środa, 6 lipca 2016

Rozdział 34

Don't sink the boat when you lose hope, I keep you alive


             Będąc córką lekarza miałam tę przewagę, że łatwiej dostawałam się, nie tylko do specjalistów, ale także wciskano mnie do kolejki na badania, na które zazwyczaj dłużej się czeka. Dlatego nie zdziwiło mnie to, że po moim przyznaniu się do słabszych dni, tata od razu wykonał jeden konkretny telefon. Potem zakomunikował, że z rana mam się wstawić razem z nim w szpitalu, aby wykonań rutynowe badania. Poddawałam się im, co pół roku, chyba, że czułam się gorzej, wtedy wykonywane były częściej, aby dokładnie wiedzieć, czy mój horror na pewno nie wraca.
              W weekend było jednak gorzej. Każdemu zdarzają się spadki formy. Mnie również. Jednak krwotok z nosa, a potem kołowanie w głowie, wcale nie napawało mnie entuzjazmem. Wcześniej miałam skłonności do osłabienia, apatii i senności. Badania kontrolne nie wykazywały jednak żadnych nieprawidłowości, a mnie futrowano witaminami, po który czułam się lepiej. W ten weekend mój organizm zastrajkował o wiele poważniej, niż wcześniej. Dlatego cholernie bałam się tego, co może to dokładnie oznaczać.
               Tata miał odebrać wyniki, z poniedziałkowych badań, na drugi dzień. Cicho w myślach błagałam los o to, by faktycznie nie wyszło z tego nic poważnego. Wmawiałam sobie, że jest to efekt braku snu, zmęczenia i stresu, jakiego doświadczyłam. Próbowałam znaleźć inne przyczyny, omijając tą najgorszą z nich. Przez cały dzień udawałam, że wszystko jest w porządku. Że w ogóle o tym nie myślę. W środku jednak coraz bardziej telepałam się ze zdenerwowania. Na szczęście nikt tego nie zauważył.

