niedziela, 29 maja 2016

Rozdział 30

Laid out on the floor and you're not sure, you can take this anymore


               Brałam udział w pogrzebie Julianne. Byłam tam nie tylko dla niej, ale także dla Luke'a, aby dać mu wsparcie, którego nie otrzymywał od swoich rodziców. Babcia blondyna była naprawdę wspaniałą i ciepłą kobietą, więc nie dziwiłam się, że przybyło sporo ludzi, aby ją pożegnać. Stanowiliśmy olbrzymią grupę żałobników. 
               Ten pogrzeb dał mi też możliwość dokładniejszego przyjrzenia się rodzicom Hemmingsa. Głównie Adam był świetnym aktorem. Czule gładził po ramieniu swoją zapłakaną żonę, przyjmował kondolencje, a nawet przedstawił mnie kilku osobom z dalszej ich rodziny. Zwracał też uwagę na swojego syna, odgrywając rolę troskliwego tatusia, na którą nabierali się wszyscy oprócz mnie i Luke'a. Gdyby tylko wiedzieli, co tak naprawdę dzieje się za zamkniętymi drzwiami ich domu, Adam straciłby punktowanie w ich oczach.
                Zdałam sobie sprawę, że nie tylko ja robiłam za czujnego obserwatora. Adam również. Ojciec Luke'a uważnie śledził każdy mój ruch, a ja dopiero po chwili domyśliłam się, dlaczego stałam się obiektem jego zainteresowania. Byłam pewna, że mężczyzna zastanawia się, ile tak naprawę wiem o relacji jaką ma z synem. Być może zachodził w głowę, czy mam wiedzę na temat tego, że często wyżywa się na swoim pierworodnym. Wiedząc o wszystkim mogłam się stać kolejną niewygodną dla niego osobą. Adam Hemmings był cwany i przebiegły, a ja wolałam nie wchodzić mu w drogę. Wywoływał we mnie strach i niepewność, a jego maska miłego pana była tym bardziej przerażająca. Facet zdecydowanie miał dwa pieprzone oblicza, a ja nie chciałam poznać na własnej skórze jednego z nich.

              Minęło kilka długich dni od pogrzebu Julianne. Luke powoli podnosił się po tej stracie, choć nadal było po nim widać, że dalej to przeżywa. Wcale się temu nie dziwiłam. Chciałam być, jak najczęściej obok niego, by wiedział, że nie jest z tym wszystkim sam. Zresztą, wielokrotnie mu o tym mówiłam, mając nadzieję, że dzięki temu na nowo zaszczepię w nim małą iskierkę nadziei i szczęścia. Zauważyłam też, że Liam zaczął odzywać się do niego częściej, jakby i on chciał mieć pewność, że Luke da sobie radę i znów stanie na nogi. Jakby i on chciał dać mu tą pewność, że jest dla niego i go nie zostawił. Wiedziałam o obawach chłopaka, bo zaraz po odejściu Julianne zgadaliśmy się ze sobą na Twitterze, by przedyskutować kilka kwestii. Żadne z nas nie chciało, by Luke popadł w zły nastrój, a nie daj Boże i w depresję.
              Dzisiaj Calum nie szedł do szkoły. Powodem było to, że jego mama umówiła go na wizytę u dentysty, z uwagi na to, że Mulat od jakiś dwóch dni narzekał na bolącą go dolną piątkę. A Grace dwa razy nie trzeba było powtarzać, by zaczęła działać. Wiedziałam, że kuzyn nienawidzi stomatologów. Zresztą, zdążył mi to wyjęczeć z jakieś pięćdziesiąt razy, gdy wczoraj wieczorem rozmawialiśmy przez telefon. Obiecałam, że duchowo będę z nim, co odrobinę go uspokoiło. Jeśli chodzi o dentystyczny fotel, to Hood zachowywał się pod tym względem, jak przerażony siedmiolatek.
               Wyszłam z domu. Przekręciłam dwa zamki w drzwiach, chowając klucze do wnętrza małej kieszonki w czarnej torbie. Moi rodzice już z samego rana pognali do pracy, by wrócić z niej szybciej. Musieli się przygotować do weekendowego wyjazdu do Brisbane. To właśnie tam Stowarzyszenie Australijskich Onkologów organizowało coroczne spotkanie z dużym bankietem na czele. Mama oczywiście jechała z tatą, jako osoba towarzysząca. To oznaczało, że w ten weekend mam cały dom dla siebie.
                Spojrzałam w stronę czarnego samochodu. Uśmiechnęłam się, idąc w jego kierunku. Dziś do szkoły jechałam razem z Lukiem. I o ile dobrze pamiętam, pierwszy raz wybieraliśmy się razem na lekcje. Moim kierowcą od samego początku był Calum. Jednak skoro go nie było, tę rolę przejął Hemmings. Nie miałam nic przeciwko. Zdecydowanie wolałam taki sposób transportu, niż ścisk i tłok, jaki panował o tej porze w komunikacji miejskiej.
- Cześć, Lukey – rzuciłam, nachylając się w stronę blondyna.
- Cześć, Sammy – odpowiedział, przelotnie całując mnie w usta. Uśmiechnął się lekko, gdy dodatkowo cmoknęłam go w czubek nosa. – Humor dopisuje?
- A dziwisz się? Będę cię mieć na cały weekend. – Luke zacisnął lekko usta. Czyżby miał jednak inne plany? – No, ej! Obiecałeś, że zostaniesz na noc i to nie tylko dzisiaj – jęknęłam, patrząc na niego z niedowierzaniem. Blondyn po chwili zaśmiał się. – Ładnie. Nie wolno tak wkręcać swojej dziewczyny. Byłam pewna, że zmieniłeś zdanie i… 
              Ale nie dokończyłam, bo Luke po raz drugi przysunął się do mnie i ponownie pocałował. Tym razem nie był to uroczy buziak na dzień dobry. Zrobiło mi się przyjemnie ciepło, czując jego gorące wargi na swoich. Nasze języki od razu znalazły synchronizowany rytm, co wywołało w moim brzuchu delikatne łaskotanie.
- Nie mogłem się powstrzymać, by się z tobą nie podroczyć – odpowiedział szeptem, kiedy się odsunął.
- Jesteś okropny.
- Wiem, ale i tak mnie kochasz.
- Fakt, to się nie zmieniło. Ej! Zabieraj łapy – rzuciłam z niezadowoleniem, gdy Luke dla zgrywy rozczochrał mi włosy. W ramach podziękowania za upiększenie mi fryzury, otrzymał uderzenie z pięści w ramię, co wywołało z jego strony kolejny cichy chichot.

             Podskoczyłam w miejscu, odrywając wzrok od ekranu komórki. Od jakiegoś czasu pochłaniałam na Wattpadzie pewną historię o sierocińcu i obdarzonych mocą dzieciakach. Nie mogłam się od niej oderwać, więc nic dziwnego, że zupełnie straciłam kontakt ze światem rzeczywistym. Dlatego moje serce lekko przyspieszyło ze strachu, gdy ktoś położył mi dłoń na ramieniu.
             Oderwana od lektury, podniosłam głowę, by spojrzeć w znane mi błękitne tęczówki. Luke zaśmiał się, a następnie usiadł obok, podając mi zapakowaną w pojemnik sałatkę i puszkę z Colą. Nie ma co, dobre połączenie. Zdrowe kontra nie zdrowe. Dzisiaj to Hemmings zaopatrywał nas w lunch i z tego, co mówił w samochodzie, zrobił zakupy w osiedlowym sklepie. Nadal unikał szkolnej stołówki, czemu zupełnie się nie dziwiłam.
- Dzięki.
- Co tam masz? – zapytał, zaglądając mi przez ramię. – Dalej to czytasz?
- To naprawdę wciąga – odparłam, wyłączając telefon i chowając go wolną ręką do kieszeni. – Sałatka z kurczakiem?
- Wiem, że tylko taką jadasz.
- Masz punkt za dobrą pamięć, mój ty chłopczyku – zagruchałam, gładząc go po policzku. Luke przekręcił oczami, lekko marszcząc nos na określenie chłopczyk.
              Po chwili wstał, by usiąść za moimi plecami. Objął mnie ramieniem. Zaśmiałam się, widząc, jak szybko rozwija kanapkę tuż przed moim nosem. Byłam pewna, że zaraz dostanę nią w twarz, ale Hemmings całkiem nieźle sobie poradził, a ja nie zaliczyłam bliskiego spotkania z jego jedzeniem. Otworzyłam przyniesione przez niego picie. Jedną puszkę postawiłam koło niego, by miał ją w zasięgu ręki. Następnie sama dobrałam się do swojego lunchu.
- Może być? – zapytał, kiedy przełknęłam pierwszą porcję.
- Jest w porządku – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, choć kupne sałatki nie umywały się do tych zrobionych w domu. Oparłam się o jego klatkę piersiową, co spowodowało, że blondyn jeszcze bardziej przywarł do moich pleców.
- O której mam być u ciebie?
- Jak rodzice wyjadą, to dam ci znać – powiedziałam, nadziewając na plastikowy widelczyk kawałek kurczaka. – Nie mogę się doczekać.
- Aż tak? – zapytał ze śmiechem.
- Uwielbiam spędzać z tobą czas – skwitowałam, wzruszają ramionami. Przesunęłam się w bok, a następnie zerknęłam na niego. Luke się uśmiechał. To wystarczyło, bym i ja zaczęła robić to samo.

~***~
              Z powodu choroby nauczyciela, odwołali nam lekcje z wychowania fizycznego. Zarówno my chłopaki, jak i dziewczyny zyskaliśmy szybsze rozpoczęcie weekendu. Cieszyłem się z tego, że to już koniec na ten tydzień i znów będzie można leniuchować i nie myśleć o nauce. Szczególnie, że nic nam nie zadali i nie zapowiedzieli żadnego sprawdzianu, do którego trzeba by się było uczyć. To naprawdę oznaczało wolność od szkoły. Mogliby tak robić częściej.
             Szedłem pustym korytarzem. Nie powiedziano nam wcześniej o odwołanej lekcji, więc musiałem wrócić do szafki i pozabierać rzeczy. Chciałem też zostawić w środku czysty i świeży strój na wf, który przyda się pewnie następnym razem, jak nauczyciel wyzdrowieje.
             Otworzyłem ją, ówcześnie rozpinając główną komorę plecaka. Zacząłem szybko wymieniać książki i zeszyty, by w końcu zamknąć ją z cichym trzaskiem. Założyłem kłódkę. Już chciałem się odwrócić, ale usłyszałem za plecami podwójne kroki, które zatrzymały się tuż za mną. Moja dłoń zamarła na chłodnej kłódce. Nawet nie musiałem się odwracać, by wiedzieć, kogo mogę zobaczyć. Byłem tak przyzwyczajony do moich szkolnych prześladowców, że mój mózg zaczął ich rozpoznawać po krokach, jakie stawiali.
- Co tam, Hommo-Lu?
              Wziąłem głęboki oddech, odrywając rękę od kłódki. Powoli odwróciłem się w stronę bliźniaków. Chłopaki wpatrywali się we mnie z kpiną, a na ich twarzach widniały złośliwe uśmieszki, do których już przywykłem. Moje palce mocniej zacisnęły się na plecaku. Wtedy też usłyszałem kolejne kroki. Dodatkowe dwie osoby zmierzały w naszą stronę. Miałem cichą nadzieję na to, że to może jacyś nauczyciele. Dzięki temu mógłbym się od nich uwolnić i w spokoju wrócić do samochodu. Niestety z rozczarowaniem spojrzałem na dziewczyny. Sadie i Ally dołączyły do swojej drużyny, którą tworzyli z braćmi Woods.
- Co tam, pajacu? – rzuciła ze śmiechem Ally, odgarniając z ramion swoje blond włosy. Pozostawiłem to bez komentarza. Wiedziałem, że jak tylko ją obrażę – a miałem na to cholerną ochotę – to oberwę od bliźniaków dwa razy mocniej, niż to, co dzisiaj dla mnie szykowali.
- Z wrażenie zaniemówił – skomentował Dylan, podchodząc bliżej. Pchnął mnie, a ja odbiłem się od szafek. Huk rozniósł się po korytarzu, połączony ze śmiechem osaczającej mnie czwórki. – Masz za małe jaja, by się odezwać? Czym tak imponujesz Sam, że zdołałeś ją zakręcić wokół swojego palca?
- Nie twój interes – mruknąłem, spychając jego dłoń z ramienia.
- O! No, proszę. Świr się odezwał. Co masz nam jeszcze do powiedzenia?
- Odpieprz się.  
              Zdążyłem to powiedzieć, a doskoczył do nas Bradley. Zanim się zorientowałem, uderzył mnie pięścią w brzuch. Zachwiałem się, zginając się w pół. Dobrze, że nie włożył w tego więcej siły, bo z pewnością miałbym odruch wymiotny gwarantowany. Nie zmieniało to jednak faktu, że cholernie bolało. Krzywiąc się, wyprostowałem się, by znów móc na nich spojrzeć.
- Pieprzyłeś się już z Sam? – zapytała Ally. – Jaka jest w łóżku ta mała dziwka?
- Obraź ją zdziro jeszcze raz – zacząłem, ale nie dokończyłem, bo Bradley uderzył mnie po raz kolejny, tym razem trafiając w policzek, zahaczając jednocześnie o nos. Ciepła ciecz zalała mi twarz, brudząc białą koszulkę.
- Zważaj na słowa, Hemmings. Ally nie jest na twoim poziomie, frajerze. Trochę szacunku.
- Dziwne, że o szacunku wypowiada się osoba, która nie ma o tym zielonego pojęcia.
             Cała nasza piątka drgnęła na znany nam głos. Wycierając dłonią krwawiący i bolący nos, spojrzałem w kierunku brunetki. Samantha nie patrzyła jednak na mnie. W jej ciemnych oczach lśniła złość, którą kierowała na przeciwną grupę, która się nas uczepiła i nie chciała zostawić. Zauważyłem, jak zacisnęła dłonie w pięści. Jęknąłem w duchu. Naprawdę nie chciałem, by się mieszała. Nie chciałem, by widziała to wszystko, a w szczególności, by brała w tym udział. Bałem się, że i jej może się coś stać.
- Jest i ona! – zawołała Ally. – Chyba twój chłoptaś jest lekko ranny.
- Zamknij się – warknęła, odpychając ją, by móc przejść. Dziewczyna zaśmiała się, a następnie spojrzała porozumiewawczo na resztę. Sam już była blisko mnie, ale w ostatniej chwili, blondynka złapała ją i pociągnęła do tyłu.
- Jeszcze z nim nie skończyliśmy – zaczął Dylan.
               Tym razem to ja chciałem ruszyć w jej stronę, aby uwolnić ją od łap Ally i Sadie, która od razu pomogła przetrzymać szamotającą się Hood. Naprawdę musiałem się mocno postarać, by ich nie uderzyć, choć miałem na to cholernie wielką ochotę. Jednak zdążyłem zrobić, tylko jeden krok, a bliźniaki rzucili się na mnie. 
              Kątem oka dostrzegłem, jak Ally uderza Sam. Warknąłem pod nosem, wypuszczając w myślach wiązankę przekleństw. Szarpałem się jeszcze bardziej, aż w końcu nie wytrzymałem i sam przystąpiłem do ataku, rzucając się na słabszego z braci, czyli Dylana. Udało mi się go powalić na podłogę i dwa razy uderzyć w szczękę. Bradley jednak szybko ściągnął mnie z niego, więc oboje teraz tarzaliśmy się po ziemi i żaden nie chciał odpuścić. Zdołałem jednak dostrzec to, jak Hood rewanżuje się Ally. Blondynka chyba nie spodziewała się ciosu ze strony Sam. To wystarczyło, by ona i Sadie wycofały się. Mogłem się założyć, że były zaskoczone kontratakiem, jaki wykonała brunetka.
- Ej! Ej! Ej!
              Cała nasza szóstka spojrzała w stronę zbliżającego się Clifforda. Zaraz za nim szedł Irwin. Michael nie wyglądał na silnego, choć było całkiem odwrotnie. Z łatwością złapał siedzącego na mnie Bradley’a i poderwał go do pionu. Odetchnąłem, czując, jak płuca z braku tlenu palą mnie żywym ogniem.
- Popieprzyło was? – warknął Clifford, odpychając braci. – Spierdalać!
- Ale…
- Już! Chyba, że chcecie mieć pieprzone kłopoty. Calum miał racje, zupełnie zaczęło wam odwalać.
- Ty nagle też zmieniłeś front? – zapytał Dylan, mierząc go wzrokiem.
- Bo to staje się chore.
- Nic ci nie jest? 
               Usłyszałem głos Ashtona, gdy zwrócił się do Sam. Powoli podniosłem się z ziemi, ignorując tępy ból, który roznosił się po ciele. Moje oczy skupione były na dziewczynie, która opuszkami palców dotykała zaczerwienionego miejsca tuż w kąciku wargi. Byłem pewny, że to właśnie tam trafiła ją pięść Ally.
- Jest w porządku.
- Macie z nią jakiś problem?
- Spadam stąd – rzuciła blondynka, pomijając pytanie Ashtona. Odwróciła się i razem z Sadie odeszła, jakby miała gdzieś to wszystko, co jeszcze przed chwilą działo się na szkolnym korytarzu.
- Wy też powinniście już iść - zaczął Michael.
- Ale…
- Już dość – powiedział stanowczo Irwin. Bliźniaki przekręcili oczami. Oni również ruszyli w głąb korytarza, by po chwili zniknąć za rogiem. – Sam?
- Jest okej – odpowiedziała, kiwając głową. Chłopaki wymienili spojrzenia. – Zostawicie nas samych?
- Pewnie – skwitował Michael, uśmiechając się lekko. – Do zobaczenia.
- Trzymajcie się – odparła dziewczyna.
- Na razie, Sam – rzucił Ash, a potem zerknął na mnie. – Cześć, Luke.
- Cześć – wydusiłem, będąc w szoku, że znów się do mnie odezwał.
               Ja i Sam odprowadziliśmy ich wzrokiem, gdy oboje pogrążeni w cichej rozmowie, ruszyli w stronę schodów. Kiedy zniknęli nam z pola widzenia, spojrzałem na dziewczynę. Brunetka podeszła bliżej mnie. Jej palce delikatnie przejechały po moim policzku, na którym widać było świeżą krew. Pokręciła głową, jakby odpowiadała sobie na zadane w myślach pytanie. Złapałem ją za rękę, odsuwając ją od swojej twarzy.
- Nie powinnaś się mieszać.
- Ale Luke…
- Nie powinnaś – warknąłem, czując narastającą złość. Nie była jednak ona kierowana na nią, a na mnie. Kierowałem ją sam na siebie. To przeze mnie działo się to wszystko. – Zobacz, do czego to doprowadziło!
- Luke, uspokój się.
- Ona cię uderzyła! Zrobiła ci… I to przeze mnie!
- To nie jest twoja wina.
- Oczywiście, że jest!
- Luke, przestań do cholery na mnie krzyczeć!
- Nie – przerwałem, kręcąc głową. – W takich momentach, powinnaś odejść i się nie wtrącać. To, co się dzieje nie dotyczy ciebie! Nie powinno cię to obchodzić!
- Obchodzi mnie, bo ty mnie obchodzisz – powiedziała powoli, a ja mocniej zacisnąłem zęby. – Przestań mnie odtrącać, gdy dzieje się coś takiego!
- Robię to, bo nie chcę byś cierpiała, ale jak widać ty zawsze wiesz lepiej!
- Luke!
- Nie chcę byś się mieszała, gdy na mojej drodze stają bliźniaki. Nie chcę byś na to patrzyła, rozumiesz?
- Luke, proszę…
- Zostaw – rzuciłem, odsuwając się od niej. 
               Powoli sam zaczynałem gubić się w tym wszystkim. W tym, co słuszne, a co nie. W tym momencie byłem jednym kłębkiem nerwów, które starały się znaleźć ujście. Potrzebowałem chwili samotności, by się uspokoić i na nowo wrócić do normalnego funkcjonowania. Byłem zły i rozgoryczony, a nie chciałem wyżywać się na niej. Wiedziałem jednak, że jeśli Sam nie odejdzie, to mogę w końcu wybuchnąć, choć cholernie starałem się opanować.
- Luke, uspokój się i porozmawiajmy o tym…
- Nie chcę rozmawiać!
- Nie, poczekaj. Nie chcę byś zawsze uciekał, a ciągle to robisz, gdy dzieje się coś złego. – Złapała moją rękę, ale ja szybko ją wyrwałem.
- Może taki już jestem, nie pomyślałaś o tym! Będzie lepiej, jak…
- Stój!
- Puść mnie!
- Luke!
- Odpieprz się ode mnie!
              W tym momencie wybuchłem. W tym momencie zrobiłem coś, czego nigdy nie powinienem był zrobić. Nie wiem, co mnie napadło. Nie wiem, jakim cudem wykonałem ten ruch. Jakbym nie panował nad swoim ciałem.
              Miałem wrażenie, że widzę tę scenę w zwolnionym tempie. Samantha podeszła do mnie jeszcze bliżej, mając gdzieś to, że zwróciłem się do niej w tak ostry sposób. Mogłem się domyślać, że tłumaczy to sobie wściekłością, jaka we mnie buzowała, choć nie było to dla mnie żadne usprawiedliwienie. Wtedy też odepchnąłem ją od siebie, a dziewczyna uderzyła o szafki z głośnym hukiem. Odbiła się od nich, ale w ostateczności złapała równowagę i nie przewróciła się. Momentalnie zrobiłem wielkie oczy. Pobladłem na twarzy, czując, jak cały zaczynam się trząść. Zrobiło mi się cholernie zimno, gdy Sam krzywiąc się, dotknęła tyłu swojej głowy. Kiedy oderwała od niej palce, zauważyłem na nich czerwone ślady krwi.
               Byłem pewny, że cały świat runął mi na głowę. Miałem wrażenie, że rozbijam się na małe kawałki. Że życie po raz kolejny mnie łamie, choć teraz ewidentnie wszystko działo się na moje życzenie. Skrzywdziłem ją. Zrobiłem krzywdę osobie, którą kocham. Zraniłem dziewczynę, która była przy mnie podczas wzlotów i upadków. Która wspierała mnie na każdym kroku. A ja idiota zniszczyłem to wszystko. Nienawidziłem samego siebie.
- Sam? – Powoli oderwała wzrok od zakrwawionych palców, przenosząc na mnie swoje ciemne oczy. Czułem, jak mój oddech przyspieszył jeszcze bardziej. – Przepraszam. Ja… To nigdy nie powinno mieć miejsca.
- Okej…
- Nie jest okej – pociągnąłem, a łzy wcisnęły się do moich oczu. – To wszystko moja wina. Naprawdę nie chciałem, nie wiem, co mi odbiło. Ja zrobiłem… On miał pieprzoną rację…
- Luke, o czym ty mówisz?
- Będę taki, jak mój ojciec - odpowiedziałem, wilgotnym głosem. – Nie, nie, nie… Nie podchodź do mnie. Nie chcę zrobić ci krzywdy…
- Luke, no co ty? To był wypadek. Sam powiedziałeś, że tego nie chciałeś. Wyjaśnijmy sobie wszystko na spokojnie i… - Pokręciłem szybko głową, czując, jak po policzkach spływają mi słone łzy. Byłem skończony. – Wiem, że byłeś zdenerwowany i…
- Nie próbuje mnie tłumaczyć. Nigdy nie powinienem podnieść na ciebie ręki!
- Nie uderzyłeś mnie!
- Skąd wiesz, że tego nie zrobię?!
- Ty taki nie jesteś, a to… Proszę, Luke…
- Trzymaj się ode mnie z daleka – przerwałem jej, a potem pobiegłem w głąb korytarza, by jak najszybciej wydostać się ze szkoły.

~***~
             Gdyby nie ta pieprzona kłódka, to zaliczyłabym tylko mocniejsze przyłożenie do szafek. Jednak moja głowa trafiła na nią, rozcinając odrobinę skórę. Rana nie była wielka, krew też szybko przestała płynąć. W sumie, jak tylko wyszłam z budynku szkoły, wszystko było praktycznie w porządku. Oprócz bolącej cholernie głowy.
              Nie to jednak dla mnie było ważne. Nie to było najgorsze. Najstraszniejszy dla mnie był stan Luke'a. Nie przestraszyłam się jego wybuchu. Nie przeraziła mnie ta odsłona blondyna. W sumie, gdybym mu odrobinę odpuściła, nie zmuszając go do rozmowy lub może po porostu podeszła do niego inaczej, nic by się nie stało. Możliwe też, że w jakiś sposób próbowałam go tłumaczyć. To fakt, że zareagował na to zbyt impulsywnie, jednak wiedziałam, że nie chciał zrobić mi krzywdy.
               Na nowo powstał przede mną obraz złamanego Hemmingsa. Osoby z utraconą nadzieją, wewnętrznie cierpiącą i rozgoryczoną. Jego błękitne oczy pełne bólu, tak wryły mi się w mózg, że nie potrafiłam wyzbyć się tego obrazu, nawet wtedy, gdy Ashton podrzucił mnie do domu. Postanowiłam jednak dać mu czas na odetchnięcie. Na możliwość uspokojenia się w samotności. Na przemyślenie tego wszystkiego na spokojnie.
- Sam?
- Jestem – odpowiedziałam, wchodząc do salonu. Odłożyłam torbę na kanapę, spoglądając na gotowych do podróży rodziców. – A wy już?
- Co ci się stało w wargę? – zapytał tata, od razu podchodząc bliżej. Złapał mnie za brodę, przyglądając się zaczerwienionemu i lekko napuchniętemu miejscu.
- Tak się kończą wygłupy z chłopakami – skłamałam, uśmiechając się lekko. Uderzone miejsce lekko mnie zamrowiło. To jednak było nic, w porównaniu z bólem głowy. Ale to wolałam przemilczeć.
- Wy i te wasze pomysły – skwitował Ray, przekręcając oczami. – W zamrażalniku są okłady. Weź jeden, by opuchlizna się nie powiększyła.
- Nic mi nie będzie.
- Sam – powiedział tonem lekarza, któremu nie powinno się sprzeciwiać.
- Jasne, jasne… Zaraz to zrobię. Chcę się, tylko z wami pożegnać.
- Będziesz tęsknić? – zapytał tata, pukając mnie dla zgrywy w ramię.
- Pewnie.
- My też.
- Pamiętaj, że gdybyś się źle poczuła, masz natychmiast informować o tym ciotkę lub wujka.
- Powiem Calumowi.
- Calum, to nie jest ciocia i wujek – poprawiła mnie mama. Zrobiłam udawaną niewinną minę. Matula westchnęła, cicho śmiejąc się pod nosem. – Obojętnie, co by się nie działo, masz do nich dzwonić, jasne?
- Jasne, jak słońce.
- To teraz grupowy uścisk – zarządził tata, zgarniając mnie i mamę w swoje szerokie ramiona.
               Jak tylko rodzice wyszli z domu, ruszyłam do kuchni, by wziąć z zamrażarki wspomniany przez ojca okład. Skrzywiłam się i cicho syknęłam pod nosem na zimno, jakie spotkało się z moją skórą. Spojrzałam na zegarek. Miałam poinformować Luke'a, gdy zostanę sama. Jednak po tym, co się stało, postanowiłam dać mu więcej czasu i upomnieć się o jego wizytę nieco później. Zresztą, głowa nadal mnie bolała i chciałam się, jak najszybciej tego bólu pozbyć. Zaserwowałam sobie podwójną dawkę przeciwbólowych tabletek.
               Wyszłam z kuchni, przechodząc prze z salon. Po drodze złapałam za torbę i ruszyłam na górę. Dobrze mi zrobi krótka drzemka. Liczyłam na to, że dzięki temu ból ustąpi. Weszłam do swojego królestwa, szybko przebierając się w dresy i luźną koszulkę. Odłożyłam telefon na stolik. Następnie wskoczyłam na materac, przykrywając się kocem po samą brodę. Okład z lodem trafił na moje czoło. Od razu lepiej.

~***~
              Podczas drogi do domu, musiałem się raz zatrzymać. Łzy skutecznie zasłaniały mi pole widzenia. Nie chciałem spowodować wypadku, więc zjechałem na pobocze, włączając awaryjne światła. Zacząłem brać głębokie oddechy, by się uspokoić. Mimo tego nienawiść do siebie samego wcale nie słabła. Czułem się okropnie z tym, co się stało na szkolnym korytarzu. To nigdy nie powinno mieć miejsca. Może jej nie uderzyłem, ale i tak w jakiś sposób skrzywdziłem. Wszystkie negatywne emocje kłębiły się we mnie, a ja nie byłem pewny, czy tym razem dam sobie z nimi radę.
                Czułam, że Sam mogła mnie po tym incydencie przekreślić. Nie zdziwiłbym się, gdyby nie chciała mieć ze mną już nic wspólnego. Jeśli faktycznie tak by się stało, wiedziałem, że w jakiś sposób byłbym skończony. Uzależniłem się od niej i od tej pozytywnej energii, jaką mi dawała. Od uczucia, jakim mnie obdarzyła. Potrzebowałem jej, jak tlenu. Teraz jednak grunt znów usuwał mi się spod stóp, a ja nie wiedziałem, czy tym razem nie zniszczyłem dosłownie wszystkiego.
                W końcu uspokoiłem się na tyle, by ruszyć ponownie. Kiedy tylko zaparkowałem pod domem, spojrzałem na samochód ojca. Miałem cichą nadzieję na to, że Adama nie ma. Dzisiaj jednak los postanowił chyba porządnie mnie przemaglować. Jeszcze tego brakowało, by i on się mnie uczepił.
                 Wszedłem cicho do domu, starając się nie robić hałasu. Odruchowo przetarłem dłonią bolący nos, który na szczęście nie był złamany. Miałem tylko zaczerwieniony ślad po uderzeniu na twarzy i zaschniętą krew na koszulce, która dawała by innym znać o tym, że coś mogło się stać. Wiedziałem jednak, że moi rodzice w ogóle się tym nie będą przejmować.
                 Chciałem niezauważalnie czmychnąć na górę. Chciałem udawać, że mnie tu nie ma, byleby tylko on nie zwrócił na mnie uwagi. Jednak dzisiaj musiałem mieć wielkiego pieprzonego pecha. Jak tylko postawiłem nogę na pierwszym schodku, z salonu wyłonił się Adam Hemmings. Obrzucił mnie pogardliwym i chłodnym spojrzeniem. Jego wzrok zatrzymał się dłużej na mojej ubrudzonej od krwi białej koszulce oraz zaczerwienionych oczach.
- Ładnie – skomentował, unosząc brwi do góry. - Ktoś ci spuścił w szkole wpierdol? – Kiwnąłem, tylko głową. Naprawdę wolałem się nie odzywać. Najchętniej chciałbym zniknąć. – I pewnie płakałeś, jak panienka? Co jest, gówniarzu? Nie masz jaj, by się postawić?
- Nie o to chodziło – odpowiedziałem, kręcąc lekko głową.
- Nie? Mogę się założyć, że zlali cię na kwaśne jabłko, a ty nawet nie potrafiłeś się obronić. Jak było, gnojku? Może nie mam racji? Może liczyłeś na to, że ktoś ci pomoże? Tylko kto? Przecież ty nie masz przyjaciół.
              Oderwałem od niego wzrok, wpatrując się w schody. Zacisnąłem mocniej zęby, bo jego słowa bolały. Mimo tego, że nie mówił mi niczego nowego, to jednak raniły one tak samo, jak wtedy, gdy wypowiadał je po raz pierwszy. Zastanawiałem się, czy kiedykolwiek pogodzę się z tą gorzką prawdą, że naprawdę jestem nikim dla własnych rodziców.
- Patrz na mnie, jak do ciebie mówię!
              Aż poskoczyłem, gdy duża dłoń Adama trzepnęła mnie w tył głowy. Zachwiałem się, łapiąc się barierki. Gdyby nie to, to z pewnością bym się przewrócił. Mężczyzna prychnął pod nosem, kręcąc z niedowierzaniem głową. Byłem dla niego jednym wielkim rozczarowaniem.
- Wstydzę się tego, że jesteś moim rodzonym synem.
- Ja się wstydzę, że jesteś moim ojcem - powiedziałem cicho. 
              Zrobiłem wielkie oczy, gdy zdałem sobie sprawę z tego, że to naprawdę wyszło z moich ust. I że on to słyszał. Nawet nie ukryłem przerażenia, gdy Adam zazgrzytał zębami. Widziałem, jak jego dłonie zaciskają się w pięści.
- Coś ty powiedział?!
- Nic.
- Masz mnie jeszcze czelność obrażać, gówniarzu?!
               Zamachnął się, a jego pięść trafiła mnie w dolną wargę. Szybko poczułem metaliczny smak krwi, gdy rozciął mi ją tuż z brzegu. Cieszyłem się, że nie celował w drugą stronę, tam gdzie znajdował się kolczyk, bo mogłoby się to skończyć o wiele gorzej. Złapał mnie za kark, zniżając do parteru. Moje ciało zaskomlało z bólu. Dzisiaj stanowczo za bardzo było poobijane.
- Śmiesz mówić, że przynoszę ci wstyd?! A kim ty jesteś, by mówić coś takiego?! Jesteś nikim! Jesteś gnojem, który żeruje na naszych pieniądzach. Utrzymujemy cię, a ty nie robisz nic! Jesteś zwykłym darmozjadem!
- Przepraszam, ja nie… 
              Ale urwałem, gdy jego paznokcie jeszcze mocniej wbiły mi się w skórę. Nie utrzymałem się w tej pozycji i padłem na kolana. Adam kopnął mnie w bok, a ja poleciałem na schody. Mój oddech w tym momencie przyspieszył jeszcze bardziej. Ślina nagromadziła się w ustach, nadal mieszając się ze smakiem krwi.
- Wszystko, co się kurwa dzieje jest twoją pieprzoną winą! Ludzie cię nienawidzą, dlatego odchodzą! Będziesz zawsze sam! Doprowadziłeś swoją babcię do śmierci! Twoje ciągłe nękanie jej, spowodowało to wszystko! A ta twoja dziewczyna?! Ona też odejdzie, bo nie masz nic, oprócz naszych pieniędzy, co by mogło by ją przy tobie zatrzymać! Jesteś nikim! Zawsze taki byłeś, jesteś i będziesz i nigdy tego, kurwa nie zmienisz! Nienawidzę cię! Wszyscy cię nienawidzą!
               Zacisnąłem mocniej powieki, gdy podniósł zaciśniętą pięść. Byłem pewny, że uderzy mnie po raz kolejny. Moje mięśnie na nowo spięły się, czekając na kolejną falę ciosów. Jednak nic nie poczułem. Adam po prostu odwrócił się i wrócił do salonu, zostawiając mnie na holu.
               Ignorując roznoszący się po ciele ból, wstałem jak najszybciej z podłogi. Niemalże wbiegłem na górę, nadal starając się być cicho. W mojej głowie ciągle pojawiały się jego słowa. Nienawidzę cię, wszyscy cię nienawidzą, jesteś nikim, doprowadziłeś ją do śmierci, ona też odejdzie…
               Czułem, jak cały się trzęsę. Nie potrafiłem tego opanować. Myśli w mojej głowie krzyczały, jakby ciągle ktoś odgrywał je na nowo i na nowo. Nie mogłem się ich pozbyć. Poczucie osamotnienia, smutku, żalu, wstydu, a nawet nienawiści do samego siebie, zaczynały przejmować kontrolę. Jedyne, o czym marzyłem, to choć na chwilę się uwolnić. Za wszelką cenę chciałem zyskać odrobinę psychicznego spokoju. Wiedziałem, że w takich momentach moją deską ratunku była Sam. Jednak po tym, co jej zrobiłem, nie miałem odwagi, by do niej iść. Zresztą, jak mogłem prosić ją o pomoc czy nawet rozmowę, kiedy skrzywdziłem ją w sposób fizyczny? Teraz musiałem radzić sobie sam. Sam ze sobą. A wiedziałem, że mam jedno wyjście. 


***
Kolejny kryzys w życiu Hemmingsa. On w tej historii to zgarnia chyba, za wszystkich "Luke'ów" w moich ff. Chociaż ten z TGE też nie miał lekko. Dziś na horyzoncie pojawił się też Michael i Irwin - jako obrońcy. Calum to z pewnością dostałby furii, jakby zobaczył akcję na korytarzu :)
Mam nadzieję, że mimo wszystko rozdział przypadł Wam do gustu :)

Dziękuję Wam za wszystkie cudne komentarze!

Standardowo przypominam o Asku i Twitterze - @RoxyDonau 

Kolejny rozdział w następną niedzielę.

Pozdrawiam!

6 komentarzy:

  1. Jej ale smutny odcinek aż lezka mi sie w oku zakrecila. Szkoda mi Luke'a :( mam nadzieje ze w kolejnych odcinkach bedzie lepiej.
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyjemnie w tej części to Luke nie miał :\
      Dzięki bardzo za komentarz :)
      Pozdrawiam :*

      Usuń
  2. Teraz mi smutno :( dzięki, Roxy.
    Wydaje mi się, że Sam jak zwykle szybko będzie potrafiła pomóc przejść ten kryzys Lukowi.
    Do następnego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie chciałam by było Ci smutno :(
      Dzięki za komentarz :)
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Ojoj :C
    Smutne.
    Troszku się popłakałam.
    Biedny Lukey.
    Niech szybko to kończy i się wyprowadza.
    Sam Musi pomóc Lukowi.
    A ten koniec jest mega ciekawy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że rozdział wzbudził emocje - bo o nie najtrudniej :)
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam :)

      Usuń