko jego nos. – Będzie dobrze. Wiem, że masz wrażenie, jakbyś się dusił, ale to nie prawda. Po prostu musimy odnaleźć na nowo rytm wdechu i wydechu, okej?
- Nie… Niedobrze… mi
- To też zaraz minie. Spróbuj brać małe oddechy i przełykać często ślinę, abyś naprawdę nie zwymiotował. – Chłopak pokiwał głową, a jego palce jeszcze bardziej zacisnęły się na moim ubraniu. – Skup się na mnie. – Jego zapłakane błękitne tęczówki spojrzały wprost w moje ciemne oczy. – Skoncentruj się na moim głosie. Nic ci nie będzie. Postaraj się wyrzucić z głowy to kłębowisko myśli. Daj rękę. – Złapałam za jego trzęsącą się dłoń, przyciskając ją sobie do klatki piersiowej.- Wyczuj to, jak oddycham. Powoli i bez pośpiechu. Weź mały wdech… Dobrze, a teraz przetrzymaj go przez chwilę. – Pogłaskałam go wolną dłonią po policzku, by jeszcze bardziej pomóc mu się uspokoić. – I teraz wypuść. Wiem, że to teraz wydaje się być cholernie trudne, ale dasz radę. Będziemy oddychać takim właśnie rytmem, aż zupełnie ci nie przejdzie, okej? – Pokiwał głową, wyrzucając z siebie kolejną porcję łez. – To jeszcze raz. Wdech… Przetrzymaj i wypuść. Świetnie, jeszcze raz, skarbie.
                Miałam wrażenie, że czas drastycznie zwolnił. Jakby robił nam kompletnie na złość. Skoro mi wszystko się dłużyło, to wolałam nie myśleć, jak minuty koszmarnie wleką się Luke'owi. W końcu jednak narzucony mu rytm oddychania zaczął przynosić skutek. Proces ten trwał długo, ale działał. Blondyn zaczął się uspokajać. Zauważyłam to po sposobie łapania przez niego powietrza. Brał coraz to wolniejsze i spokojniejsze wdechy i wydechy. Choć nadal cały drżał, to jednak nie było to tak silne, jak wcześniej. Przestał się pocić, a na jego twarzy powoli zaczynały pojawiać się kolory. Policzki z bladych przeszły w odcień lekkiego różu. Był to długo wyczekiwany efekt, który upewnił mnie w tym, że oboje jakoś daliśmy radę przez to przejść.
- Dziękuję – wydusił z siebie Luke.
- Jest lepiej?
                  Pokiwał głową, zaciskając usta. Po chwili z jego oczu ponownie wypłynęły słone łzy. Zwiesił głowę, obejmując się ramionami. Tym razem wiedziałam, że nie jest to efekt ataku paniki, a uczucie straty, którego doświadczył. Usiadłam obok niego i niewiele myśląc, objęłam go. Chłopak wtulił się we mnie, a z jego ust wydobył się kolejny szloch. Czułam, jak zadrżał po raz kolejny. Przywarł do mojego ciała jeszcze mocniej, a ja ciaśniej otoczyłam go ramionami.
- Wiem, że głupio to zabrzmi, ale będzie dobrze – wyszeptałam, przeczesując dłonią jego włosy, które teraz sterczały we wszystkie strony. – Podniesiesz się po tym. Podniesiesz się tak, jak zawsze to robiłeś, a ja ci w tym pomogę. Nie jesteś z tym sam – pociągnęłam, unosząc lekko głowę do góry.                   Musiałam zagryźć wargę, by samej się nie rozpłakać. Moje ciemne oczy natrafiły na stojącą na korytarzu Lauren. Byłam pewna, że zdążyła już pójść. Blondyna jednak nadal spoglądała na nas. Drgnęła nerwowo, a potem odwróciła wzrok. Podeszła cicho do drzwi i zamknęła je, jakby odcinała się od tej sceny, która rozgrywała się w pokoju. W myślach wyrzuciłam w jej stronę wiązankę przekleństw. Jaka kobieta w takim momencie zostawia swoje własne dziecko, nie próbując mu pomóc, ani nawet nie starając się z nim być w tak trudnym czasie? Moja mama była całkiem inna, moja ciotka była inna, więc nie potrafiłam w żaden sposób racjonalnie wytłumaczyć zachowania pani Hemmings. Było to dla mnie nie od ogarnięcia.

~***~
                 Ten dzień był jednym wielkim koszmarem. Śmierć babci uderzyła we mnie z taką mocą, że momentalnie poczułem się zagubiony i zostawiony sam sobie. Uczucie straty i pustki, wypełniło mnie od środka, a ja przeklinałem los za to, że postanowił zabrać mi właśnie ją. Jedyną osobę, która była ze mną od zawsze, która wspierała mnie na każdym kroku i po porostu była wtedy, gdy tego potrzebowałem. Nie rozumiałem, co takiego zrobiłem, że postanowiono tak mnie dobić. Miałem wrażenie, jakby po trochu brutalnie odbierano mi cząstki szczęścia, których i tak nie miałem za dużo.
                 Wiedziałem, że w tym momencie nie poradzę sobie z tym sam, więc nic dziwnego, że pierwszą osobą, o której pomyślałem była Sam. Zjawiła się od razu, znajdując mnie w kompletnym załamaniu. Już rozmawiając z nią przez telefon byłem świadomy tego, że dzieje się ze mną coś złego. Nie rozumiałem tylko co, a im bardziej próbowałem to przezwyciężyć, tym było gorzej. W mojej głowie od razu pojawiły się same negatywne myśli, których nie mogłem się pozbyć. Jakby mój mózg sam mnie szykanował – będziesz sam, nikt przy tobie nie zostanie, dotkniesz dna i w końcu będzie po tobie, wykitujesz i nikt po tobie płakać nie będzie. Ból w klatce piersiowej pojawił się zaraz po tym, jak nie mogłem normalnie złapać oddechu. Szumiało mi w uszach, a całe ciało zlało się zimnym potem, choć było mi cholernie duszno. Zacząłem się trząść, nie potrafiąc tego przerwać. Zakręciło mi się w głowie i padłem na podłogę, nie będąc w stanie nawet utrzymać telefonu. Wszystko to przejmowało nade mną kontrolę, a ja popadałem w coraz to gorszą otchłań histerii. Dopiero Sam pomogła mi się uspokoić, a potem wytłumaczyła, co takiego mogło się ze mną dziać. Pierwszy raz miałem atak paniki. Nie chciałem przeżywać tego nigdy więcej.
                 Zaraz po tym pozwoliłem sobie na czysty żal i smutek, wypłakując się w ramionach tej jednej jedynej osoby, którą kochałem tak samo mocno, jak Julianne. W tym momencie miałem gdzieś, co Sam może o mnie sobie pomyśleć. Nie potrafiłem być silny i nawet nie chciałem taki być. Jedyne, o co prosiłem w myślach to, to by wyzbyć się uczucia psychicznego bólu po stracie babci. A był on sto razy gorszy, niż ból fizyczny.
                W końcu zdobyłem się na to, by podnieść się z podłogi. Oboje usiedliśmy na łóżku. Sam cały czas była obok. Miałem wrażenie, że nie mam już siły na nic. Nawet siedzenie w jednej pozycji było zbyt ciężkie. Dlatego po chwili leżeliśmy na materacu. W dalszym ciągu wciskałem się w klatkę piersiową dziewczyny, wsłuchując się w powolne bicie jej serca. Jej dłoń delikatnie przesuwała się po moich plecach i włosach. Wszystko to skutkowało tym, że powoli uspakajałem się. Koiło nerwy, pomagając wrócić do w miarę normalnego stanu. Pomagało pozbierać myśli na nowo.
