niedziela, 5 czerwca 2016

Rozdział 31

I don't wanna die, but I ain't keen on living either


              Powoli otworzyłam oczy. Zamrugałam. Zdałam sobie sprawę z tego, że wokół mnie panuje ciemność. Najwidoczniej przespałam cały dzień. Bosko. Na całe szczęście głowa przestała mnie boleć, a ja czułam się lepiej.
               Drgnęłam, kiedy zorientowałam się, że wcale nie obudziłam się sama. Mianowicie do moich uszu doszedł dźwięk znanego mi dzwonka, który wydobywał się z leżącej na szafce komórki. Ktoś usilnie próbował się ze mną skontaktować, jednocześnie wybudzając mnie ze snu. Zanim jednak zdążyłam chwycić podskakujące w miejscu urządzenie, ktoś się rozłączył. Udało mi się dostrzec godzinę – było po jedenastej – zanim ekran rozjaśnił się na nowo, ukazując ponowne połączenie. Dzwonił Luke.
- Tak?
- Sammy – powiedział, a ja od razu wstrzymałam oddech. To, jak brzmiał, wcale mi się nie podobało. Jego głos był wilgotny, z lekką chrypką, a do tego zdradzał, że Hemmings nie był w stu procentach trzeźwy.
- Gdzie jesteś? - zapytałam od razu, siadając na łóżku.
- W końcu odebrałaś, ja… ja chciałem… Cholernie cię kocham, Sammy – wymamrotał, co zaniepokoiło mnie jeszcze bardziej.
- Ja ciebie też, Lukey. A teraz proszę powiedz mi, gdzie jesteś?
- Nie, nie, nie – wyrzucił z siebie. – Nie powinnaś mnie kochać. Nikt nie powinien. Nie… Nie zasługuje. Jestem skończony. Nigdy… Już dawno nie czułem się tak paskudnie. Zawsze byłem beznadziejny.
- Luke – powiedziałam stanowczym głosem. – Mów, gdzie jesteś.
- W moim ulubionym miejscu…
- Jesteś na polanie?
- No… Kompletnie sam. Myślałem… Myślałem, że jestem do tego przyzwyczajony, ale potem pojawiłaś się ty i… Cholernie jest mi źle. Samotność jest do dupy. Ale może tak właśnie ma być. Może mam być zawsze sam…
- Nie gadaj głupot, Luke. Nie jesteś sam.
- Jestem idiotą.
- Luke, jak dużo wypiłeś?
- Sammy... Tak cholernie cię przepraszam - wydusił, ignorując moje pytanie. Poderwałam się z łóżka. Na oślep podeszłam do przełącznika. Błysnęło światło, które odrobinę mnie oślepiło.
- Luke?
- Naprawdę cię przepraszam…
- Przestań…
- Nie, nie, nie… - Urwał, a do moich uszu doszedł cichy szloch. Chłopak był w kompletnej rozsypce. Nic dziwnego, że moje serce od razu się ścisnęło. Upadek osoby, którą się kocha zawsze boli. Ale byłam od tego, by pomóc mu się podnieść. Zrobiłabym wszystko, aby tylko jego stan się polepszył. Byłam gotowa na wszystko, bez względu na konsekwencje.
- Luke, nie ruszaj się stamtąd, zaraz tam będę.
- Sammy… Chyba zrobiłem coś głupiego – pociągnął, a ja zamarłam. – Tak… Zrobiłem coś głupiego i przepraszam. Przepraszam cię za wszystko. Za to, co stało się w szkole, za… za to, że w ogóle mnie poznałaś. Za to, że przeze mnie kłóciłaś się z Calumem. Za to, że ściągałem cię na dół razem ze mną. Tak cholernie cię przepraszam… Lepiej by było gdybyśmy nigdy się nie poznali. Byłabyś szczęśliwsza i… ale cie kocham. Kocham cię tak bardzo, że pozwalam ci odejść. I zrób to. Uwolnisz się ode mnie i będziesz mogła… Matko, cholernie źle się czuję…
- Luke?
- Tak?
- Siedź na tyłku i nie ruszaj się.
- Jest mi wszystko jedno – wydukał, a ja poczułam, jak po tym wszystkim, co powiedział, zrobiło mi się zimno.
- I nie…
- Przepraszam.
- Rozłączaj się – powiedziałam już po fakcie, bo Hemmings zakończył połączenie. – Serio?!
                Przekręciłam oczami, wciskając telefon do kieszeni dresowych spodni. Na szczęście zasnęłam w ubraniach, a nie w piżamie, więc nie musiałam się przebierać. Złapałam tylko za bluzę i wyszłam z pokoju, gasząc za sobą światło. Po ciemku zbiegłam po schodach. Na szczęście z nich nie spadłam. Kiedy znalazłam się przy drzwiach, naciągnęłam na siebie bluzę i buty. Złapałam za klucze od domu, które wisiały na małym haczyku tu przy wieszaku z kurtkami. Następnie wyszłam na zewnątrz, czując chłodne powietrze. Musiałem, jak najszybciej dostać się do blondyna. To był mój główny cel.

                Pokonałam cały dystans w naprawdę krótkim czasie. Prawie większość drogi przebiegłam. Nie należałam do osób ze świetną kondycją, więc w czasie biegu dwa razy złapała mnie kolka. Dodatkowo docierając na skraj lasu, dostałam mega zadyszki. Musiałam na chwilę się pochylić, by złapać porządny oddech.
                 Bałam się. Nawet nie próbowałam wmówić sobie tego, że jest inaczej. Bałam się tego, co mogę zobaczyć, kiedy dotrę na miejsce. Kiedy go zobaczę. Co miał na myśli mówiąc, że zrobił coś głupiego? Przeklinałam w myślach sama siebie. Gdybym nie zasnęła, mogłabym go ściągnąć do siebie. Gdybym nie wmówiła sobie tego, że Luke potrzebuje chwili spokoju, poszłabym za nim i być może wtedy nic by się nie stało. Gdybym na niego tak nie naciskała… W mojej głowie pojawiło się tak wiele pytań i różnych scenariuszy, które utwierdzały mnie w tym, jak wszystko zostało przez nas źle rozegrane. A to doprowadziło do panicznego strachu z mojej strony.
                Wyciągnęłam z kieszeni telefon. Szybko weszłam w odpowiednią aplikację, zmieniając swoją komórkę w latarkę. Aby trafić na polanę, musiałam najpierw pokonać niewielki odcinek lasu, w którym było cholernie ciemno. Poczułam, jak zadrżały mi dłonie. Wejście do lasu w pojedynkę i to o takiej porze, nie było zbyt optymistyczne. Odgoniłam jednak te obawy. Priorytetem i tak nadal był Luke. Wzięłam kolejny głębszy oddech, a następnie weszłam na ścieżkę.
                Będąc w lesie, musiałam zwolnić. Nie mogłam biec, bo droga była usłana liśćmi i gałęziami, które pękały pod moimi adidasami. Miałam wrażenie, że ten trzask roznosi się echem i jest dwa razy głośniejszy, niż w rzeczywistości. Parę razy zaczepiłam się bluzą, o jakieś krzaki, które pojawiły się na mojej drodze. Zdecydowanie wolałam pokonywać tę ścieżkę, kiedy jest jasno i wszystko idealnie widać.
                W końcu dotarłam na koniec lasu, co dla mnie trwało stanowczo za długo. Pierwsze, co zobaczyłam, to zarys stojącego naprzeciwko mnie samochodu. Nawet nie musiałam dokładnie go widzieć, by domyślić się do kogo należy. Luke ewidentnie był na miejscu. Przyspieszyłam kroku. Tutaj niebo nie było zasłonięte przez gęste korony drzew, więc miałam lepszą widoczność. Szybko dostrzegłam chłopaka w białej koszulce, opartego plecami o zimny murek.
                  Blondyn drgnął, słysząc kroki. Podniósł głowę, przecierając placami oczy. Zaświeciłam na niego komórką, przez co lekko się skrzywił. Zacisnęłam usta, patrząc na to, do czego doprowadził. W jakim stanie się znalazł. Widać było po nim, że jest otumaniony i nie za bardzo wie, co się dzieje naokoło niego. Jego źrenice były maksymalnie rozszerzone, jakby Luke wspomagał się, nie tylko alkoholem, ale czymś jeszcze.
- Luke?
- Sammy – odparł zachrypniętym głosem.
- Coś ty do cholery zrobił? – jęknęłam, padając na kolana tuż przed nim.
                    Musiałam mocno zacisnąć zęby, choć i tak nie udało mi się powstrzymać kilku łez, które wypłynęły z moich oczu. Powód tego był jeden. Jego dłonie. A raczej nadgarstki, na których widniały świeże cięcia, które nadal krwawiły. Wyglądało na to, że zrobił je niedawno. Czerwone plamy znajdowały się również na jego ubraniu, barwiąc białą koszulkę.
- Sammy…
- Obiecałeś… Obiecałeś, że nigdy więcej tego nie zrobisz – powiedziałam, ujmując jego twarz w dłoniach. Zmusiłam go do tego, by jego błękitne oczy skoncentrowały się na mnie.
- Nie wiem… Nie wiem, czemu… Nic nie rozumiem.
- Co wziąłeś? – Potrząsnęłam nim lekko. – Luke, musisz mi powiedzieć. Chcę ci pomóc.
- Jesteś na mnie zła – wydusił cicho, spuszczając jednocześnie głowę. – Przepraszam – dodał, przyciskając brudne dłonie do twarzy. – Nie powinnaś… Nie chcę być mnie widziała w takim stanie… Powinnaś mnie zostawić. Nie powinnaś mi pomagać i… Sammy… Jesteś tutaj.
- Oczywiście, że jestem – powiedziałam, gładząc go po policzku. Chłopak ponownie na mnie spojrzał, a w jego oczach dostrzegłam łzy.
- Przepraszam…
- Już w porządku. Poradzimy sobie z tym, okej? Tak, jak zawsze to robiliśmy. – Pokiwał głową. - Musisz mi tylko powiedzieć, co wziąłeś. – Nie musiałam się pytać, co takiego pił, bo obok niego leżała opróżniona butelka po whisky.
- Ja… Chciałem … – zaczął powoli. – Wziąłem trochę proszków na uspokojenie. Chciałem by… By to wszystko wyszło z mojej głowy i zostawiło mnie w spokoju. Ale to nic nie dało… Wypiłem i… Nie lubię tego stanu… Jakbym nie miał kontaktu… z niczym. A to… - Spojrzał na swoje dłonie. – Nie wiem… Coś podpowiedziało mi, że powinienem to zrobić, by poczuć się lepiej… Ale… Ale to kurwa nic nie dało… Nic. – Po jego policzkach spłynęły kolejne słone łzy. – Przepraszam.
- Spokojnie, Luke. Zabiorę cię do domu i…
- Nie, nie, nie! – Odskoczył ode mnie, uderzając plecami w murek. – Tylko nie do domu! Proszę… Nie chcę tam…
- Już dobrze – odparłam, kiedy Luke wpadł w moje ramiona. Nigdy nie wpadłabym na tak głupi pomysł, aby odstawić go w takim stanie do jego własnego domu. Wolałam nie wiedzieć, co by zrobił z nim Adam, gdyby go zobaczył. Dlatego szybko sprecyzowałam moją wcześniejszą wypowiedź. – Zabiorę cię do siebie, okej? – Pokiwał głową. – Gdzie masz kluczyki od samochodu?
- W kieszeni.
                 Odsunęłam od siebie chłopaka, który po raz kolejny zalał się łzami. Luke definitywnie przechodził koleje załamanie i to bolało. Cały ten widok bolał. Chciałam, by mój uśmiechnięty Lukey wrócił. Postanowiłam, że zrobię wszystko, aby znów pociągnąć go do góry i nie dopuścić do tego, by pogrążył się w tym upadku na dłużej. By znów zyskał odrobinę spokoju i nadziei, jaką w sobie nosił od dłuższego czasu. Sprawić, by na nowo widział życie w jaśniejszych barwach.
                Wyciągnęłam z jego kieszeni kluczyki od auta. Zabrałam też leżącą obok niego komórkę. Powiedziałam mu, że zaraz wrócę, a następnie podniosłam się i szybko ruszyłam w kierunku samochodu. Wcisnęłam jego telefon do swojej bluzy. Oddam mu go, jak blondyn dojdzie do siebie. Podeszłam do bagażnika. Otworzyłam go. Nie musiałam w ogóle szukać apteczki, bo czerwone pudełko od razu rzuciło mi się w oczy. Zabrałam ją.
                Wróciłam do chłopaka, ponownie klękając tuż przed nim. Wsunęłam się między jego nogi, aby znaleźć się bliżej. Ustawiłam telefon, który nadal robił za moją latarkę tak, by jak najlepiej widzieć jego poranione nadgarstki.
- Co robisz?
- Zrobię szybkie opatrunki, a potem pojedziemy do mnie.
- Sammy – spojrzałam na niego – tak cholernie mi przykro. Nie powinienem był… ciebie w to wciągać. Nie powinnaś tu przychodzić.
- Jestem tu, a wiesz dlaczego? Bo nie opuszcza się osoby, którą się kocha. Jestem tu, bo tego potrzebujesz.
                 Otworzyłam apteczkę. Złapałam za paczkę gazy i dwa bandaże. Nie bawiłam się w przemywanie ran. To zrobię dokładnie w domu. Chciałam jednak zasłonić cięcia, aby nie dostało się tam więcej brudu i by Luke nie zakrwawił bardziej ubrania, ani tym bardziej swojego samochodu. Ściągnęłam jego opaski, starając się nie dotykać ran, które były między nimi. Luke syknął cicho, a potem zmarszczył nos, jednak nie protestował i nie prosił, bym to zostawiła. Jego ozdoby trafiły do małego woreczka, który również znalazłam w apteczce. Następnie schowałam je do kieszeni bluzy. Teraz mogłam zabrać się za opatrunki. Kiedy skończyłam, uprzątnęłam wszystko, zanosząc czerwone pudełko z powrotem do bagażnika. Ponownie wróciłam do chłopka.
- Idziemy?
- Sammy…
- Tak?
- Dziękuję – powiedział cicho. Pochyliłam się nad nim, całując lekko jego czoło. Przymknął oczy, zaciskając palce na mojej bluzie. – Za wszystko, co… co robisz. – Uśmiechnęłam się do niego, ale on tego nie widział. Zapatrzył się gdzieś przed siebie, pozwalając na to, by kolejne łzy spłynęły po jego policzkach.
- Wstajemy – odparłam, łapiąc go pod ramię. Nie powiem, ale nie było łatwo, podciągnąć go do góry. Szczególnie, że Luke bujał się na boki, jakby nie potrafił złapać pionu. Wsparł się na mnie, a potem jęknął pod nosem. – Co się dzieje?
- Nie dobrze mi. Wszystko… Wszystko się kręci… Nie… Nie za fajne uczucie i… - Raptownie odwrócił się, jakby znalazł w sobie więcej siły. Oparł się rękami o murek, pochylając się do przodu.
- Luke?
- Naprawdę źle się czuję – wydusił, łapiąc nerwowo głębokie oddechy. Przytknął drżącą dłoń do ust.
- Luke?
               Chłopak tylko pokręcił głową. Zauważyłam, że dostał odruchów wymiotnych. Wiedziałam, co zaraz się stanie. Przetrzymałam go tak, by stał prosto w jednym miejscu. Blondyn zaczął się trząść. Jego organizm naprawdę mocno chciał się pozbyć tego, co wziął i wypił. Luke jeszcze bardziej przycisnął dłoń do ust. W momencie kiedy dostał typowego spazmatycznego oddechu, chwyciłam go za nadgarstek, odciągając jego rękę. Dzięki temu nie zwymiotował na siebie. Widziałam, jak mocno zacisnął palce na murku, o który się opierał. Jęknął i ponownie wyrzucił z żołądka wszystko to, co mu w nim zalegało. Przejechałam dłonią po jego plecach, kiedy zaczął kaszleć, starając się jednocześnie złapać oddech.
- Kurwa…
- Lepiej?
- Nie wiem… Ale… nie – odpowiedział, by po chwili zwymiotować po raz kolejny. Musiałam poczekać, aż skończy.
                 W końcu Luke wziął jeden głębszy porządny oddech. Powoli wyprostował się, wycierając usta w rękaw koszulki. Zacisnął powieki i zachwiał się. Od razu złapałam go w pasie, przetrzymując w pionie. Oparł się o mnie, a ja wolnym tempem poprowadziłam go w stronę samochodu. Otworzyłam drzwi od strony pasażera, pomagając mu usiąść.
- Lepiej ci?
- Chyba… Chyba jest w porządku – powiedział cicho, trzęsąc się z zimna. – Ale nadal wszystko mi się buja przed oczami.
- Pochyl się trochę i oddychaj spokojnie i powoli. Zaraz wracam. 
               Kiwnął tylko głową, od razu wykonując moje polecenie. Ponownie przeszłam na tył samochodu, by dostać się do bagażnika. Wyciągnęłam z niego koc. Po chwili znalazł się on na plecach Hemmingsa. Opatuliłam go nim, aby zrobiło mu się cieplej. Następnie sama wsiadłam do auta, zajmując miejsce za kierownicą.
               Ulokowałam kluczyk w stacyjce. Odpaliłam silnik i włączyłam światła. Pierwszy raz miałam okazję prowadzić jego samochód. Wolałam jednak, aby taka okazja przydarzyła mi się w zupełnie innych okolicznościach. Wycofałam, mając nadzieję, że w nic nie uderzę. Zakręciłam, by znaleźć się na prostej drodze, która prowadziła na polanę od drugiej strony lasu.
                Skupiłam wzrok na ciemnej drodze przed sobą. Zerknęłam na Luke'a dopiero wtedy, gdy wyjechaliśmy na normalną ulicę. Blondyn wcisnął się w siedzenie. Miał zamknięte oczy. Jego twarz nadal była blada i mokra od łez. Oddech miał spokojny i miarowy. Miałam tylko nadzieję, że nie zasnął.
- Luke?
- Tak? - wyszeptał, nie ruszając się.
- Masz nie spać, okej?
- Okej… Nie będę.
- Mów do mnie.
- Co?
- Cokolwiek. Po prostu mów.
- Nie wiem…
- Opowiedz mi, jak się poznaliśmy – powiedziałam pierwsze, co przyszło mi do głowy. Zauważyłam, jak lekko uśmiechnął się pod nosem, jakby te wspomnienie było dla niego, czymś przyjemnym.
- Byłaś tam... Na polanie. Grałem na gitarze. Byłem pewny, że nikogo nie ma, ale… Ty byłaś tam. Przy takiej górce, z której spadłaś. Pomogłem ci wrócić na górę. Wtedy… Już wtedy chciałem poznać twoje imię.
- Kiedy je poznałeś?
- Na lekcji. Nie wierzyłem, że jesteś kuzynką Hooda. To był… paradoks. Jesteś kuzynką osoby, która mnie nienawidzi. Wszyscy mnie nienawidzą.
- Ja nie.
- Ty nie.
- I Liam.
- Brakuje mi go. Jego i… babci – powiedział cicho, a ja zacisnęłam mocniej usta. – Dlaczego wszyscy mnie zostawiają?
- Nie zostawili cię. Ja ciebie nie zostawiłam. – Przejechałam dłonią po jego włosach. – Zaraz będziemy na miejscu.
- Okej...
                 Kiedy to powiedziałam, skręciłam w swoją ulicę. Minęła krótka chwila, zanim dostrzegłam dom. Wjechałam na podjazd, parkując samochód po jego lewej stronie, aby być, jak najbliżej wejścia. Zgasiłam silnik i zabrałam kluczyki. Wysiadłam i obeszłam wóz, by otworzyć drzwi od strony pasażera. Poklepałam Luke'a po ramieniu. Chłopak wyprostował się. Ściągnęłam z niego koc, a następnie pomogłam mu wydostać się z auta. Zamknęłam samochód. Blondyn ponownie wsparł się na mnie, kiedy ruszyliśmy w stronę drzwi wejściowych.
                 Weszliśmy do domu. Zapaliłam światło. Zsunęłam z nóg buty. Luke chciał zrobić to samo, ale nie był w stanie złapać samodzielnie równowagi. Przetrzymałam go, pomagając mu zdjąć z nóg czarne trampki. Zaraz po tym, poprowadziłam go na górę.
                 Luke prezentował się naprawdę koszmarnie. Jakby życie zmieliło go, połknęło i wypluło, zostawiając w kompletnym rozgardiaszu. Jego spodnie i koszulka nosiły na sobie ślady krwi, a także zacieki, jakby coś na siebie wylał. Widać było na nich także ślady ziemi, na której tak długo siedział. Nic dziwnego, że od razu dałam mu kierunek łazienka.
                  Posadziłam go na klapie od toalety, prosząc go po raz kolejny, by się nie ruszał. Następnie wyszłam na hol, by skierować się do pokoju rodziców. Wiedziałam, że mój tata nie będzie miął nic przeciwko temu, że znowu dorwę się do jego garderoby. Nie mogłam przecież położyć blondyna spać w tym, co miał na sobie. Wzięłam z półki czarne dresy i czarną koszulkę, a także zamknięte w pudełku nowe bokserki. Z tymi rzeczami wróciłam do Hemmingsa. Na szczęście Luke w dalszym ciągu grzecznie siedział na toalecie.
                  Mimo tego, że Luke trząsł się z zimna, to i tak zaserwowałam mu chłodniejszy prysznic, aby chłopak nie odleciał mi na nowo pod wpływem gorącej temperatury. Jego wargi zrobiły się sine, a ciało pokryło się gęsią skórką. Widziałam nowe siniaki i zaczerwienienia, które mogły być skutkiem dzisiejszego starcia z bliźniakami. Chyba, że i Adam przyłożył do nich rękę.
                   Luke nic nie mówił. W tym momencie wpadł w kompletny stan otępienia. Nawet na mnie nie patrzył, kiedy pomagałam mu się ubrać lub przemywałam jego rany. Zrobiłam mu świeże opatrunki, zakrywając ślady jego osobistej autodestrukcji. Miałam nadzieję na to, że nigdy nie zobaczę czegoś podobnego. Że faktycznie zrobił to ostatni raz i nigdy już nie sięgnie po taki sposób ulżenia sobie. Szczególnie, że jak sam powiedział, nic mu to nie dało i w niczym nie pomogło.
                    Poprowadziłam go do swojego pokoju. Pomogłam mu się położyć. Przykryłam go kołdrą po samą brodę, aby w końcu mógł się rozgrzać. Przejechałam dłonią po jego mokrych włosach. Chłopak niemalże natychmiast zamknął oczy. Jego ręka wysunęła się spod pierzyny. Na oślep odnalazł moje place i splótł je ze swoimi.
- Nie zostawiaj mnie.
- Nie zostawię – powiedziałam, siadając obok. Pocałowałam go w czubek nosa, na co zareagował cichym westchnięciem i delikatnym uśmiechem.
- Przepraszam.
- W porządku. A teraz prześpij się - odparłam, ponownie przesuwając dłonią po jego włosach. Wiedziałam, że to go uspakaja, więc robiłam to tak długo, dopóki nie zasnął.
                     Kiedy miałam pewność, że faktycznie śpi, puściłam jego rękę. Wstałam i poszłam do łazienki. Jak tylko weszłam do białego pomieszczenia, rozpłakałam się. Uczucie bezsilności towarzyszyło mi od samego początku, jak tylko zobaczyłam go na polanie. Jednak starałam się trzymać swoje emocje, by jeszcze bardziej go nie dołować. Teraz w końcu mogłam dać im upust. Nienawidziłam tego uczucia, które sprawiało, że czułam się kompletnie słaba. Słaba wobec tego wszystkiego, co się działo.
                     Przestałam wylewać z siebie łzy, dopiero wtedy, jak sama wzięłam szybki prysznic, a także posprzątałam w łazience. Wsadziłam nasze brudne ubrania do kosza, wyrzuciłam zużyte bandaże i gazy, a także umyłam jego opaski, które nadal miałam w bluzie. Wzięłam je razem z jego telefonem i wróciłam do pokoju. Odłożyłam to wszystko na biurko, a następnie podeszłam do śpiącego chłopaka. Wspięłam się na materac, starając się go nie obudzić. Położyłam się za jego plecami, obejmując go ramieniem. 
                     Nie liczyłam na to, że szybko zasnę. Bałam się zamknąć oczy z obawą, że jak tylko je ponownie otworzę, to Luke zniknie. Martwiłam się też tym, że nadal ma w sobie mieszankę, którą stworzył z własnej głupoty. Obawiałam się tego, że podczas, gdy ja będę spała, jemu może ponownie się pogorszyć. Gdzieś w środku czułam, że jest to dość irracjonalne podejście. Jednak było to silniejsze ode mnie. Troska o niego przysłaniała w tym momencie wszystko. Nawet zmęczenie.


***
Można powiedzieć, że w miarę dobrze się skończyło, bo nie wiadomo, co by było, gdyby Luke do niej nie zadzwonił. Mógłby zrobić coś znacznie gorszego. Sam po raz kolejny rusza z odsieczą. Może dzięki temu Hemmo nie załamie się na dobre? 
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Dziękuję również za wszystkie komentarze, które motywują mnie do pisania :) Dzięki wielkie, za to, że jesteście! :)

Standardowo zapraszam na Aska i Twittera - @RoxyDonau

Kolejny rozdział w następną niedzielę.

Pozdrawiam!

4 komentarze:

  1. Lukuś, ale my wszyscy i Sam cię bardzo kochamy. Nie rób nigdy tak więcej, bo się przez ciebie popłakałam. Twój ojciec to po prostu dekiel i trzeba niestety z tym żyć. Wiec, że Cal zmienił zdanie do ciebie i też cię w pewnym stopniu lubi. Tak samo jest z Ashton'em i Michael'em. I nikt cię nie zostawia. Liam wyjechał, bo musiał, ale babcia jest z tobą zawsze. O tutaj *dotyka miejsca, gdzie jest serce* w sercu.
    Rozdział piękny, smutny (płakałam) i czekam na następny :D
    pozdrawiam ♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę przyznać, że to jeden z cudowniejszych komentarzy, skierowanych do jednego z moich bohaterów, jakie czytałam do tej pory :) Dziękuję za niego!
      Cieszę się, że się podobał i że wywołał emocje.
      Pozdrawiam :*

      Usuń
  2. Cholernie mi go szkoda, widac, że się załamał. Oby Sam pomogła stanąć z powrotem na nogi. Mam go ochotę przytulić i zabrać z tego Sydney byle by mu sie już więcej krzywda nie stała.
    Smutny rozdział, ale podobał mi się:) czekam na następny
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że mimo wszystko Ci się podobało :)
      Dziękuję bardzo za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń