czwartek, 23 czerwca 2016

Rozdział 33

Loving can heal, loving can mend your soul


              Powoli rozchyliłem powieki. Słońce, które wdzierało się przez okno, odrobinę mnie oślepiło. Zmrużyłem oczy, czekając, aż w końcu obraz zacznie mi się wyostrzać. Wokół mnie panowała cisza. Słyszałem, tylko powolny oddech Sam. Dziewczyna nadal była blisko mnie. Owinęła ramię wokół mojego pasa, a jej policzek przyciskał się do mojej szyi. Miałem wrażenie, że czuję bicie jej serca. Uśmiechnąłem się. Uwielbiałem, gdy była tak bardzo blisko. Przejechałem dłonią po jej policzku. Zmarszczyła lekko nos, ale nie odsunęła się. Oparłem swoją głowę o jej, ciesząc się tą spokojną i przyjemną chwilą.
              W końcu poruszyła się bardziej. Poczułem na skórze jej gorący oddech, kiedy głośniej westchnęła. Przesunąłem się odrobinę, składając na jej czole delikatny pocałunek. Mruknęła cicho, a jej palce mocniej zacisnęły się na moim biodrze. Po chwili przejechała po nim dłonią. Zerknąłem na nią po raz kolejny. Para brązowych tęczówek patrzyła wprost na mnie.
- Dzień dobry – powiedziałam zachrypniętym głosem, uśmiechając się.
- Cześć, Lukey – odparła cicho. Przeciągnęła się, a potem znów wtuliła w moje ciało. – Jak późno jest i dlaczego muszę wstać? – Zaśmiałem się, jednocześnie lekko się unosząc, by sprawdzić godzinę.
- Jest po dziesiątej.
- Myślałam, że jest później. Czyli opcja leniucha nadal może zostać włączona.
- Może – powiedziałem, przeczesując jej ciemne kosmyki włosów.
- Tak mi rób – mruknęła z zadowoleniem.
              Po raz kolejny pocałowałem ją w czoło. Dziewczyna przycisnęła się do mnie jeszcze bardziej. Oparła dłoń na mojej klatce piersiowej, wsuwając palce w moje włosy. Przymknąłem oczy. Uwielbiałem, gdy to robiła.
- To lubię bardziej – odparła, kiedy zsunąłem rękę na jej plecy, delikatnie przejeżdżając po jej skórze paznokciami.
- Wiem – rzuciłem, nie mogąc przestać się uśmiechać.
- Chciałabym, byś został tu na zawsze.
- Na zawsze?
- Żebym mogła tak leżeć z tobą każdego poranka – pociągnęła, muskając moją skórę ustami.
- Też bym tak chciał.
                Postanowiłem szybko pozbyć się z głowy myśli o tym, że dzisiaj będę musiał jednak wrócić do domu. Do tego domu, którego nienawidziłem. Do tego domu, który był jednym wielkim koszmarem, który ciągnął się przez tak wiele lat. Skupiłem się na tej miłej chwili, jaką mieliśmy.
- Może, jak wyjedziemy na studia, to tak właśnie będzie?
- Mam nadzieję. Poprzytulamy się tak jeszcze?
- Oczywiście.
               Leżeliśmy tak z dobre pół godziny, jak i nie dłużej. Między nami panowała cisza, ale nie była ona krępująca czy ciężka. Była przyjemna i tylko nasza. Taka, która często zdarza się między osobami, które połączone są uczuciem. Taka, której nawet nie warto przerywać, jakimikolwiek słowami. Byliśmy razem i tylko to się liczyło. Jakbyśmy byli zawieszeni w czasie.
                W końcu uznaliśmy, że najwyższa pora wstać. A przyczyną tego było to, że zgłodnieliśmy. Nasze żołądki domagały się jedzenia, więc nie mieliśmy wyboru i musieliśmy podnieść się z łóżka. Wstałem jako pierwszy, przeciągając się. Odwróciłem się w stronę Sam, która dokładnie mnie obserwowała. Na jej twarzy widniał szeroki uśmiech. Zauważyłem, jak lekko zwilżyła wargi językiem, kiedy przejechała wzrokiem po mojej odsłoniętej klatce piersiowej.
- Nie śliń się tak – rzuciłem ze śmiechem, łapiąc za poduchę, która znajdowała się na krześle.
                Rzuciłem poduszką w jej stronę, a dziewczyna roześmiała się na głos, kiedy trafiłem ją w ramię. To był jeden z tych fantastycznych i cudownych dźwięków, w które mogłem wsłuchiwać się godzinami. Sam była dla mnie wprost idealna. Czasami nadal nie dowierzałem w to, że w ogóle zwróciła na mnie uwagę.
- Nie moja wina, że jesteś ciasteczko – podsumowała mnie, odrzucając poduszkę na bok.
               Odgarnęła kołdrę, a następnie wstała z łóżka. Wtedy też zachwiała się, jakby nie mogła złapać równowagi. Dotknęła swojego czoła, mrugając oczami. Wyciągnęła drugą rękę, jakby szukała czegoś, za co mogłaby się złapać, by uchronić się przed upadkiem.
              Od razu doskoczyłem do niej, łapiąc ją w pasie i przyciągając do siebie. Oparła czoło o moją klatkę piersiową. Powoli posadziłem ją na materacu. Zwiesiła głowę, biorąc głębokie oddechy. Kucnąłem między jej nogami, ujmując jej twarz w dłonie. Nawet nie próbowałem ukryć zdenerwowania. W tym momencie ponownie zacząłem się panicznie bać. Bać o nią. Co się dzieje z moją drugą połówką?
- Sammy?
- Już mi przechodzi – powiedziała cicho, opierając dłonie na udach. Dokładnie obserwowałem to, jak bierze kolejny powolny i spokojny oddech.
- Zakręciło ci się w głowie czy zrobiło ci się słabo? Tylko mów szczerze – odparłem, przejeżdżając palcami po jej policzkach.
- Zakręciło.
- Jak jest teraz?
- Lepiej.
- Nie kłamiesz?
- Nie.
- Okej, okej – wydusiłem, starając się powstrzymać drżenie głosu.
- Za szybko wstałam. To przez to – powiedziała, usprawiedliwiając się. 
             Nadal miała przymknięte powieki. W tym momencie nie pragnąłem niczego innego, jak jej wierzyć. Ale nie potrafiłem. Strach przed tym, że znów może mierzyć się z chorobą, wygrała. Zrobiło mi się zimno. W myślach błagałem los o to, by moje przypuszczenia się nie sprawdziły. Tak bardzo chciałem uwierzyć w to, że będzie dobrze.
- Jak… Jak jest teraz? – zapytałem, przygryzając dolną wargę. 
              Nie spuszczałem z niej wzroku, dokładnie ją obserwując. Chciałem znaleźć jakąkolwiek oznakę w jej zachowaniu, że jednak nie jest dobrze. By móc zareagować na czas. By jak najszybciej jej pomóc. Wiedziałem, że myślę, jak totalny panikarz, ale nie mogłem tego bagatelizować. Nie mogłem tego w żaden sposób zignorować. Nie w jej przypadku.
- Jest okej – powiedziała, otwierając powoli oczy. – Przeszło mi.
- To dobrze – wydusiłem, ponownie dotykając palcami jej bladych policzków. – Może się położysz i…
- Nic mi nie jest. Naprawdę czuję się dobrze.
- To chociaż przez chwilę posiedź.
- Luke?
- Tak? - zapytałem szybko, jednocześnie wstrzymując oddech.
- Naprawdę już jest okej. Nie denerwuj się.
- To raczej nie będzie łatwe. – Sam przekręciła oczami. - Martwię się o ciebie i tego nie przeskoczysz.
               Spojrzałem w jej ciemne tęczówki. Nie były tak radosne, jak zawsze. Brakowało mi w nich tych wesołych ogników, które zawsze miała. Ale wiedziałem, że one w końcu wrócą. Jak tylko Sam poczuje się naprawdę lepiej, to znów je zobaczę. I chciałem je oglądać do końca mojego życia. Uśmiechnęła się lekko, a ja odpowiedziałem tym samym, choć w środku nadal cholernie się denerwowałem. Nie chciałem jednak tego pokazywać.
- Zjemy śniadanie? Jestem głodna.
- Pewnie.
- Na co masz ochotę?
- Nie.
- Co nie? – zapytała, unosząc w zaskoczeniu brwi.
- Ja zrobię nam śniadanie. Ty masz siedzieć na łóżku i się nie ruszać.
- Ja naprawdę dobrze się czuję…
- Proszę, zrób to dla mnie – odparłem, a mój głos odrobinę zadrżał, zdradzając emocje. – Połóż się lub posiedź, ale nie wstawaj. Chcę mieć pewność, że naprawdę wszystko jest w porządku.
- Lukey…
- Proszę – rzuciłem, unosząc się. Musnąłem jej usta swoimi.
- Niech ci będzie.
- Idealnie – odparłem z ulgą. – Co powiesz na jajecznicę?
- Z szynką?
- Będzie z szynką – powiedziałem z uśmiechem. – I do tego może chrupkie tosty z masłem i ziołami?
- Teraz to bardzo zgłodniałam.
- Cieszę się, że moja propozycja ci się spodobała. – Po raz kolejny cmoknąłem ją w czoło. – Idę, a ty masz tu zostać i się nie ruszać. Ten zakaz zostanie zdjęty, dopiero jak wrócę.
- Serwujesz śniadanie do łóżka? – pociągnęła ze śmiechem.
- Dla ciebie wszystko – odparłem, przejeżdżając palcem po jej nosie.
- Zjemy je naprawdę w łóżku?
- Jeśli chcesz.
- Chcę.
- To uzgodnione. Niedługo wrócę.

              Zaśmiałem się cicho pod nosem, robiąc kolejne zdjęcie, o którym nie miała pojęcia. Sammy właśnie podlewała kwiaty oraz krzewy, zasadzone przez jej rodziców w ogrodzie. Miała na sobie krótkie szorty, które odsłaniały jej uda. Do tego dołożyła luźną i zwiewną koszulkę na grubszych ramiączkach. Zrobiła z ręki daszek, aby spojrzeć w drugą stronę. Stojąc tak w słońcu, na tle zieleni, wyglądała cholernie uroczo.
               Poskoczyła, kiedy zimna woda oblała jej nogi. Lekko poślizgnęła się w mokrych japonkach, ale zdołała utrzymać równowagę. Zaśmiałem się po raz kolejny. Mój palec ponownie puknął w ekran, zatrzymując tą ulotną chwilę w formie fotografii. Podniosłem głowę znad komórki. Sammy zmrużyła na mnie oczy. Zrobiłem niewinną minę, odkładając urządzenie na pobliskie krzesło.
- Co? Nic nie zrobiłem – odparłem, kiedy Sam pokiwała palcem.
- Oczywiście.
- Naprawdę nic.
- Przyznaj się, Lukey – pociągnęła rozbawiona, mierząc do mnie z węża ogrodowego.
- Nie naciśniesz.
- Chcesz się przekonać?
- To groźba czy obietnica?
               Szybko jednak pożałowałem swoich słów. Dziewczynie nie trzeba było dwa razy powtarzać. Po chwili wrzasnąłem, kiedy zimne krople poleciały wprost na mnie. Zasłoniłem się rękami, odchylając się do tyłu. Do moich uszu doszedł głośny śmiech Sam. Na szczęście nie był to pełny i otwarty strumień wody. Przypominało to mocniejszy deszcz. Dzięki temu nie byłem, aż tak mocno mokry.
- Chcesz się bawić w taki sposób?
- Jestem górą – powiedziała triumfalnie, dmuchając w końcówkę węża tak, jak to robili kowboje do rewolwerów. – Ustrzeliłam cię.
- Czyżby?
- Nie wstawaj… Nie, nie… Ja żartowałam i… Luke! – krzyknęła, kiedy poderwałem się z miejsca.
              Zanim dążyła się zorientować, podbiegłem do niej. Przez chwilę dla zabawy walczyliśmy ze sobą, aż w końcu stanęło na moim. Odebrałem jej broń. Dziewczyna podskoczyła, kiedy role się odwróciły. Teraz to ona została oblana.
             Niewiele myśląc rzuciła się w kierunku miski z wodą, którą zdążyła napełnić, zanim zabrała się za podlewanie roślin. Zwiększyłem płynący strumień, starając się uniemożliwić jej podejście, ale Sammy postawiła wszystko na jedną kartę. Cała mokra doskoczyła do mnie, a potem chlusnęła przed siebie wodą, która zmoczyła, nie tylko moją klatkę piersiową i nogi, ale także włosy i twarz. Wybuchła śmiechem, a ja szybko do niej dołączyłem.
- Ładnie – podsumowałem, unosząc jedną brew do góry. Wymierzyłem w nią ponownie, jeszcze raz trafiając w nią rozproszonym strumieniem wody. Czułem, jak całe ubranie klei mi się do ciała, ale w tym momencie miałem to gdzieś. Bawiłem się wyśmienicie.
- No, ej – mruknęła, kiedy dla zabawy po raz kolejny nacisnąłem końcówkę węża, oblewając jej stopy. – No, weź i… - Ale nie dokończyła, bo jej nogi rozjechały się w mokrych japonkach. Dziewczyna pacnęła na trawę, a ja parsknąłem śmiechem. – Dzięki. Jesteś idealnym chłopakiem.
- Oczywiście, że jestem – odparłem, odkładając wąż.
               Ukucnąłem obok. Ogarnąłem z jej twarzy mokre kosmyki włosów, które poprzyklejały jej się do policzków. Sammy znów miała w oczach te znane iskierki, które kochałem. Po jej nosie spłynęła kropla wody. Naprawdę w tym wydaniu wyglądała cholernie słodko. Zresztą, dla mnie zawsze tak się prezentowała. Miałem na jej punkcie pieprzonego bzika, z którym nawet nie próbowałem walczyć. Oddawałem jej całego siebie, a ona odwdzięczała mi się tym samym.
- Podyskutowałabym o tym – powiedziała, udając obrażoną. Zaśmiałem się i nachyliłem w jej stronę. Musnąłem jej wargi swoimi. – To tak w ramach przeprosin?
- Nie zamierzam cie przepraszać. Sama zaczęłaś.
             Sam prychnęła cicho, odwracając się. Pokręciłem głowę, wiedząc, że i tak się nie obraziła. Znałem ją na tyle, że doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że mnie wrabia. I nie pomyliłem się. Jednak nie sądziłem, że brunetka zaatakuje ponownie.
            Zanim zdążyłem się zorientować w jej zamiarach, ona popchnęła mnie. Padłem na tyłek, a krótkie spodenki, jeszcze bardziej przykleiły mi się do ciała. Sammy wsunęła się w moje ramiona, na co od razu zareagowałem szerokim uśmiechem. Opuszki jej palców przejechały po moich mokrych policzkach. Musnęła ustami czubek mojego lekko zadartego nosa. Uwielbiałem, gdy to robiła. Potem zjechała niżej, zatrzymując usta na moich. Nie czekałem, ani chwili dłużej, tylko od razu złączyłem nas w spokojnym pocałunku.
            Owinąłem dłonie wokół niej, przyciągając ją do siebie jeszcze bardziej. Położyłem się na trawie, nie przerywając tej przyjemnej chwili. Poczułem, jak się uśmiecha. Uniosła się, by spojrzeć w moje błękitne oczy. Powoli i delikatnie przejechała palcem po mojej górnej wardze, na co wydałem z siebie głośniejsze westchnięcie. Zaczesałem kosmyk jej włosów za ucho. Wtedy też jej wzrok na moment zatrzymał się na moich zabandażowanych nadgarstkach. Nadal miałem pozakrywane akty mojej autodestrukcji. Rany wciąż były świeże i niezasklepione. Odrobinę się zmieszałem, nie chcąc skupiać się na tym, co przykre i bolesne.
- Kocham cię – wyszeptała, przywierając do mnie mocniej. Te słowa szybko odwróciły moją uwagę od tego, co złe. Uśmiechnąłem się ponownie.
- Też cię kocham, Sammy.

             Nienawidziłem miejsca, w którym mieszkałem. Nienawidziłem ludzi, z którymi tworzyłem ten pseudo dom, bawiąc się w idealną rodzinkę na pokaz. Tylko nieliczni wiedzieli, co tak naprawdę dzieje się za zamkniętymi drzwiami u Hemmingsów. Nic dziwnego, że naprawdę nie chciałem tam wracać. Nie chciałem przekraczać progu i znów spotkać się twarzą w twarz z własnym katem.
            Wiedziałem jednak, że nie mogę przeciągać momentu odejścia w nieskończoność. Niedługo wracali rodzice Sam. Dodatkowo dziewczyna miała jeszcze powtórzyć materiał na kartkówkę z chemii. Chciałem jej zaoferować swoją pomoc przy nauce, ale szybko zrezygnowałem, kiedy powiedziała, że posiedzi przy tym z kuzynem. Dlatego musiałem w końcu się ogarnąć i przyszykować do wyjścia.
             Odwróciłem się w stronę dziewczyny. Sam zagryzła wargę, nie odrywając ode mnie wzorku. Nie lubiłem się z nią żegnać. Czas bez niej cholernie mi się dłużył. Mimo tego, że wiedziałem, że zobaczymy się jutro w szkole, to i tak te kilkanaście godzin było dla mnie, jak wieczność.
             Wspięła się lekko na palce, obejmując mnie. Wtuliłem twarz w zagłębienie w jej szyi, ciesząc się tą ostatnią resztką bliskości, jaką dzisiaj miałem. Czułem przyjemny zapach jej perfum, które zawsze używała. Musnąłem jej policzek wargami, by potem szybko odnaleźć jej usta. Odpowiedziała od razu, całując mnie powoli i spokojnie. Zaraz po tym przytuliła mnie po raz ostatni.
              Podskoczyliśmy w miejscu, kiedy usłyszeliśmy głośne chrząknięcie. Nie musiałem nawet się odwracać, by wiedzieć, kto stoi za moimi plecami. Samantha puściła mnie, zerkając w bok. 
              Odwróciłem się w stronę Caluma. Stał w wejściu do salonu, opierając się o framugę. Ręce miał skrzyżowane na klatce piersiowej. Zmierzył mnie od góry do dołu, a jego ciemne oczy na dłużej zatrzymały się na moich zabandażowanych nadgarstkach. Byłem pewny, że zaraz usłyszę kolejny nieprzyjemny komentarz. Jednak tak się nie stało. Mulat milczał dalej.
- Pójdę już – powiedziałem, unikając czujnego spojrzenia Hooda. – Do zobaczenia w szkole.
- Do zobaczenia – odpowiedziała Sam. – Gdyby coś… Dzwoń albo od razu przychodź, okej?- Wiedziałem, co miała na myśli. Zacisnąłem lekko wargi, kiwając głową. – Okej? – powtórzyła z lekkim uśmiechem.
- Okej.
              I nagle przypomniał mi się jej nagły spadek formy. To była idealna okazja do tego, by powiedzieć o tym Calumowi. Miałem nadzieję, że Hood przekaże to swojemu wujkowi. Byłem też pewny, że Sam się wścieknie, ale brałem to na przysłowiową klatę. Jej zdrowie było najważniejsze.
              Odwróciłem się i ruszyłem w stronę wyjścia. Mijając Mulata, rzuciłem mu porozumiewawcze spojrzenie. W myślach błagałem o to, by Hood zaskoczył, że coś jest na rzeczy. Wyszedłem na korytarz, a następnie złapałem za czarne trampki. Nasłuchiwałem tego, co dzieje się w salonie.
- Zrobisz mi kawę? – zapytał Calum.
- Nie możesz się sam obsłużyć? – oparła ze śmiechem.
- Proszę… Mam lenia.
- Jak zwykle – mruknęła. – Z mlekiem?
- Tak, dzięki.
              Usłyszałem, jak Sam przechodzi do kuchni. Zdążyłem się wyprostować i odwrócić, gdy Hood wyszedł na hol. Spojrzał na mnie oczekująco. Czyli jednak załapał, że mam mu coś do powiedzenia. Wziąłem głębszy oddech.
- Co jest? – zapytał, ściszając głos.
- Myślę, że powinieneś wiedzieć, że Sam dzisiaj nie czuła się najlepiej – zacząłem powoli. Chłopak wstrzymał oddech, a potem machnął ręką, bym kontynuował. – Rano zakręciło jej się w głowie. Wczoraj miała krwotok z nosa. Myślę, że nie powie o tym swojemu ojcu, więc mówię to tobie.
- Dzięki – wydusił, przełykając ślinę. Na jego twarzy pojawił się niepokój. On też zaczął się martwić i denerwować. Teraz tym bardziej byłem przekonany o tym, że postąpiłem słusznie.
               Hood już więcej się nie odezwał. Zabrałem swoje rzeczy i odwróciłem się. Ruszyłem w stronę drzwi. Po chwili znalazłem się na zewnątrz. Podszedłem do swojego samochodu. Wsiadłem do środka. Musiałem szybko otworzyć okna, bo w aucie panował totalny zaduch. Nie było czym oddychać. Raz jeszcze rzuciłem wzrokiem na budynek, w którym czułem się dobrze i bezpiecznie. Ten dom tak bardzo różnił się od mojego. Był, jak z bajki, gdy mój porównywać można było do horroru. W końcu odpaliłem silnik i wyjechałem z podjazdu. Musiałem wrócić do swojej szarej rzeczywistości.
               Nie zdziwiło mnie to, że rodzice byli w domu. Była to jedna z tych niedziel, w którą nigdzie nie wychodzili. Jak tylko minąłem próg, usłyszałem odgłos włączonego telewizora. Zdążyłem dojść do schodów, kiedy odezwała się moja matka.
- Luke?
- Tak?
- W końcu księżunio raczył się zjawić. Pieprzony gnojek! – podsumował mnie ojciec.
               Odczekałem chwilę, zaciskając zęby, ale żadne z nich nie odezwało się ponownie. Spuściłem głowę, wchodząc szybko na górę. Chciałem zaszyć się w swoim pokoju i udawać, że naprawdę mnie tu nie ma. Chciałem wrócić myślami do tych miłych i spokojnych chwil, które miałem będąc z Sam. Była moją odskocznią i ucieczką. A ja naprawdę oddałbym wszystko, by móc uciec z nią na zawsze.

~***~
               Zalałam dwa kubki z kawą. Odłożyłam czajnik na miejsce, słysząc kroki, które zmierzały do kuchni. Odwróciłam się. Calum wszedł do środka. Podszedł bliżej, nie odrywając ode mnie wzroku. Zmarszczyłam lekko brwi, zastanawiając się, o co mu chodzi. Między nami zapanowała chwilowa cisza.
- Dwie sprawy – powiedział Hood, nadal bacznie mnie obserwując. Powoli kiwnęłam głową. Byłam w stu procentach pewna, że przyczepi się do Luke'a. Mimo wszystko czekałam na to, co powie. – Jak bardzo źle się czułaś i czy powiedziałaś o tym rodzicom?
- Co?
- Nie udawaj, twój przyjaciel się wygadał. – Słowo przyjaciel wypowiedział z lekką kpiną. Otworzyłam usta, nie wierząc w to, co słyszę. Luke mnie wydał? Przez chwilę zupełnie nie wiedziałam, co mam mu odpowiedzieć. – Sammy?
- To nie było nic wielkiego i…
- Czyli wujek i ciocia nic nie wiedzą – skwitował, jakby to było oczywiste. – Okej, sam im to powiem…
- Cal!
- Nie, Sammy. W twoim przypadku naprawdę trzeba brać wszystko pod lupę. Im szybciej się okaże, że to nic takiego, tym lepiej. Ja nadal się cholernie o ciebie martwię! - warknął, a potem zwiesił głowę.
- Przepraszam.
- To nie twoja wina – pociągnął, przybliżając się. Objął mnie mocno, a ja wtuliłam się w niego, czując przyjemne ciepło. – Wiem, że nie chcesz wracać do tamtego czasu, ale musisz powiedzieć tacie.
- Powiem. Obiecuję, że powiem – wydusiłam z siebie lekko drżącym głosem.
- Będzie dobrze. Musi być – powiedział, odsuwając się. Uśmiechnął się, choć nadal było widać, że jest zmartwiony. Miałam nadzieję, że to mu przejdzie, bo nie chciałam go takiego oglądać. Nie chciałam znów widzieć tego, jak bardzo się mną przejmują.
- Co to za druga sprawa? – zapytałam, by szybko zmienić temat.
- Ty i Luke to nie tylko kumple, prawda?
- Nie wiem, o czym mówisz – rzuciłam, odwracając się. Złapałam za parujący kubek z kawą. Upiłam mały łyk.
- Nie wiesz? To wasze pożegnanie nie wyglądało, jak pożegnanie przyjaciół. Kręcicie ze sobą?
- Cal – jęknęłam, przekręcając oczami.
- To proste pytanie.
- Zejdź ze mnie.
- Czyli jednak coś między wami jest – mruknął, krzywiąc się lekko.
- Myślałam, że mu odpuściłeś.
- Tu nie chodzi o niego. Nawet jakbyś się obściskiwała z kimś innym, to by mi się to nie podobało – rzucił, a potem skrzywił się, jakby wyobraził sobie coś obrzydliwego. – Jesteś moją małą kuzynką i…
- Jestem od ciebie o rok starsza…
- I żaden facet nie będzie budził we mnie nad wyraz wielkiego entuzjazmu. A jak Hemmings cię skrzywdzi, to wiedz, że będzie miał naprawdę przesrane. Znajdę go, uprowadzę, a potem będę długo torturował, dopóki sam nie będzie błagał o litość. Ale ja wtedy i tak mu nie popuszczę.
- Cal, wyluzuj…
- Gdyby tylko coś się stało, to chcę byś mi o tym powiedziała.
- On mi nic nie zrobi.
- Ktokolwiek, jasne?
- To urocze – powiedziałam przesłodzonym głosem. Hood spojrzał na mnie, jak na wariatkę, a potem udał, że wymiotuje. – To takie milusie, że tak o mnie dbasz.
- Naprawdę puszczę pawia, jak to pociągniesz dalej. 
              Wymieniliśmy spojrzenia, a potem oboje parsknęliśmy śmiechem. W środku odetchnęłam z ulgą. Byłam przekonana, że Calum zrobi wielką aferę o Luke'a. On jednak zostawił ten temat, jakby to nie było nic wielkiego. Chyba naprawdę mój kuzyn zaczął się zmieniać, a ta zmiana bardzo mi się podobała. Wszystko powoli zaczynało się naprawiać. Oby cały czas to szło w tak dobrą stronę. Wtedy będzie jeszcze lepiej.

~***~
              Odłożyłem książkę na bok. Uniosłem się na łokciach. Wychyliłem się do przodu, by złapać za dzwoniący telefon, który znajdował się na szafce. Spojrzałem na wyświetlacz. Dzwoniła Sam. Szybko padłem na poduszki, przesuwając palcem po ekranie. Odebrałem od razu.
- Sammy?
- Lukey?
- Co się dzieje?
- Musiałeś się wypaplać przed Calumem, prawda? 
             Zagryzłem lekko wargę, a potem cicho zaśmiałem się. Dziewczyna wcale nie brzmiała na złą, więc od razu zrobiło mi się lepiej. Obawy przed tym, że przez to przestanie się do mnie odzywać, zniknęły.
- Musiałem. Byłem pewny, że ty nic nie powiesz.
- Pewnie tak by było.
- Po prostu się o ciebie martwię.
- Niepotrzebnie. Co… Jak w domu?
- Dali mi spokój.
- Też się o ciebie martwię.
- Niepotrzebnie – powtórzyłem ze śmiechem. Usłyszałem, że i ona się zaśmiała. – Będziesz jutro w szkole?
- Tata dowiedział się o moim złym samopoczuciu i jutro idę na badania.
- To dobrze. Czyli zobaczymy się po?
- Oczywiście.
- Super, nie mogę się doczekać.
- Ja też, Lukey. Ja też… 


***
Sammy znowu miała kryzys, a do tego Cal ich przyłapał na małym obściskiwaniu się. Jak wiele widział? Można się domyślić ile, skoro szybko uznał, że raczej nie są przyjaciółmi. O dziwo... Nie wkurzył się :D Postęp :D

Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu.

Nadal kolejne rozdziały - nie tylko na tym ff, ale i na pozostałych - dodawane będą nieregularnie. Będą wrzucane, jak tylko zostaną napisane. 

Standardowo zapraszam na Aska i Twittera - @RoxyDonau
Tam też znajdziecie informację, kiedy i jakie rozdziały zostały opublikowane :)

Dziękuję Wam również za wszystkie komentarze!

Pozdrawiam!

10 komentarzy:

  1. Super odcinek zreszta jak kazdy. To opowiadanie jest moim ulubionym.
    Mam nadzieje ze Sam nic jest powaznego.
    Ciekawa jestem czy napiszesz kiedys rozdzial z perspektywy Caluma.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się bardzo, że się podoba :) Niestety nie przewiduję tu perspektywy Caluma.
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. OMG Dowiedział się, że jednak między nimi jest coś więcej :O Szczerze to myślałam, że zareaguje o wiele gorzej i będzie kolejne piekło, a tu jednak Cal to jakoś przegryzł i przetrawił :) Cieszę się z tego! Mam nadzieję, że Sam nic nie jest. Błagam niech jej choroba nie wraca, to byłby kolejny cios dla nich :(
    Boski rozdział, warto było czekać :)
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak widać Cal pod tym względem się zmienił i nie było dramy :D Co do Sam to nic nie zdradzę - okaże się w kolejnych rozdziałach :)
      Cieszę się, że się podobało!
      Dzięki bardzo za komentarz :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Mam pewne przeczucie jak może skończyć się opowiadanie i wcale ono mi się nie podoba... Sam musi być zdrowa i szczęśliwa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zobaczymy, jak to wszystko się potoczy. Nic nie mówię, nic nie zdradzam i nic nie obiecuję :)
      Dzięki za komentarz
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  4. Mam pewne przeczucie jak może skończyć się opowiadanie i wcale ono mi się nie podoba... Sam musi być zdrowa i szczęśliwa!

    OdpowiedzUsuń
  5. Loving can heal, loving can mend your soulLoving can heal, loving can mend your soul <3

    OdpowiedzUsuń