- Powiedziała mi rano – wyszeptałem, pociągając nosem. Dosłownie przed chwilą przestałem płakać. Chyba straciłem siły i na to. – Jak tylko weszła do pokoju, zrozumiałem, że stało się coś złego. – Moje palce mocniej zacisnęły się na ubraniu Sam, a ona musnęła wargami czubek mojej głowy. Nie przerywała mi. – Jej serce nie wytrzymało. Zmarła podczas snu. Odeszła tak po prostu. A jeszcze wczoraj rozmawiałem z nią przez telefon. Miałem jutro ją odwiedzić i nie zdążyłem. Byłem pewny, że nie jest, aż tak chora. Dopiero dzisiaj matka powiedziała mi, że ostatnio babcia jeszcze bardziej podupadła na zdrowiu. Miała problemy z sercem, a ja… Ja nic nie wiedziałem. Może… Może gdybym wiedział to wtedy… Nie wiem… Przyjeżdżałbym do niej częściej, by jeszcze bardziej ją odciążyć… Może wtedy… Wtedy by…
- To nie jest twoja wina. Nie wiedziałeś.
- Dlaczego mi nie powiedziała?
- Może nie chciała cie martwić.
- Nie mam pięciu lat, powinna mi była powiedzieć – jęknąłem z zawodem. - Może wtedy pilnowałbym ją…
- Julianne miała tam dobrą opiekę. Nie mógłbyś tam siedzieć dwadzieścia cztery godziny na dobę. Zresztą, los jest okrutny. Często zabiera nas w najmniej oczekiwanym momencie. Nagle. Bez uprzedzenia.
- Myślisz… Myślisz, że ją bolało?
- Sądzę, że po prostu spokojnie zasnęła i nic ją nie bolało. – Zagryzłem mocno wargę, czując kolejne łzy, które zgromadziły się w oczach. Kilka z nich wypłynęło na moje policzki, by wsiąknąć w poduszkę. – Jestem tego pewna. Nie męczyła się.
- To… To dobrze. Nie chciałbym, by cierpiała.
- Jestem pewna, że nie cierpiała. Była cudowną kobietą.
- Była… - wydusiłem z siebie cicho, czując wielki gul, który pojawił się w moim gardle. Wiedziałem, że w tym momencie nie dam rady powiedzieć nic więcej.
                Jeszcze bardziej wtuliłem się w Sam, która od razu objęła mnie mocniej, wracając do przerwanego gładzenia moich pleców. Przymknąłem powieki, a zaraz w głowie pojawił mi się obraz Julianne. Kolejne łzy wypłynęły z moich oczu. Wtedy dopiero dotarło do mnie to, że już nigdy jej nie zobaczę. Nigdy więcej nie usłyszę jej pogodnego głosu i śmiechu. Nie zobaczę jej promiennego uśmiechu, który zawsze miała na twarzy. Nie poczuję znajomego zapachu jej ulubionych perfum, które notorycznie używała przez tak wiele lat. Nigdy więcej do niej nie pojadę i nie zabiorę jej na spacer do parku. Nigdy więcej nie usiądziemy na naszej ławce i nie pogrążymy się w rozmowie. Nigdy…

~***~
                Poszłam do łazienki. Zabrałam ze sobą telefon, aby zadzwonić do rodziców. Nie chciałam prowadzić tej rozmowy przy blondynie. Musiałam jednak poinformować moją mamę o tym, że zerwałam się ze szkoły – a nie była na mnie zła, bo bardziej przejęła się Hemmingsem i tym, co się stało – a także uprzedzić, że wrócę do domu znacznie później. W sumie sama nie wiedziałam, ile czasu spędzę u Luke'a. Zagrałam z mamą w otwarte karty, bo w tym wypadku kłamstwo zupełnie nie było potrzebne. Choć ostatnio coraz częściej zdarzało mi się mówić nieprawdę. Jak choćby w tym przypadku, że Luke to nadal, tylko przyjaciel. Co od jakiegoś czasu jest zupełną bzdurą.
               Wyszłam cicho na korytarz. Zrobiłam kilka kroków stronę pokoju blondyna, gdy nagle usłyszałam głosy jego rodziców, które dochodziły z dołu. Wstrzymałam oddech. Jego ojciec wrócił do domu. Oboje rozmawiali na jego temat. Nie wiem, jak długo go ciągnęli, ale jego słowa wcale mi się nie spodobały. Żałowałam, że nie mam w sobie tyle odwagi, by wygarnąć mu to, co o nim myślę. Jednak Adam Hemmings skutecznie przerażał także i mnie.
- Daj mu spokój – poprosiła cicho Lauren. Byłam pewna, że są gdzieś blisko schodów, bo ich głosy były wyraźne. Bałam się ruszyć, by nie zdradzić swojego położenia.
- Gówniarz powinien wziąć się w garść.
- Kochał ją…
- Ale to nie znaczy, że ma się mazać, jak panienka. To ten Liam zrobił z niego kompletną pizdę!
- Adam!
- A nie? Nasz syn to kompletny gamoń bez charakteru.
- Proszę cię tylko o to, byś mu odpuścił przez kilka dni. Był z moją matką blisko. Niech przeżyje żałobę w spokoju.
- Jeszcze może będziemy go niańczyć i chodzić naokoło niego na paluszkach, bo książę ma depresję!
- Wiem, że nie miałeś dobrych kontaktów z moją matką, ale zrób to dla mnie i zostaw go.
- Niech ci będzie. – Usłyszałam szczęk talerzy. – Nie mów, że kurwa będziesz mu i tej jego panience nosiła obiadki! - Skrzywiłam się.
- Adam, nie podnoś na mnie głosu!
- Przepraszam, kochanie, ale nie chcę, by on zrobił sobie z ciebie służącą.
- Nie zrobi. Od rana nic nie jadł.
- Od kiedy ty się tym tak przejmujesz. Ma nogi i ręce, to niech do cholery ruszy dupsko i zejdzie na dół, by przyszykować sobie posiłek.
- Ta nasza rozmowa do niczego nie prowadzi.
- Potem nie jęcz, że ci gnojek wszedł na głowę.
- Dla ciebie też przyszykowałam obiad i mam nadzieję, że jak wrócę, to ty się już uspokoisz i w spokoju oboje zjemy ten posiłek.
                Usłyszałam w odpowiedzi ciche prychnięcie Adama, a potem jego kroki, które, o ile dobrze się orientowałam w rozmieszczeniu domu, skierowały się do salonu. Lauren, zaś zbliżyła się do schodów. Niewiele myśląc szybko rzuciłam się w stronę drzwi od pokoju blondyna, pokonując cały dystans na placach. Miałam nadzieję, że matka chłopaka nie domyśli się, że słyszałam końcówkę jej sprzeczki z mężem.
               Wpadłam do pokoju, zamykając za sobą drzwi. Starałam się zrobić to, jak najciszej, a także przybrać na normalny wyraz twarzy, by Luke nie zorientował się, że coś jest nie tak. Podeszłam do niego, a następnie usiadłam na materacu. Nachyliłam się nad nim, bo chłopak dalej leżał na poduszce, a potem musnęłam ustami jego nos. Drgnął lekko, dotykając mojego biodra. Na szczęście już nie płakał, ale nadal na jego twarzy znajdowały się dowody niedawnych łez, które wypływały z jego błękitnych tęczówek.
- Wziąłeś coś na ból głowy?
- Przed chwilą – odpowiedział cicho. – Skutki histerycznego płakania.
- Miałeś i nadal masz powód, więc nie ma co się wstydzić.
                Zdążyłam to powiedzieć, a drzwi od pokoju otworzyły się. Oboje spojrzeliśmy na wchodzącą do środka Lauren. Trzymała w dłoniach długą czarną tackę, na której znajdowały się dwa parujące talerze oraz dwie wąskie szklanki z napojem. Dziwiłam się, jakim cudem to wszystko jej się tam zmieściło i nie wywaliło po drodze.
- Powinniście coś zjeść – powiedziała, patrząc to na mnie, to na swojego syna. 
               Luke powoli usiadł, nie spuszczając z niej wzroku. Po jego minie widziałam, że jest tym mocno zaskoczony. Zresztą, nie tylko on, bo ja też byłam lekko zszokowana, na co się zdobyła jego matka.
- Dzięki – rzucił cicho Luke, skupiając swoje oczy na dłoniach. 
              Przez moment zrobiło się dość niezręcznie. Lauren stała tuż obok niego, jakby chciała powiedzieć coś jeszcze, lecz w ostateczności się rozmyśliła. W końcu postawiła przed nami tackę, a następnie bez słowa wyszła z pokoju.  
- To było…
- Dziwne – dokończył za mnie Luke.
- A może chciała być miła?
- Żartujesz? To moja matka. Twoja mama jest miła, ale nie moja. – Przekręciłam oczami. – Nie jestem głodny.
- Musisz coś zjeść – powiedziałam, łapiąc za tackę, którą przed chwilą od siebie odsunął.
- Nie mam ochoty.
- Domyślam się, ale nie zachowuj się, jak dziecko. Mogę się założyć, że jeszcze dzisiaj nic nie jadłeś. Wciśnij w siebie chociaż trochę.
- Niech ci będzie – mruknął, a ja uśmiechnęłam się lekko pod nosem. Przynajmniej nie musiałam tego jedzenia w niego wpychać.


***
Mam nadzieję, że nie ukatrupicie mnie za ten rozdział. Wiem, że niektóre z Was lubiły Julianne. Ale tak wyszło. Luke zdecydowanie w tej historii nie ma łatwego życia. 

Od wczoraj można zobaczyć zwiastun do nowej historii, pt. Stay Alive. Nie ma jeszcze oficjalnej daty publikacji tego ff, ale już teraz postanowiłam coś o nim wrzucić w ramach zapowiedzi. Filmik zrobiony jest oczywiście przez Monię :) I uważam, że jest świetny! Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Zainteresowanych, zapraszam do oglądania :)


Dziękuję Wam również za wszystkie cudowne komentarze, jakie znajduję pod rozdziałami! Dzięki wielkie!

Standardowo przypominam o Asku i Twitterze - @RoxyDonau

Kolejna część w następną niedzielę.

Pozdrawiam! 

7 komentarzy:

  1. Samej zrobiło mi się przykro. Lubiłam postać Juliette. Na dodatek Luke był dla niej wszystkim. Lauren sama jest jakaś dziwna. Tak jakby chciała bliższego kontaktu z synem, ale bałaby się reakcji swojego męża.
    Zwiastun jak zwykle super!! Czekam na prolog

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. *Julienne

      (Głupi słownik)

      Usuń
    2. Cieszę się, że zwiastun się podobał. Mam nadzieję, że tak samo będzie z historią :)
      Dzięki bardzo za komentarz :)
      Pozdrawiam

      Słownik mnie też dobija :\

      Usuń
  2. Teen Wolf w zwiastunie, fajnie :D

    Bardzo fajny rozdział, jakoś dobrze mi się czytało mimo smutku w nim.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się dobrze czytał :)
      Widzę, że trafiłam z obsadą XD
      Dzięki za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Bardzo lubiłam Julianne i cholernie mi szkoda Hemmo, dobrze, że ma Sam. Ta jego matka naprawdę jest jakaś dziwna, nie mogę jej rozgryźć. Zamiast Julianne to Adam powinien kopnąć w kalendarz - nienawidzę go. Rozdział mega smutny, poryczałam się :(
    Z niecierpliwością czekam na kolejny
    :)
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcale Ci się nie dziwię, czemu go nie lubisz. Cieszę się, że rozdział wywołał emocje :)
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń