środa, 20 lipca 2016

Rozdział 35

If I didn't have you there would be nothing left, the shell of a man who could never be his best


               Dzisiejszy lunch spędziłem samotnie. Siedziałem na starych schodach za szkołą, ale obok mnie nie było nikogo. I znów czułem się samotny. Byłem cholernie mocno przyzwyczajony do towarzystwa Sam. Do tego, że zawsze była obok. Teraz jednak dziewczyna zamiast tu, znajdowała się w szpitalu, rozpoczynając pierwszy dzień badań. Może i przez to, te wszystkie odczucia były spotęgowane? Może ta konkretna przyczyna wzmagała te negatywne emocje, które we mnie krążyły? Prawda była, bowiem taka, że nadal się o nią bałem. Miałem wrażenie, że z każdym dniem ten strach jest silniejszy. Jakby od jej pozytywnego stanu, zależało także moje życie. Nigdy nie sądziłem, że przywiąże się do kogoś z taką siłą. To było tak, jak gdyby Sam przywłaszczyła sobie część mnie. A bez niej normalne funkcjonowanie nie było do końca możliwe.
              Doskonale wiedziałem, że nie powinienem koncentrować się na negatywnych myślach i czarnych scenariuszach, które mój mózg tak często budował i tworzył. Jednak nie potrafiłem. Moja pesymistyczna natura wyłaziła ze mnie, a ja nie potrafiłem się skupić na niczym innym. Na niczym pozytywniejszym. Nie potrafiłem tego przezwyciężyć. Praktycznie cały lunch spędziłem rozmyślając o tym, co będzie, jak się okaże, że Sam znów jest chora. Jak będzie to wtedy wyglądać? Co będzie z nami dalej? I jak sobie poradzę w tych najtrudniejszych chwilach? To ona zawsze była silniejsza psychicznie. Teraz te role muszą się odwrócić, a ja nie byłem pewny tego, czy dam radę stanąć na wysokości zadania. W końcu doszedłem do tego punktu, w którym karciłem sam siebie za to, że wpycham ją w szpony choroby, choć rzeczywistość mogła być zupełnie inna. Mogło nic jej nie być, a ja już przewidywałem najgorsze. Przez to nienawidziłem samego siebie. Kto normalny myśli o takich rzeczach? Kto normalny skazuje ukochaną osobę na przegraną?
              Wszedłem z powrotem do szkoły. Mijałem innych uczniów, którzy niespecjalnie zwracali na mnie uwagę. Ja na nich również. Byłem tak zatopiony we własnych myślach, że w tym momencie oni dla mnie zupełnie nie istnieli. Ja byłem nikim dla nich, oni, zaś byli dla mnie zupełnie przezroczyści. Jakby tkwili w zupełnie innym świecie, niż mój.
               Z zamyślenia ocknąłem się dopiero stojąc przed szkolną szafką. Otworzyłem ją i wymieniłem książki. Tą niewielką kupkę umieściłem pod pachą, zatrzaskując cicho drzwiczki. Szybko założyłem kłódkę. Kontrolnie wyciągnąłem telefon. Nadal nie otrzymałem żadnej wiadomości od Sam. Dziewczyna miała dać mi znać, jak skończy dzisiejszą serię badań. Miałem nadzieję, że stanie się to szybko. Naprawdę nie mogłem się doczekać, by ją zobaczyć, choć spotkaliśmy się wczoraj. Jednak dla mnie był to stanowczo zbyt długi okres czasu bez niej. Naprawdę byłem od niej uzależniony.
                Zdążyłem wsunąć telefon do kieszeni, kiedy po drugiej stronie korytarza usłyszałem znajomy śmiech. Przekręciłem oczami. Starałem się nawet nie patrzeć w ich kierunku, licząc na to, że mnie nie zauważą. Mimo wszystko drgnąłem i powoli odwróciłem się, kiedy ich kroki były coraz bliżej mnie. W końcu bliźniaki zatrzymali się naprzeciwko, mierząc mnie dokładnie wzrokiem. Na ich twarzach wymalowały się złośliwe uśmieszki.
- Co tam, Hommo- Lu? – odparł Bradley.
- Chyba znów zmienił się w niemowę – zakpił jego brat, krzyżując dłonie na klatce piersiowej.
- Pieprzony frajer.
                 Zanim zdążyłem się zorientować, Dylan uderzył w moje książki, które poleciały na ziemię z głośnym hukiem. Wszyscy zgromadzeni na korytarzu z zaciekawieniem spojrzeli w naszą stronę. Do moich uszu doszły ciche śmiechy. Najwidoczniej pozostałych uczniów cała ta sytuacja zaczęła bawić. Bradley zaśmiał się pod nosem, wtórując innym. Podszedł do mnie. Nie ruszałem się z miejsca, dokładnie śledząc każdy jego ruch. Drgnąłem, kiedy uderzył dłonią w szafki. Prychnął pod nosem.
- Jesteś zwykłym śmieciem – podsumował, a potem zamachnął się.
                Chciałem się odsunąć. Już nawet oderwałem stopę od podłogi, by wykonać szybki krok w bok, ale na mojej drodze stanął Dylan. Odbiłem się od chłopaka, pozostając w tym samym miejscu. Dzięki temu, pięść jego brata mogła bezproblemowo spotkać się z moim brzuchem.
                Jęknąłem pod nosem, uderzając plecami o szafki. Zgiąłem się w pół, zjeżdżając po nich. Usiadłem na podłodze, krzywiąc się. Śmiech bliźniaków jeszcze przez dłuższy czas rozbrzmiewał mi w uszach. Na całe szczęście obaj uznali, że tyle mi na razie wystarczy. Odwrócili się i ruszyli w kierunku schodów. Spojrzałem w stronę rozrzuconych książek. Nienawidziłem tego miejsca. Nienawidziłem tej szkoły.

~***~
               Zerknęłam w bok, wpatrując się w białe drzwi. Po chwili znów moje brązowe oczy spoczęły na rodzicach. Niedawno skończyły się moje badania i przez resztę dnia miałam mieć spokój. Nie licząc kroplówek, które podawali mi trzy razy dziennie. Domyślałam się, że chcieli uzupełnić częściowo to, czego mojemu organizmowi od dłuższego czasu brakowało. Dzięki temu miałam się poczuć lepiej.
- Mamo – jęknęłam, kiedy kobieta po raz kolejny zabrała się za wygładzanie białej kołdry.
- Tak, córciu?
- Nie musisz…
               Ale urwałam, bo mama już mnie nie słuchała. Jej dłonie raz za razem przejeżdżały po pościeli, jakby to było najważniejszą rzeczą, którą teraz ma zrobić. Nie musiałam pytać o to, dlaczego tak się zachowuje. Widziałam ją w tym stanie już nie raz. Denerwowała i martwiła się, a te drobne rzeczy miały odciągać jej myśli o tego, co się dzieje.
- Nie musicie ze mną siedzieć – powiedziałam, nie odrywając od nich wzroku. – Idźcie do domu. Jesteście tu od rana.
- Posiedzimy…
- Mamo, idź do domu – odparłam bardziej stanowczym głosem. – Nic mi nie będzie. Zresztą, Luke niedługo przyjdzie i…
- Luke przyjdzie, tak? - odezwał się tata, uśmiechając się lekko pod nosem.
- Co? – rzuciłam, rozkładając ręce. – Co z nim jest nie tak?
- Nie, nic… Lubię go. Jest w porządku – odpowiedział ze śmiechem. Zmrużyłam na niego oczy, co jeszcze bardziej rozbawiło ojczulka.
- Jesteście przyjaciółmi, tak? – pociągnęła mama.
- No, tak…
- Tylko przyjaciółmi?
- Mamo…
- To proste pytanie. – Westchnęłam pod nosem. Nadal nie powiedziałam im prawdy. W sumie nawet nie wiedziałam dlaczego. Calum już wiedział, a oni nie. – Sam?
- Może nie jesteśmy do końca przyjaciółmi…
- Ha! Mówiłam! – Mama odwróciła się tak raptownie do taty, że aż podskoczyłam. Ray zacisnął usta, a potem mruknął coś pod nosem. – Wiedziałam! Wiedziałam, że macie w sobie, to… To coś. – Gabrielle spojrzała na mnie ponownie. – Tak myślałam, że jesteście parą.
- Jak to wiedziałaś?
- Matczyny instynkt.
- Muszę sobie z nim poważnie porozmawiać i…
- Ray!
- Tato!
- Boże – mruknął, przekręcając oczami. – Jestem w mniejszości, tak?
- Jesteś – odparła mama z uśmiechem. – Zostaw tego biednego chłopaka w spokoju, przecież nic nie zrobił.
- Ale może zrobić
- Ray – rzuciła mama, kręcąc jednocześnie głową.
- Dobra, poddaję się. Jednak, jeśli wywinie ci jakiś numer, to będzie miał przechlapane po całości – pociągnął tata, machając palcem.
- Teraz lubisz go mniej? – zapytałam ze śmiechem.
- Lubię go, ale będę miał go bardziej na oku – skwitował, podchodząc do kroplówki. Ja i mama wymieniłyśmy spojrzenia. Mrugnęła do mnie, na co zareagowałam cichym śmiechem.
- Powiedz mi, od kiedy to się dzieje – zaczęła, a ja wzięłam głębszy oddech. 
              Chyba przyszła pora na małą spowiedź i odkrycie kilku tajemnic. A ja nie miałam nic przeciwko temu. Po reakcji rodziców, nie miałam oporów, by odrobinę nakreślić im prawdziwą relację, jaką mam z Hemmingsem. Oczywiście, powiem im tyle, ile powinni wiedzieć. Resztę zachowam dla siebie.

~***~
              Wysiadłem z windy, nadal czując ten specyficzny szpitalny zapach. Spojrzałem na drzwi przed sobą. Na szybkie naklejono czerwone, drukowane litery, które układały się w jedno słowo: onkologia. Wpatrywałem się w nie tak długo, dopóki nie poczułem na plecach nieprzyjemnego dreszczu. Oderwałem od niego wzrok. Podszedłem do drzwi i pchnąłem je, by wejść na oddział.
               Korytarz był prawie pusty. Pod ścianą stały trzy wózki inwalidzkie, a po drugiej stronie dwa łóżka do przewozu pacjentów. Uśmiechnąłem się do bladej kobiety w puszystym szlafroku, która właśnie wyszła z jednej z sal. Na jej głowie znajdowała się kolorowa chusta. Odpowiedziała tym samym, a ja dostrzegłem w jej policzkach małe dołeczki.
- Mamo! 
              Mały chłopiec wybiegł za nią na korytarz, od razu ujmując jej dłoń. Za nim wyszedł wysoki i postawny mężczyzna, który z pewnością był jej mężem. Odwróciłem od nich głowę, idąc przed siebie. Chciałem, jak najszybciej odnaleźć odpowiednią salę.
             Sala, w której znajdowała się Sam mieściła się praktycznie na samym końcu biało zielonego holu. Nie wiedziałem, czy powinienem wejść od razu czy może najpierw zapukać. W końcu przypomniałem sobie, że dziewczyna zajmuje ją sama, więc odpuściłem pierwszą opcję. Położyłem dłoń na chłodnej klamce i od razu nacisnąłem ją. Drzwi ustąpiły, a ja powoli wszedłem do środka.
              Pierwsze, co zobaczyłem to puste łóżko, z rozgarniętą i skotłowaną pościelą oraz stojak kroplówkowy. Na stoliku znajdowały się otwarte opakowania po ciastkach, pusty kubeczek po jogurcie i duża butelka wody. Na parapecie leżała książka w miękkiej, kolorowej okładce i kilka gazet. Dostrzegłem nawet znajomy telefon, który należał do Sam. Dzięki temu byłem pewien, że trafiłem do odpowiedniego miejsca.
              Rozejrzałem się po pokoju, zastanawiając się, gdzie podziała się Sam. Przełknąłem ciężko ślinę, czując lekkie drżenie rąk. A ja wydarzyło się coś, o czym nie miałem pojęcia? A jak stało się coś złego? A jak…
- Luke!
             Odwróciłem się szybko w stronę drzwi. Odetchnąłem z ulgą, widząc jej szeroki uśmiech. Jestem kretynem, który potrafi kreować, tylko czarne scenariusze. Sam stała tuż przede mną i to tylko dowiodło tego, jak szybko zasiewam w sobie panikę.
            Podeszła do mnie bliżej. Nie powiedziałem nic, tylko od razu zgarnąłem ją w swoje ramiona. Sam objęła mnie, a ja wtuliłem się w nią bardziej. Miałem swoje szczęście przy sobie i to sprawiło, że znów poczułem się lepiej. Spojrzałem w jej ciemne oczy, przejeżdżając palcami po jej policzku. Uśmiechnęła się ponownie. Nie czekając ani chwili dłużej, złączyłem nasze usta. Ciepła fala spokoju, rozlała się po moim ciele. Wszystko było w porządku.
- Ale miłe powitanie – powiedziała cicho, łapiąc moją wolną dłoń. – Wszystko okej?
- Okej – odpowiedziałem z pewnością w głosie. – To dla ciebie.
- Nie musiałeś…
- Musiałem. Będzie z tobą i będzie cię pilnował, kiedy ja nie będę mógł być obok.  
- To urocze.
- To przereklamowane i kiczowate, ale nie mogłem się powstrzymać . – Podałem jej pluszowego, kremowego misia, z błękitną kokardką, skrzydełkami i małą aureolą znajdującą się na czubku głowy.
- Jest świetny, dziękuję! – powiedziała, obracając maskotkę. Zagryzłem lekko wargę, widząc wenflon na wierzchu jej dłoni. Uśmiechnąłem się ponownie, kiedy dziewczyna znów na mnie spojrzała. – Cieszę się, że przyszedłeś.
- Wątpiłaś w to?
- Ani trochę.
- I słusznie – odparłem, obejmując ją ramieniem.
               Sam poprowadziła nas w stronę łóżka. Usiadła na nim. Zerknąłem w stronę krzesła, które stało obok. Chciałem je zająć, ale jak tylko zrobiłem krok do przodu, brunetka złapała mnie za dłoń po raz kolejny. Pociągnęła mnie w swoją stronę.
- Siadaj tutaj. Chyba, że nagle doszedłeś do wniosku, że mogę cię zarazić.
- Jezu… Nie wygaduj takich głupot – powiedziałem szybko, zajmując miejsce obok niej. Ująłem jej twarz w dłonie. – Nigdy więcej tak nie mów.
- Przepraszam.
- Zresztą, moje powitanie chyba ewidentnie pokazało ci, że nie mam takich głupich myśli – pociągnąłem, a ona lekko pokiwała głową.
- Przepraszam.
- I przestań mnie przepraszać.
- To co mam…
- Powiedz, że cholernie za mną tęskniłaś i nie mogłaś się doczekać, kiedy w końcu przyjdę. Powiedz mi, że nadal mnie kochasz i masz gdzieś, że twój lekarz prowadzący jest bardzo fajnym ciachem. 
               Sam zaśmiała się, a potem szybko musnęła moje usta swoimi. Uśmiechnąłem się ponownie, nie mogąc oderwać od niej wzorku. Nawet w granatowej piżamie, bez makijażu i lekko niechlujnym uczesaniu, nadal prezentowała się dla mnie idealnie. Ona była dla mnie idealna.
- Tęskniłam za tobą, choć widzieliśmy się wczoraj i nie mogłam się doczekać, kiedy przyjdziesz. Cholernie mocno cię kocham. A co do lekarza, to nie musisz się przejmować, bo mój doktorek jest starszym panem i raczej nie ma możliwości, bym zaczęła do niego potajemnie wzdychać. – Teraz to ja zacząłem się śmiać. Samantha cmoknęła mnie w nos. Uwielbiałem, jak to robiła. – Twoja pozycja jest praktycznie niezagrożona.
- Praktycznie?
- Praktycznie – pociągnęła, zagryzając wargę. 
- Co się stało?
- Mówię praktycznie, bo nie wiem, czy nie odstraszy cię mój tata.
- Znam twojego ojca i oboje się raczej lubimy.
- Moi rodzice wiedzą, że jesteśmy razem - powiedziała, a ja wstrzymałem oddech. - Nie mogłam tego ukrywać w nieskończoność, skoro nawet Calum wie i…
- Mam przejebane – wymamrotałem, robiąc wielkie oczy.
- Nie wcale…
- Ray mnie zabije.
- Nie mówiłam im przecież o wszystkim i…
- To i tak nie zmienia faktu, że Ray mnie ukatrupi.
- Bez przesady…
- Już jestem trupem. – Spojrzałem na nią. Sam zaśmiała się cicho. – Pamiętasz, jak po powrocie z Newcastle, powiedziałem, że Ray goniłby mnie po całym Sydney z siekierą, gdyby się dowiedział… No… Ta wizja może się spełnić.
- Lukey – powiedziała ze śmiechem. Uśmiechnąłem się szeroko i objąłem ją. – Nie będzie tak źle. Nic się nie zmieni.
- Zmieni się. Ale moje ostatnie chwile życia spędzę z tobą.
- Zawsze możemy razem uciec.
- Razem?
- Ty i ja.
- Razem brzmi dobrze – powiedziałem, gładząc jej ramię. – Co nie zmienia faktu, że Ray mnie zabije. 
              Zerknąłem na nią, kiedy znów zaczęła się śmiać. Po chwili spojrzała na mnie z uśmiechem. I w tym momencie miałem cholerną nadzieję, że ten jej uśmiech nigdy nie zniknie.

             Wyprostowałem się, kiedy drzwi do sali otworzyły się. Spojrzałem w stronę wchodzących. Kiedy moje błękitne tęczówki spotkały się z ciemnymi oczami Caluma, odwróciłem głowę. Wstałem z materaca. Michael i Ashton o coś się spierali, ale ja nie wnikałem w ich słowa. Przyszedł czas ewakuacji. Żałowałem, że nie mogę zostać z nią dłużej, choć od początku mojej wizyty minęły już z dobre trzy godziny. Wiedziałem jednak, że nasza czwórka w jednym pomieszczeniu, to nadal nie najlepszy pomysł. Tolerowaliśmy się, ale każdy z nas raczej nadal chciał zachować odpowiedni dystans. Mój czas minął.
- Pójdę już – powiedziałem, zapinając czarną bluzę.
- Zostań – odparła cicho, Sam.
- Możesz zostać – odezwał się Calum, co mnie zaskoczyło. I to bardzo.
- Lepiej będzie, jak pójdę. – Raz jeszcze spojrzałem na Sam. - Zobaczymy się jutro.
- Mam nadzieję – rzuciła dziewczyna, uśmiechając się lekko. Odpowiedziałem tym samym. Zerknąłem na chłopaków.
- Cześć, Luke – powiedział Irwin.
- Cześć, stary – rzucił Michael.
- Cześć – odpowiedziałem, a potem kiwnąłem głową w stronę Caluma.
- Cześć - powiedział, co również było miłą odmianą. Następnie odwróciłem się i szybko wyszedłem z sali.
- Jak się czuje moja ulubiona kumpela?
              Zdążyłem jeszcze wychwycić pytanie Michaela, kiedy drzwi zamknęły się za moimi plecami, odcinając mnie od nich. Wepchnąłem dłonie w kieszenie bluzy, kierując się w stronę wyjścia.
              Mimo tego, że parking był przepełniony różnokolorowymi autami, to bez problemu udało mi się odszukać swój samochód. Wsiadłem do środka, niemalże od razu wciskając klucz do stacyjki. Po chwili jednak wziąłem głębszy oddech, opierając na kierownicy lekko drżące dłonie.
               Teraz kiedy znalazłem się z dala od Sam, mogłem przestać udawać. Mogłem przestać grać opanowanego i silnego człowieka, którym chciałem być. A taki chciałem być dla niej. Znowu dawałem się porwać zdenerwowaniu i strachowi, który tylko czyhał na ten moment, kiedy znów odrobinę się psychicznie wykoleję. A takich chwil podczas tych odwiedzin było kilka. Samo miejsce nie napawało optymizmem. Sama rozmowa o badaniach i przywołanie wspomnień przez Sam, nie było czymś przyjemnym. Jednak wiedziałem, że sam byłem prowokatorem takich tematów. Jakby mój mózg chciał się przygotować na złe wiadomości. Ale na ostateczny werdykt nie da się od tak przygotować. Nigdy nie będzie się gotowym. Mimo wszystko próbowałem, choć nadal miałem nadzieję, że to nic takiego. Że wszystko będzie dobrze. I chciałem, jak najbardziej w to wierzyć. Liczyłem na to, że będę umiał w to wierzyć dalej.

~***~
               Spojrzałam na chłopaków, kiedy opróżnili plecaki. Teraz moje łóżko tonęło w kolorowych opakowaniach ze słodyczami. Mogłam to przewidzieć, że przytargają ze sobą same łakocie, które tak uwielbiałam. Wśród nich wyłapałam znane opakowanie mlecznej czekolady. Od razu chwyciłam za nią. Połamałam na paski, a potem otworzyłam ją.
- Chyba trafiliśmy – zaśmiał się Michael.
- O tak – odparłam, kiwając jednocześnie głową. Wzięłam kawałek czekolady. Ugryzłam ją, czując w ustach ten pyszny smak.
- Nie masz nam za złe, że przerwaliśmy wam spotkanie? – zapytał Ash.
- Nie – powiedziałam, chociaż naprawdę żałowałam, że Luke poszedł. 
               Chciałam by został, choć wiedziałam, że blondyn nie da się na to namówić. Między nim a chłopakami nadal stał mur, którego jeszcze nie pokonali. Może z czasem i on zacznie znikać, a ich wzajemne towarzystwo będzie dla nich bardziej znośne.
- Wiesz – zaczął Clifford, wskakując na łóżko. Rozłożył się na nim, niemalże spychając mnie z niego. Złapał mnie w ostatniej chwili za rękę, podciągając do góry, dzięki czemu naprawdę nie zaliczyłam spotkania z podłogą. – Pomyśleliśmy, że dotrzymamy ci trochę towarzystwa. Pogadamy, pośmiejemy się i zjemy tyle słodyczy, że zaczną boleć nas brzuchy. – Zaśmiałam się, widząc jego zadowoloną minę.
- Na szczęście jesteśmy w szpitalu, więc może daliby nam coś na trawienie – skwitował Hood, siadając obok mnie. Ash zajął miejsce na krześle.
- Może mają też coś, co poprawi moje oceny z fizyki? – pociągnął Michael.
- Polecam przeszczep mózgu – skwitował Irwin, za co oberwał od niego paczką żelków. Kolorowe opakowanie trafiło go w klatkę piersiową. – O! Moje ulubione!
- Sam sobie przeszczep mózg – wymamrotał Clifford.
- Wiedziałem, że to nie był dobry pomysł, by was tu zabierać – powiedział Calum, przekręcając oczami. Chłopaki spojrzeli na niego, jak na kosmitę. – Co?
- Pieprz się – mruknął Michael, a potem podniósł okrągłe ciastko. Obejrzał je dokładnie. –Obiecuję, że nie nakruszę – dodał, a następnie wpakował je całe do buzi.
- Już to zrobiłeś – rzuciłam, wskazując na okruchy. 
              Clifford zaśmiał się cicho, robiąc przy tym minę niewiniątka. Klepnął mnie w plecy. Zerknęłam na niego ponownie. Chłopak uniósł kciuk do góry. Raczej nie zapowiada się to na nudną wizytę.


***
Rodzice Sam w końcu dowiedzieli się prawdy o niej i o Hemmo :) Calum chyba naprawdę zaczyna zmieniać do niego podejście - może w końcu wydarzy się cud i zaczną normalnie ze sobą rozmawiać? A może pozostaną w strefie zwykłej tolerancji? Czas pokaże :)

Dziękuję Wam za wszystkie komentarze! Dajecie niezłego kopa do dalszego pisania!

Standardowo zapraszam na Ask i Twittera - @RoxyDonau
Tam informacje o tym, co i kiedy zostaje opublikowane :)

Pozdrawiam i do następnego!

4 komentarze:

  1. Matko Luke musisz zacząć myśli bardziej pozytywnie, bo chłopie nie wyrobisz psychicznie. On i Sam są cudowni razem :) uwielbiam ich. Hahahan reakcja Raya wcale mnie nie zaskoczyła, a Hemmo mnie skuteczne rozbawił tym, że zginie z jego rąk XD szkoda, że nie został, może wtedy by sobie pogadał na spokojnie z chłopakami i by między nimi było lepiej. Cudowny rozdział, bardzo mi się podoba :)
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że rozdział Ci się podobał i że tak lubisz tą główną parę bohaterów :D
      Może było ich "za dużo" i Luke się speszył? XD
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam!

      Usuń