               Usłyszałam zamykające się drzwi. Przed chwilą mama pożegnała się ze mną, wychodząc do pracy. Złapałam za torbę i komórkę. Wsunęłam telefon do kieszeni. Jeśli chciałam zdążyć na moją podwózkę i nie słuchać narzekań Caluma, to musiałam się pospieszyć. Mulat nie lubił spóźnialskich, a mi… Mi czasem się to zdarzało.
                Wyszłam na korytarz. Ruszyłam w stronę schodów, poprawiając białą koszulkę, która odrobinę podciągnęła mi się do góry. Zeszłam na parter. Byłam pewna, że jestem sama. Jednak po chwili usłyszałam cichy głos ojca. Zajrzałam do kuchni, wychylając się zza framugi. Byłam przekonana, że tata również wyszedł do pracy. Myliłam się.
                 Stał odwrócony do mnie tyłem. Jego sylwetka była odrobinę zgarbiona, kiedy pochylał się nad blatem. Przyciskał do ucha telefon, wolną ręką notując coś w pękatym i wysłużonym notesie. Wstrzymałam oddech, słysząc skrawek rozmowy. Szybko zorientowałam się, kogo może dotyczyć poruszony temat. A to… To sprawiło, że wcale nie poczułam się dobrze.
- Naprawdę wypadły tak słabo? Może doszło do jakieś pomyłki? – mruknął pod nosem i pokręcił głową. – Jak mam się nie denerwować? To moja córka – syknął, przetrzymując telefon brodą. – Byłem pewny… Byłem pewny, że to już koniec… Nie, ja to doskonale wiem… Jak już pojawi się pełen raport, prześlesz mi go? Chcę go dokładnie przeanalizować… Dobrze… Też uważam, że to będzie najlepsze rozwiązanie… Zapisz ją, chcę pozbyć się wątpliwości, jak najszybciej… Dzięki… Tak, będę myślał pozytywnie… Dzięki raz jeszcze… Tak, niedługo będę i…
                Ale już go nie słuchałam. Zacisnęłam mocno usta, wycofując się. Starałam się być cicho, aby się nie zdradzić. Nie chciałam, by mój tata wiedział, że podsłuchałam jego prywatną rozmowę. Zresztą, byłam pewna, że jeśli postałabym tam dłużej, a on w końcu odwróciłby się w moją stronę, to nie wytrzymałabym jego przygaszonego i smutnego spojrzenia. A bardzo dobrze pamiętałam, jak ono wygląda. Jak wtedy wyglądają jego oczy. Jak wygląda jego cała twarz. Widziałam to wielokrotnie, jak dowiedziałam się o swojej chorobie. Obawiałam się tego, że jeśli znów bym to zobaczyła, rozleciałabym się emocjonalnie na małe kawałki. Musiałam się na to psychicznie przygotować. A na to potrzebowałam więcej czasu, niż tylko krótkiej chwili.
                Pospiesznie założyłam buty, czując, jak trzęsą mi się dłonie. Mimo wszystko nadal starałam się być cicho tak, by nie wiedział o mojej obecności. Nie chciałam teraz rozmawiać. Bałam się teraz rozmawiać. Dlatego, jak tylko wcisnęłam sznurówki do wnętrza trampek, wyszłam z domu, zamykając za sobą drzwi. Zrobiłam to niemalże bezgłośnie.
               Ciepłe promienie słońca znalazły się na mojej twarzy, jak tylko wynurzyłam się z budynku. Lekki wiatr musnął moją skórę. Wzięłam głęboki oddech, aby chwycić się spokoju. Tego małego pokładu wyciszenia, które w sobie miałam. Nie mogłam od tak, dać się ponieść negatywnym emocjom, nie mając pełnego obrazu tego, co się ze mną dzieje. Nadal w środku miałam nadzieję, że to być może nic takiego. Choć ta nadzieja z każdą chwilą słabła.
                Zdążyłam dojść do chodnika, kiedy przede mną zatrzymał się znajomy samochód. Calum, jak zwykle był na czas. Zaczerpnęłam kolejnej porcji powietrza, prosząc w duchu o to, by kuzyn nie zauważył w moim zachowaniu niczego niepokojącego. Przykleiłam na twarz uśmiech. Chciałam, by wyglądał na w miarę naturalny, a nie sztuczny. Następnie otworzyłam drzwi od strony pasażera, zajmując miejsce obok kierowcy.
                Ciemne oczy Hooda od razu skupiły się na mojej osobie. Zapięłam pas, czując, jak mi się przygląda. Powoli odwróciłam się. Mulat zmarszczył nos, a potem uniósł brwi do góry. Wyglądał, jakby chciał mi coś powiedzieć, ale nie do końca wiedział, co. W końcu uśmiechnął się, a ja w myślach odetchnęłam z ulgą. Nie chciałam, by robił mi przesłuchanie.
- W porządku?
- Tak, a co? – wydusiłam, chcąc brzmieć pewnie.
- Jesteś blada i wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha – odparł, wzruszając ramionami. Wyjechał na ulicę, koncentrując się na pokonywanej drodze.
- Jestem niewyspana. Poranne wstawanie jest do bani – powiedziałam, dodając do tego niezadowolony ton, jakby właśnie to było przyczyną mojego stanu. – Najchętniej poszłabym dalej spać.
- Czyli standardowo?
- Nie wmówisz mi tego, że sam nie chciałbyś wrócić do łóżka.
- Chętnie. Zakopać się w pościeli i spać, aż do obiadu…
- Widzisz – rzuciłam, machając na niego rękami. – Wiesz, o co mi chodzi!
- Batona?
- Jeszcze się pytasz – powiedziałam, choć tak naprawdę nie miałam na niego ochoty. 
               Pierwszy raz nie miałam ochoty na to pyszne czekoladowe cudo, które było naszą tradycją. Ze stresu mój żołądek był tak mocno ściśnięty, że byłam pewna, że przełknięcie jakiegokolwiek jedzenia będzie trudne. Musiałam jednak udawać, że tego oczekuję. Że tego właśnie chcę i zjeść go w całości tak, jak zawsze. Musiałam zrobić wszystko, by Calum nie wiedział. By i on nie zaczął się denerwować. A dobrze wiedziałam, że nie wiele potrzeba, aby zaczął się martwić.

~***~
               Oblizałem usta, a następnie ugryzłem kolejny kawałek kanapki. Świeże pieczywo chrupnęło mi w buzi, a kilka okruchów poleciało na moją czarną koszulkę. Sam zaśmiała się, otrzepując moje ubranie wolną dłonią. Zerknąłem na nią w momencie, kiedy się odwróciła. Po raz kolejny dźgnęła plastikowym widelcem kawałek kurczaka. Zawsze z sałatki wyjadała najpierw mięso, a potem całą resztę. Przyzwyczaiłem się do tego. Tak, jak przyzwyczaiłem się do niej. Ale było to miłe przyzwyczajenie, które nie zalatywało rutyną. To, że była obok, dodawało mi sił.
               Przez cały dzień, kiedy miałem z nią styczność, dokładnie ją obserwowałem. Już na początku zauważyłem, że coś ją gryzie. Nie chciałem jednak poruszać tego tematu na lekcji czy szkolnym korytarzu, na którym się niby przypadkiem spotkaliśmy. Ludzie ze szkoły wiedzieli, że się przyjaźnimy. Dobra, może nie do końca przyjaźnimy. Chyba w ich oczach byliśmy kumplami ze szkolnej ławki, których nie łączy zbyt wiele. Nie wiedzieli nic, co tak naprawdę działo się miedzy nami. Ta słodka tajemnica nadal była aktualna i tylko nasza.
              Teraz jednak mieliśmy dłuższą przerwę na lunch. Zgodnie z tradycją, oboje spędzaliśmy ten czas za szkołą, siedząc na starych i nieużywanych schodach, które kiedyś prowadziły do wnętrza budynku od jego drugiej strony. Sam znów się uśmiechnęła, przyłapując mnie na tym, że się w nią wpatruję. Odpowiedziałem tym samym, choć w dalszym ciągu jej zachowanie było dla mnie zagadką. Z jednej strony cholernie chciałem się dowiedzieć, co takiego się stało, że Sam udaje. A znałem ją na tyle dobrze, że szybko ją rozgryzłem. Grała, jakby maskowała tym coś, co nie do końca jest przyjemne.
              Odsunąłem od siebie kanapkę. Sam znów skupiła się na sałatce. Widziałem, że nie ma zbytnio apetytu. To definitywnie utwierdziło mnie w tym, że coś się dzieje. Przysunąłem się do niej bliżej. Dziewczyna drgnęła, kiedy przejechałem dłonią po jej ramieniu. Ciemne oczy znów zwróciły się w moją stronę. Ponownie się uśmiechnęła.
- Co się stało? – W końcu zdobyłem się na to, by zadać to pytanie wprost. Sammy zmarszczyła lekko nos, co było w jej wykonaniu cholernie urocze. Ale ja pod tym względem nie byłem obiektywny. – Nie jestem ślepy. Powiesz mi, co się stało? – Wzięła głębszy oddech, spuszczając głowę. Odczekałem chwilę, by dać jej czas na sformułowanie odpowiedzi. Ona jednak milczała dalej. – Przypomnieć ci o tym, że mamy umowę? Mówimy sobie wszystko i...
- Nie chcę o tym mówić w szkole – powiedziała cicho. Zagryzłem wargę, nadal bacznie ją obserwując. Sam dalej wpatrywała się w swoje buty, jakby nagle były naprawdę mocno interesujące.
- Czy to coś… Coś złego?
- Lukey, proszę…
- Martwię się i…
- Nie chcę o tym myśleć, jeśli nie będę wiedzieć dokładnie i... – Urwała, a między nami ponownie pojawiła się cisza. Kiwnąłem głową, choć ona nie mogła tego zobaczyć, bo nadal na mnie nie patrzyła.
- W porządku – powiedziałem, nie będąc do końca szczery.
              Chciałem wiedzieć. Cholernie mocno chciałem wszystko wiedzieć. Prawda była taka, że jeśli ona była nieszczęśliwa i smutna, to te emocje oddziaływały i przechodziły także i na mnie. Odbierałem je, niczym radar. Jak radioodbiornik, który był kompatybilny z jej falami i stanem, w jakimś się znajdowała. Po raz kolejny przejechałem dłonią po jej ramieniu.
- Sammy?
- Tak?
- Ale w końcu mi powiesz? – pociągnąłem cicho, próbując ukryć zdenerwowanie. Nie byłem pewny, czy do końca mi się to udało, ale najwidoczniej Sam niczego nie zauważyła.
- Powiem… Obiecuję, że ci powiem.

~***~
              Wysiadłam z samochodu Caluma. Odwróciłam się, by dostrzec stojące na podjeździe auta. Moi rodzice byli w domu. Wiedziałam, że mama kończy dzisiaj wcześniej, ale nie sądziłam, że tata urwie się z dyżuru. Przez chwilę wpatrywałam się w dwa samochody, jakby to one miały mnie poinformować o tym, co dzieje się w domu.
              Podeszłam do drzwi. Moja dłoń spoczęła na chłodnej metalowej klamce. Zawahałam się. Poczułam nieprzyjemny dreszcz na plecach, kiedy domyśliłam się, co może być przyczyną tego, że Ray wrócił wcześniej. Czy jest, aż tak źle? A może ja sama za bardzo zaczyna panikować? Zdecydowanie nie miałam najlepszego podejścia do tej sprawy. Ale strach i niewiadoma skutecznie odbierało mi racjonalne myślenia. Dawałam się ponieść emocjom, zamiast próbować je ogarnąć i opanować.
               W końcu otworzyłam drzwi. Weszłam powoli do środka. Chciałam wyłapać atmosferę, jaka panuje w domu. Ściągnęłam buty, nasłuchując. Doszedł do mnie szmer i kilka słów, których nie rozumiałam, bo tata nie mówił normalnie, a używał przyciszonego głosu. Zbliżyłam się do salonu. Zmarłam, kiedy usłyszałam cichy szloch mamy. W moim gardle od razu pojawiła się gula, której nie potrafiłam przełknąć. Miałam wrażenie, że nie jestem w stanie zrobić kolejnego kroku do przodu.
               Nagle jednak poczułam napływ siły. Chciałam wiedzieć, co się stało. Chciałam wiedzieć, jak bardzo jest źle. Może to nie chodzi w ogóle o mnie. Nie jestem pieprzonym pępkiem świata. Może to u rodziców dzieje się coś złego. Może ukrywali coś od dłuższego czasu, nie chcąc mnie martwić. Mój stan, moje emocje spadły na dalszy plan. Teraz liczyli się oni.
                 Niewiele myśląc weszłam pewnym krokiem do salonu. Sama byłam zaskoczona tym, że nie stchórzyłam i potrafiłam się przemóc, odnajdując w sobie potrzebną do tego siłę. Jak tylko znalazłam się w pokoju, dwie pary, tak dobrze znanych mi oczu, spoczęły na mnie. Pierwsze, co zobaczyłam, to zaczerwienione tęczówki mamy i pojedyncze łzy, które spływały jej po policzkach. Tata raptownie wyprostował się, zaciskając lekko usta. Chciałam coś powiedzieć, ale zupełnie nie wiedziałam, jak zacząć.
- Sam…
- Co się…
- Nie denerwuj się, to nic takiego… To może być fałszywy alarm. 
                Kiedy to powiedział, spojrzałam na kartkę, leżącą przed mamą. Dostrzegłam znane logo szpitala, w którym pracował. Nie musiałam pytać dalej. Doskonale wiedziałam, do kogo należą wyniki, znajdujące się na stole.
               Wmawiałam sobie, że dam radę przygotować się na taki przebieg wydarzeń. Że może jakoś się uspokoję, przegryzę to i będę umiała stawić temu czoła. Byłam pewna, że skoro już raz przez to przeszłam, świadomość powrotu choroby będzie o wiele łatwiej zaakceptować i znieść. Nic takiego. W tym momencie miałam ochotę rozpłakać się, jak małe dziecko. Chciałam wykrzyczeć, jak bardzo nienawidzę tego świata. Nawet pomimo tego, że te wyniki nie świadczyły dokładnie o niczym konkretnym. One nie mówiły wprost: znowu masz raka. One tylko alarmowały o potencjalnym zagrożeniu. Ale ja to zagrożenie brałam już jako pewniak.
               Widząc jednak smutny wyraz twarzy ojca i zapłakaną mamę, nie potrafiłam dać upustu emocjom. Przez czas choroby nauczyłam się kontrolować. Nie zawsze się to sprawdzało. Nie zawsze się udawało. Teraz jednak potrafiłam stanąć na wysokości zadania i nie pokazać, jak cholernie mnie to boli. Jak razem z tą wiadomością rozpadam się na drobne kawałki. Wiedziałam, że znajdę w sobie tę energię, by powoli poskładać się z powrotem do kupy. Uda się… Już w końcu raz to zrobiłam. A w ryzach opanowania trzymali mnie oni. Moi rodzice.
- Jak bardzo jest źle? – zapytałam neutralnym głosem. Byłam zdziwiona, że potrafiłam opanować jego drżenie i się nie zdradzić, jak bliska jestem płaczu.
- Nie, aż tak bardzo, jak być mogło – powiedział tata, zerkając w stronę zadrukowanej kartki. – Jednak dużo czynników nie jest w normie. – Wiedziałam, że daruje sobie te wszystkie medyczne terminy. One nie były mi w tym momencie potrzebne.
- Co… Co dalej?
- Zgłosiłem cię do szpitala. Chcemy przeprowadzić dokładniejsze badania i poszerzyć ich zakres tak, jak… tak, jak…
- Tak, jak wtedy – dokończyłam za niego, kiwając głową. Zerknęłam na mamę, która przycisnęła trzęsącą się dłoń do ust. – Jest okej. To pewnie jedno wielkie nieporozumienie, a mój organizm po prostu ześwirował. Unormuję się – dodałam z pewnością w głosie, chcąc do tych słów przekonać, nie tylko ją, ale także i siebie.
- Zadziałałem od razu. Po jutrze trafisz na trzydniową hospitalizację. Tam sprawdzimy wszystko, aby wykluczyć…
- W porządku – powiedziałam, nie chcąc, by mówił to głośno. – Mamo, naprawdę się nie martw. Będzie dobrze. – Rodzicielka pokiwała głową, próbując uśmiechnąć się przez łzy. – Będę u siebie i…
- Potrzebujesz czasu?
- Odrobinę.
- Oczywiście – odparł cicho tata, patrząc na mnie przepraszającym wzrokiem, jakby to wszystko było jego winą. Ale nie było. Nigdy to nie była wina żadnego z nich.
               Kiwnęłam tylko głową, jakbym odpowiadała sama sobie na jakieś pytanie, a następnie odwróciłam się i ruszyłam w stronę schodów. Weszłam na górę, czując, jak zaczynają mnie piec oczy. Byłam pewna, że wytrzymam i znajdę się w środku, zanim się nie złamię. Jednak nie udało się. W połowie korytarza słone łzy zaczęły moczyć mi policzki. Płakałam jednak cicho tak, by nie usłyszeli tego rodzice. Wchodząc do pokoju byłam już jednym wielkim emocjonalnym kaleką. Osobą, która odreagowywała cały dzień, udając, że wszystko jest w porządku. Ale nie było. Dla mnie teraz nic nie było w porządku. Pozwoliłam sobie na rozżalenie i smutek. Pozwoliłam sobie na płacz, leżąc na łóżku i wciskając twarz w poduszkę. Pozwoliłam sobie na ten moment rozbicia. Zaraz po tym chciałam na nowo szukać punktu zaczepienia, który nie pozwoli mi upaść niżej.

~***~
              Odpaliłem silnik. Raz jeszcze rzuciłem okiem w stronę cmentarza. Przychodziłem tu co kilka dni, odwiedzić grób babci. Zapalałem świeczkę, wymieniałem zwiędnięte kwiaty na te świeże, a potem siedziałem przez chwilę na ławce, wpatrując się w ciemną marmurową płytę, która zawierała jej imię, nazwisko, datę urodzin i śmierci. Często w tej małej wyprawie towarzyszyła mi Sam. Wtedy obydwoje wspominaliśmy Julianne albo pogrążaliśmy się w luźnej rozmowie, nie rozpamiętując złych chwil.
              Dzisiaj jednak przyjechałem sam. Nie chciałem jej tu ciągnąć. Nawet jej tego nie proponowałem. Wiedziałem, że coś ją gryzie. Że jej samopoczucie nie jest na tak wysokim poziomie, jak zawsze. Nie chciałem jej katować tym wyjściem, kiedy zapewne potrzebowała spokoju i ucieczki od problemu, jaki miała. Po odbytym w szkole lunchu, domyślałem się, co takiego mogło się wydarzyć. I to wcale mnie nie uspakajało, a jeszcze bardziej wrzucało w szpony niepokoju.
               Nie było tak, że odpuściłem. Nie mogłem jej zostawić. Dałem jej, tylko chwilę samotności, aby mogła sobie to wszystko ułożyć. Oczekiwałem, że powie mi wprost to, co już wiedziałem. Albo raczej liczyłem na to, że się mylę. Cholernie chciałem się mylić. Cholernie chciałem, by Sam rozwiała moje obawy, upewniając mnie w tym, że nic jej nie jest. Jednak podświadomość szeptała mi swoje. Teraz to ona potrzebowała mnie. Teraz to ja musiałem pokazać swoją siłę i dać jej wsparcie. I naprawdę chciałem podołać temu zadaniu.
                Droga z cmentarza do domu dziewczyny nie zajęła mi dużo czasu. W końcu dostrzegłem znany mi budynek. Na podjeździe stały samochody jej rodziców. Zaparkowałem tuż obok auta Ray’a. Przez chwilę siedziałem nieruchomo, wpatrując się w swoje dłonie, które nadal zaciśnięte były na kierownicy. Szukałem siły. Siły, którą jej przekaże. Chciałem, by miała we mnie oparcie. Takie samo, jak ja w niej.
                Wysiadłem z samochodu. Raz jeszcze spojrzałem na dom Hoodów. Westchnąłem cicho pod nosem, a następnie ruszyłem w stronę drzwi. Podchodząc do nich miałem wrażenie, że serce łomocze mi tak mocno, że zaraz wszyscy będą to słyszeć. Za wszelką cenę chciałem uspokoić emocje, ale wiedziałem, że nie będzie to łatwe. Będzie to trudniejsze, kiedy znajdę się w jej pokoju. Kiedy usłyszę to, co powinna mi powiedzieć. Tak, jak ona wielokrotnie martwiła się o mnie, tak ja martwiłem się o nią.
                Nacisnąłem dzwonek. Usłyszałem go po drugiej stronie drzwi. Przystąpiłem z nogi na nogę, odrobinę się niecierpliwiąc. Miałem nadzieję, że Sam będzie w domu. Nie zapowiedziałem się, z góry zakładając, że właśnie tu ją znajdę.
                Drgnąłem słysząc kroki. Zagryzłem dolną wargę, nie odrywając oczu od drzwi. Po chwili otworzyły się, a przede mną stanął Ray. Zmierzył mnie wzrokiem, a następnie uśmiechnął się blado. Po jego zachowaniu wiedziałem, że naprawdę stało się coś złego.
- Cześć, Luke – powiedział, zanim w ogóle zdążyłem otworzyć usta.
- Dzień dobry… Jest Sammy?
- Jest u siebie. Wchodź. – Odsunął się, wpuszczając mnie do środka. Wszedłem do ich domu, od razu zabierając się za ściąganie butów. Ojciec dziewczyny zerknął na mnie po raz kolejny. – Musisz wiedzieć, że Sam teraz potrzebuje chwili dla siebie i… Uszanuj to, jeśli nie będzie chciała z tobą rozmawiać.
- Oczywiście – skłamałem, kierując się w stronę schodów. Z góry założyłem, że nie zostawię jej samej, choćby miała na mnie krzyczeć i wyzywać od najgorszych. Sammy czasem bywała impulsywna, ale podjąłem to ryzyko. Nie wyjdę stamtąd, nawet jeśli będą próbowali mnie wywlec z jej pokoju siłą. 
                Ray nie powiedział nic więcej. Kiwnął tylko głową, idąc do salonu. Odwróciłem się i ruszyłem na górę, aby jak najszybciej dotrzeć do jej królestwa. Tego miejsca, w którym i ja czułem się doskonale. Zatrzymałem się przed konkretnymi drzwiami. Podniosłem rękę, aby zapukać. Jednak w tym momencie zawahałem się. Co jeśli mi nie odpowie? Co jeśli od razu każe mi odejść? Szybko rozwiałem te wątpliwości, stawiając na coś innego. Po prostu złapałem za klamkę i nacisnąłem ją, aby bez zapowiedzi wejść do środka.
                Dziewczyna drgnęła na łóżku, gdy tylko usłyszała dźwięk otwierających się drzwi. Wstrzymałem oddech, widząc ją w takim stanie. Nawet na mnie nie spojrzała. Nawet się nie odwróciła. Leżała odwrócona plecami, obejmując ramionami poduszkę. Słyszałem, jak pociągnęła nosem. Nienawidziłem tego. Nienawidziłem patrzeć na jej łzy, kiedy była w rozsypce. Wtedy łamałem się razem z nią.
- Jest w porządku, nic mi nie jest – powiedziała, przekonana o tym, że do środka musiał wejść jej ojciec lub matka. – Nie popadam w kolejną depresję.
                Spuściłem głowę, kiedy jej słowa w końcu do mnie dotarły. Sam zawsze była dla mnie osobą silną. Silną psychicznie. Poznałem ją, jak zdołała wygrać z chorobą. Nigdy, zaś nie widziałem tego, w jaki sposób z nią walczyła. Jak wiele musiała przejść i wytrzymać, by być tu, gdzie jest teraz. W tym momencie skrawek tego nieznajomego obrazu zaczął mi się ujawniać. A on powodował smutek i ból, który powoli pojawiał się w środku mnie. I te emocje rozchodziły się po komórkach, jakby miały pochłonąć mnie całego. Mnie i ją.
                 Podszedłem do łóżka. Usiadłem na jego skraju. Sam nadal była odwrócona do mnie plecami. Zatrzęsła się, jakby z czymś walczyła. Nachyliłem się, odgarniając kosmyk jej ciemnych włosów, który zasłaniał jej twarz. Musnąłem ustami jej policzek. Dopiero wtedy odchyliła się, by móc na mnie spojrzeć. Ciemne, zazwyczaj radosne tęczówki, teraz były przepełnione żalem i goryczą. Jej policzki lśniły od wylanych łez.
- Lukey?
- Chyba nie sądziłaś, że sobie odpuszczę i zapomnę o tym, co powiedziałaś na lunchu – powiedziałem cicho, delikatnie gładząc jej ramię.
- Ja nie… - Urwała, biorąc głęboki oddech.
- W porządku – odparłem cicho, widząc kolejne łzy, który wypłynęły z jej ciemnych oczu. – Chodź do mnie.
                Wsunąłem się bardziej na materac, opierając się plecami o ścianę. Wyciągnąłem w jej stronę ręce. Nie czekałem na nią długo. Dziewczyna niemalże natychmiast wsunęła się między moje nogi i wtuliła się w moją klatkę piersiową. Jej palce mocniej zacisnęły się na mojej koszulce. Oparłem brodę o jej głowę, gładząc teraz dla odmiany jej włosy i plecy. Zatrzęsła się. Chciałem pomóc jej się uspokoić, dlatego nie przestałem powtarzać tego gestu.
- Sammy, czy to jest to, o czym myślę? – wydusiłem, a te słowa niezbyt chętnie przeszły przez moje gardło. – To jednak wróciło?
- Nie wiadomo. – Kiwnąłem głową, biorąc kolejny głębszy oddech. Zamrugałem szybko, odganiając od siebie łzy, które wcisnęły mi się do oczu. Nie chciałem się rozklejać. Miałem być dla niej silny.
- Twoje wyniki są nienajlepsze?
- Można je uznać, jako niepokojące – odpowiedziała cicho. – Po jutrze mam mieć bardziej szczegółowe badania. Spędzę trzy dni w szpitalu, abyśmy mieli pewność, że może… że może…
- W porządku. Będzie w porządku. Musi być w porządku. – Cmoknąłem jej czoło, gdy delikatnie uniosła głowę do góry. – Nie możemy zamartwiać się na zapas. Nie możemy z góry założyć najgorszego. Może faktycznie nic się nie dzieje.
- A jak…
- Jestem z tobą. Byłem i będę – powiedziałem, czując, jak dziewczyna mocniej się do mnie przytula. – Nie zostawię cię z tym samej. Przejdziemy przez to razem. Przejdziemy to razem tak, jak to zawsze robiliśmy. I żadne z nas się nie podda, okej? – Zerknąłem na nią. – Sammy, obiecaj mi to. Obiecaj mi, że nawet wobec najgorszej diagnozy, ty i tak się nie poddasz. Proszę cię…
- Obiecuję – odparła w końcu, a ja mimo wszystko poczułem ulgę. Tak cholernie chciałem w to wierzyć. Uczepiłem się tego, mając nadzieję, że tak właśnie będzie. Że nawet wobec najgorszego, ona nadal będzie walczyć. A ja podejmę tę walkę razem z nią.
- Będzie dobrze.
- Lukey…
- Tak, kochanie?
- Boję się. Naprawdę się boję.
- W porządku, to normalne. Nie jesteś z kamienia, Sammy. Jesteś człowiekiem i strach jest normalnym odruchem. Masz prawo się bać. Jednak nie pozwól, by to na dłużej przejęło nad tobą kontrolę. Jesteś jedną z silniejszych osób, jakie znam. Poradzisz sobie, a ja ci w tym pomogę.
- Będziesz ze mną?
- Nigdzie się nie wybieram. Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo – powiedziałem cicho, po raz kolejny muskając jej czoło ustami. Dziewczyna spojrzała w moje błękitne oczy. Uśmiechnęła się delikatnie i to upewniło mnie w tym, że naprawdę dźwigniemy tą kolejną próbę, którą wyznacza nam los.

               Sammy pozbierała się szybciej, niż myślałem. Nie było jednak do końca dobrze. Wiedziałem, że potrzebuje jeszcze więcej czasu, aby to porządnie przegryźć. Jednak po długim milczeniu, kiedy to siedzieliśmy wtuleni w siebie, w końcu nastąpił mały przełom. Zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Nadal pozostaliśmy w strefie choroby. Miałem wrażenie, jakby ona już zaczynała mnie przygotowywać na to, co mogę zobaczyć i czego doświadczyć. Chociaż kiedyś opowiadała mi o tym, jak to wszystko przebiegało. Słuchałem jej w ciszy, starając się przyswoić sobie tę perspektywę, że teraz może być podobnie. Wiedziałem, że nie jestem w stanie przyszykować się na to psychicznie. Jednak zobrazowanie tego po raz kolejny i w takich okolicznościach, dawało mi pewną przewagę. Teraz to ja chciałem być tym, który będzie ją podnosić, gdy upadnie. Tak samo, jak ona wielokrotnie podnosiła mnie.
                 Nadal jednak uczepiłem się przekonania, że to wszystko, co się dzieje jest tylko wielkim nieporozumieniem. Chwilowym spadkiem odporności, niemiłą reakcją na osłabienie czy czymkolwiek jeszcze. W głowie wymyślałem przeróżne przyczyny, które były znacznie łagodniejszą wersją ostatecznego werdyktu. Modliłem się, bym tym razem naprawdę miał rację. W końcu dobrnąłem do tego momentu, w którym nie dopuszczałem do siebie tego najczarniejszego scenariusza.
                  Podniosłem głowę do góry, jak tylko usłyszałem otwierające się drzwi. Uniosłem zaskoczony brwi do góry, widząc wchodzącego do środka Caluma. Kompletnie zapomniałem o tym, że i on może złożyć jej wizytę. Po jego minie wnioskowałem, że musiał już rozmawiać z jej ojcem. Jego twarz zdradzała emocje, które z pewnością chciał ukryć. W ciemnych oczach widniał niepokój i współczucie. A tego drugiego Sammy tak cholernie nie znosiła.
                  Zagryzłem wargę, zsuwając się z materaca. Hood, co prawda zmienił nieco do mnie podejście, jednak w jego towarzystwie nadal nie czułem się nazbyt komfortowo. Na szczęście nie zjawił się tu wcześniej. Po raz kolejny nie musiał oglądać tego, jak trzymam ją w ramionach.
Hood jednak nie skomentował w żaden sposób mojej obecności. Skinął mi tylko niezauważanie głową, co odrobinę mnie zaskoczyło. Sammy wyprostowała się, spoglądając na niego. Chłopak zajął miejsce obok niej. Objął ją ramieniem, a ona szybko odpowiedziała na ten gest, odwzajemniając go. Obserwowałem tę scenę z boku, nie odzywając się.
- Myślałaś, że się nie zorientuję, że coś jest nie tak? – powiedział, siląc się na uśmiech. Nie wyszło mu to do końca przekonująco, ale wcale mu się nie dziwiłem. Bał się o nią tak samo, jak ja. – Już rano w samochodzie domyśliłem się, że coś się stało. Nie chciałem jednak drążyć tematu w szkole. Wujek mi powiedział. – W pokoju ponownie pojawiła się cisza. 
- Pójdę już – odezwałem się, zwracając tym samym ich uwagę.
- Nie musisz wychodzić – rzucił Calum. Te jego słowa wprawiły mnie w lekką konsternację. Czyżby Mulat naprawdę zaczął mnie tolerować?
- Tak będzie lepiej – pociągnąłem, podnosząc się z łóżka. Spojrzałem na dziewczynę. – Pamiętasz, co mi obiecałaś?
- Pamiętam – odpowiedziała, a kąciki jej ust odrobinę uniosły się ku górze.
- Zadzwonię.
- Okej – powiedziała niemalże szeptem, kiwając dodatkowo głową.
- Naprawdę możesz zostać – rzucił Hood, obserwując mnie.
- Nie. Zostawię was samych, abyście mogli sobie na spokojnie porozmawiać. 
                 Uśmiechnąłem się do Sam, która tym razem obdarzyła mnie cząstką większego uśmiechu. Rzuciłem na odchodnym jeszcze szybkie cześć, a następnie wyszedłem z pokoju, choć wcale tego nie chciałem. Jednak ta dwójka też potrzebowała pobycia sam na sam. Szczególnie po dzisiejszej nieprzyjemnej wiadomości, z jaką my wszyscy musieliśmy się zmierzyć.


***
Znowu moment niepokoju w tym ff - zresztą, mam wrażenie, że w tej całej historii zawsze jest więcej złych momentów, niż tych dobrych. Chociaż... Może idą na równi? :)
Czy Wy też zauważyliście małą zmianę u Caluma? Czyżby Luke już mu nie przeszkadzał? :) 

Informuję, że nadal trwa obsuwa czasowa. Rozdziały na wszystkich ff będą nadal wrzucane nieregularnie. Co i kiedy się pojawia - dowiecie się tego również na Asku i Twitterze. Na oba konta serdecznie zapraszam - @RoxyDonau

Dziękuję Wam za wszystkie komentarze, które są naprawdę świetną motywacją do dalszego pisania :) 

Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Pozdrawiam i do następnego!

3 komentarze:

  1. Jeju mam nadzieję, że z Sam wszystko w porządku. To naprawdę świetna dziewczyna i nie zasługuje na to wszystko.
    Szkoda mi również Luke'a, bo nie dość, że ma problem w domu, to jeszcze jego własna dziewczyna może mieć raka. Nie chcę, by znowu przechodził przez piekło.
    Miła zmiana w zachowaniu Caluma. W końcu nie widzi w Luke'u zagrożenia dla Sammy. Może w końcu zrozumiał wszystko.
    Pozdrawiam:)x

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do stanu Sam, to wszystko się w końcu wyjaśni. Ale fakt, zmiana Caluma jest znowu widoczna :) Może w końcu mu się całkowicie odmieni :)
      Dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Żeby skończyło się Happy End'em ❤️❤️

    OdpowiedzUsuń