niedziela, 7 sierpnia 2016

Rozdział 36

Look what we started, baby


               Narzuciłem na siebie koszulkę. Użyłem perfum. Na oślep przejechałem dłonią po włosach. Podniosłem głowę, spoglądając w lustro. W gładkiej tafli zobaczyłem swoją bladą twarz. Przez moment wpatrywałem się w siebie, jakbym czekał na znak od swojego odbicia, że dzisiejszy dzień będzie lepszy.
               Nagle usłyszałem otwierające się drzwi. Ktoś wszedł do mojego pokoju. Moje palce lekko zacisnęły się na krawędzi umywalki. Wstrzymałem oddech, chcąc rozpoznać intruza. Wytężyłem słuch, by móc jakoś zidentyfikować kroki. Po chwili zorientowałem się, do kogo dokładnie należą.
               Odwróciłem się i ruszyłem w stronę drzwi. Otworzyłem je, przechodząc do pomieszczenia obok. Moja matka, jak na rozkaz, odwróciła się od komputera, którego zostawiłem przez przypadek włączonego. Wiedziałem, co takiego przyciągnęło jej uwagę. Wiedziałem, co mogła przeczytać i zobaczyć. Zacisnąłem zęby. Niewiele myśląc podszedłem, a następnie zamknąłem laptopa. Odłączyłem go od ładowania. Bateria była praktycznie pusta, bo urządzenie dopiero niedawno zostało podłączone do sieci. Dzięki temu byłem pewny, że komputer został całkowicie wyłączony. Wyprostowałem się, stając naprzeciwko niej.
               Kobieta drgnęła, a następnie odsunęła się, jakbym co najmniej miał ją zamiar uderzyć. Ta jej reakcja nieco mnie zdziwiła. Ona nigdy nie reagowała na mnie w ten sposób. Musiała chyba zauważyć zmieszanie, które wymalowało się na mojej twarzy, bo zaraz przybrała, swoją znaną mi od dawana, pozę zobojętnienia. Choć ja w jej oczach dostrzegałem niepokój, mieszany z ciekawością.
- Dlaczego to czytasz? – zapytała, kiedy bez słowa złapałem za czarny plecak.
- Mam ku temu powody – odpowiedziałem siląc się na w miarę uprzejmy ton. Nie do końca mi to wyszło, bo dało się w nim słyszeć nutę złości. Wiedziałem, że ojciec od razu sprałby mnie na kwaśne jabłko, gdyby usłyszał to, w jaki sposób odważyłem się do niej odezwać. Ona tu była numerem jeden.
- Chodzi o ciebie?
- O mnie? – wydusiłem, patrząc na nią z niedowierzaniem. – Gdybyś cokolwiek o mnie wiedziała, to… Zresztą, nie ważne. Muszę iść do szkoły – pociągnąłem, odwracając się do niej plecami. Ruszyłem w stronę drzwi.
- Tu nie chodzi o ciebie – zaczęła, a ja momentalnie zatrzymałem się w miejscu. – Widzę to po tobie. Tu nie chodzi o ciebie – kontynuowała ściszając odrobinę głos. Moje dłonie zacisnęły się w pięści. Skrzyżowałem ręce na klatce piersiowej, aby to ukryć. – Te artykuły o chorobie… Ona ma nawrót, tak?
- Ona... Ona ma na imię Samantha – odparłem, spoglądając na nią przez ramię. – Nie jest bezimienna. 
               Nie wiem, czemu to mnie tak zdenerwowało. Poczułem trzęsące się dłonie. Możliwe, że po prostu przez ostatnie dni byłem tym wszystkim zbyt przytłoczony. Może było to spowodowane tym, że wciąż cholernie się bałem. Może dlatego, że nie miałem z kim o tym porozmawiać. A może też dla tego, że moi rodzice tak rzadko używali jej imienia. 
- I nic jej nie będzie – dodałem po chwili, przełykając dużą gulę, która pojawiła się w moim gardle. 
              Moja matka przemilczała to, co powiedziałem. Ucięła temat, nie odzywając się. To było do niej podobne. To była jej metoda na pozbycie się kłopotu i zamknięcie konwersacji. Pokręciłem, tylko głową, ruszając w stronę drzwi.
- Przykro mi – powiedziała cicho.
- Wcale nie jest ci przykro – rzuciłem, nawet na nią nie patrząc.
                Wyszedłem na hol, zostawiając ją samą w moim pokoju. Zacisnąłem mocniej usta. Zamrugałem kilkakrotnie oczami, gdy poczułem znane pieczenie. Moja matka była jedną z ostatnich osób, z którą chciałbym rozmawiać o Sam. Nie po tym wszystkim, co się działo. Nie po tym, co mówiła i robiła. W tym momencie zignorowałem ją tak samo, jak ona od zawsze ignorowała mnie. I mimo wszystko, gdzieś w środku poczułem przyjemne uczucie triumfu. Nie było ono duże, ale ledwo wyczuwalne. Jednak się pojawiło. Tak, jakbym nieświadomie wygrał, jakąś niewielką bitwę. Jedną z wielu, które toczyły się na tej nierównej wojnie między mną a rodzicami.

                 Po szkole od razu pojechałem do szpitala. Chciałem się, jak najszybciej zobaczyć z Sam. Nie czekałem na nic, tylko od razu skierowałem się na odpowiednie piętro, a potem korytarz. Zatrzymałem się przed drzwiami. Cicho zapukałem, choć nie byłem pewny, czy dziewczyna to usłyszy. Nie czekając na odpowiedź, wszedłem do środka.
               Już otwierałem usta, by się przywitać, ale na czas zamilkłem. Mój wzrok skupił się na śpiącej dziewczynie. Przykryta była jasną kołdrą, która nieco zlewała się z jej bladą twarzą. Wstrzymałem oddech, patrząc na osoby siedzące obok niej. Jej rodzice uśmiechnęli się lekko. To odrobinę mnie uspokoiło, bo znów w moim mózgu włączył się alarm paniki. Przez moment bałem się, że coś się stało, a jej stan diametralnie się pogorszył, mimo tego, że była tu tylko na bardziej szczegółowych i obszerniejszych badaniach.
- Dzień dobry – wydusiłem, zerkając to na nich, to na ich córkę.
- Dzień dobry, Luke. Wchodź śmiało – powiedziała szeptem Gabrielle, przywołując mnie gestem do siebie. – My już pójdziemy.
- Pójdziemy? – odezwał się Ray.
- Tak, pójdziemy – powtórzyła stanowczo kobieta, wstając z miejsca. 
                 Klepnęła męża w ramię. Mężczyzna zmierzył mnie poważnym wzrokiem. W tym momencie chciałem stamtąd uciec. Czyżby moje przypuszczenia się sprawiły i Ray zmienił do mnie stosunek, przez to, czego się dowiedział? Jednak po chwili pan Hood uśmiechnął się ponownie, co przyjąłem z wielką ulgą. Jak zwykle mnie wrabiał.
- Ale miałeś minę – rzucił, chichocząc cicho pod nosem. – Nie zamierzam cię torturować za to, że ty i Sam jesteście parą. Do czasu oczywiście i…
- Ray, błagam – mruknęła Garbielle, przekręcając oczami. – Nie słuchaj go, Luke – odparła, patrząc na mnie przyjaźnie. – Na starość poprzekręcało mu się w głowie i…
- No, wiesz? – prychnął oburzony.
- Wychodzimy – zarządziła jego żona, wskazując mu drzwi.
- Jedna sprawa – odezwał się ponownie Ray. – Daj jej trochę pospać. Sam kiepsko znosi przyjmowanie kontrastu, a dzisiaj miała tomografię komputerową.
- Jasne. Nie będę jej budził.
- Do zobaczenia, Luke.
- Do zobaczenia – powiedziałem, odprowadzając ich wzrokiem do wyjścia.
                  Od razu odwróciłem się w stronę dziewczyny, jak tylko oboje zniknęli za drzwiami. Podszedłem do łóżka, na którym spała. Złapałem za wolne krzesło, przysuwając je bliżej. Usiadłem. Przez moment wpatrywałem się w jej spokojną twarz. Wokół mnie było tak cicho, że niemalże słyszałem jej powolny i miarowy oddech. W takim wydaniu Sam wyglądała cholernie niewinnie i krucho. Jakby najmniejsza rzecz była w stanie ją złamać i skrzywdzić. Wiedziałem jednak, że jest inaczej. W środku była silna. Czasem odnosiłem wrażenie, że jest silna za nas oboje.
                 Przybliżyłem się jeszcze bardziej. Oparłem się o biały materac. Przejechałem dłonią po jej policzku. Nie poruszyła się. Bez namysłu chwyciłem ją za rękę. Starałem się to zrobić, jak najdelikatniej, byleby jej nie zbudzić. Jej skóra była ciepła i miękka w dotyku. Taka, jak zawsze. Odruchowo zacząłem przejeżdżać kciukiem po wierzchu jej dłoni, dając jej w pewien sposób znak, że nie jest tu sama. Że jestem obok. Że zawszę będę obok niej.
                  
                 Nie miałem pojęcia, ile dokładnie tak siedziałem, ale w końcu poczułem, jak zdrętwiał mi kręgosłup. Uniosłem się odrobinę, by nieco zmienić pozycję. Mimo wszystko nadal nie puściłem jej ręki. Uśmiechnąłem się lekko pod nosem, kiedy kolejna wizja nawiedziła moje myśli. Odkąd usiadłem przy jej łóżku, pogrążyłem się wymyślaniu coraz to lepszych scenariuszy na to, co może być kiedyś. Nie mogłem doczekać się tego, aż w końcu wyniesiemy się z Sydney, zaczynając razem nowy etap w naszym życiu.  I być może nie zawsze będzie cudownie i kolorowo, to jednak wiedziałem, że z pewnością będzie lżej i pewniej, niż tu. Bez mojej rodziny, która jedynie, co potrafi to miażdżyć i niszczyć wszystko. Nawet nadzieję.
                  Mój uśmiech zrobił się jeszcze szerszy, kiedy Samantha cicho mruknęła pod nosem. Dokładnie obserwowałem to, jak powoli rozchyla powieki. Zamrugała, rozglądając się po białej sali. W końcu jej ciemne oczy zatrzymały się na mnie. Również się uśmiechnęła.
- Lukey – powiedziała cicho.
- Hej, skarbie. Jak się czujesz? – zapytałem, nie mogąc ukryć troski w głosie. Ponownie przysunąłem się bliżej. Przejechałem dłonią po jej skręconych włosach. – Słyszałem, że był mały kryzys.
- Powiedzieli ci?
- Uprzedzili.
- Nie będę mówić o szczegółach, bo nie jest to… Ani apetyczne, ani przyjemne.
- Jak jest teraz?
- Lepiej. Czuję się lepiej – pociągnęła z uśmiechem.
- Może nie wstawaj – rzuciłem, kiedy Sam powoli usiadła na łóżku. Przeciągnęła się, a potem znów spojrzała na mnie.
- Jest dobrze, tylko…
- Co się dzieje? – zapytałem od razu. Dziewczyna przywołała mnie gestem do siebie. Wychyliłem się w jej stronę jeszcze bardziej. Wstrzymałem oddech, czekając na to, co mi powie. – Sam?
- Jestem głodna – odpowiedziała, a potem zaśmiała się, zakrywając usta dłonią. Odetchnąłem z ulgą, po raz kolejny tego dnia. Zerknąłem na nią, nie mogąc przestać się uśmiechać. – Pewnie przegapiłam obiad?
- Przegapiłaś. Ani ja, ani twoi rodzice nie chcieliśmy cię budzić.
- Trudno i…
- Na dole jest mały sklepik. Może tam będą mieli coś dobrego do jedzenia.
- Możemy pójść i…
- Ty siedź, ja pójdę.
- Możemy iść razem.
- Zostań w łóżku.
- Ale ja naprawdę dobrze się czuję i…
- Zrób to dla mnie i nie ruszaj się stąd – powiedziałem stanowczym tonem, na który zareagowała szerokim uśmiechem. – Życzy sobie pani coś jeszcze, oprócz zastępczego obiadu?
- Coś słodkiego.
- Czyli deser – odparłem, kiwając głową. – Zaraz wracam. Czekaj na mnie.
- Nigdzie się nie wybieram – odpowiedziała, kiedy puściłem jej dłoń. Uśmiechnąłem się po raz kolejny, a następnie wstałem z miejsca. Nachyliłem się, zostawiając na jej czole szybki pocałunek.
- Trzymam za słowo – dodałem, odwracając się.
                 Za plecami usłyszałem jeszcze jej śmiech, kiedy skierowałem się w stronę wyjścia z pokoju. Złapałem za chłodną klamkę, a następnie nacisnąłem ją. Wyszedłem na jasny korytarz. W momencie kiedy zamknąłem drzwi, zobaczyłem go siedzącego na krześle tuż przed salą. Calum.
                Chłopak od razu spojrzał na mnie. Zacisnąłem lekko usta. Nie sądziłem, że moja wizyta u Sam tak szybko dobiegnie końca. Z drugiej strony zacząłem się zastanawiać, dlaczego nie wszedł do sali wcześniej. Jak długo tu siedział? Ciemnobrązowe oczy dokładnie zmierzyły mnie od góry do dołu. Przez tę chwilę nie czułem się nazbyt komfortowo, ale nie skomentowałem tego w żaden sposób. Hood poruszył się, a następnie wstał z krzesła.
- Cześć – rzucił, co znów odrobinę mnie zaskoczyło.
- Cześć – wydusiłem, nie za bardzo wiedząc, co robić dalej.
- Sam już się obudziła? – zapytał, zbijając mnie nieco z tropu. Kiwnąłem głową. – Pomyślałem, że poczekam tutaj, aż się obudzi. Nie chciałem przeszkadzać.
- Nie przeszkadzałbyś – powiedziałem ostrożnie, nie czując się nazbyt pewnie będąc z nim sam na sam. Szczególnie, że Hood wiedział, kim dla mnie jest Sam i co jest między nami. Nadal się obawiałem tego, że ta cała relacja może mu się nagle zupełnie nie spodobać, a my znów zyskamy kolejnego wroga.
- Wychodzisz?
- Sam zgłodniała. – Calum uśmiechnął się, przytakując cicho. – Miała dzisiaj…
- Tak, wiem. Rozmawiałem z wujkiem. Po takim odchorowaniu, zawsze włącza jej się ssanie na jedzenie. Idziesz do sklepiku? – Ponownie kiwnąłem głową. – Weź jej coś z czekoladą. To zazwyczaj stawia ją najlepiej na nogi.
- Dzięki.
- Poczekaj…
- Tak? – Znowu odwróciłem się w jego stronę.
- Weźmiesz mi puszkę Pepsi?
- Jasne. Nie ma problemu. – Zauważyłem, jak chłopak sięga do kieszeni. – Rozliczymy się kiedy indziej.
- W takim razie, ja stawiam coś przy kolejnym spotkaniu. Tylko nie wymyślaj sobie pięciogwiazdkowej restauracji. – Zaśmiałem się, co było dla mnie, czymś nowym w jego towarzystwie.
- W porządku.
- I jeszcze jedno – dodał Hood, zatrzymując się przy drzwiach. – Nie musisz wychodzić, tylko dlatego, że się tu pojawiłem. Może między nami nie było fajnie, ale chyba wytrzymamy ze sobą trochę czasu, będąc w jednym pokoju.
- Jasne.
- To w porządku.
                 Odwrócił się i podszedł do drzwi. Otworzył je i zniknął w środku sali. Zostałem na korytarzu sam. Przez moment analizowałem wszystkie jego słowa, będąc nadal w szoku tą zmianą, jaką prezentował wobec mojej osoby. Wszystko zaczynało się zmieniać. W tym przypadku zmieniać na lepsze. A ja nie miałem nic przeciwko tej zmianie. Było to całkiem miłe urozmaicenie móc normalnie otworzyć usta do Hooda, nie będąc przy tym obrażanym, wyzywanym i przekreślonym po całości. Jakby wszystko zaczynało nabierać całkiem normalnego obrotu, wrzucając nas na zwykłą drogę, ku całkowitej zgodzie.

                Ja i Calum siedzieliśmy u Sam praktycznie do późnego wieczora. Skończyliśmy wizytę, kiedy oboje zauważyliśmy, że dziewczyna zrobiła się zmęczona. Pożegnaliśmy się z nią, a następnie wyszliśmy z jej sali, ponownie wracając na jasny hol.
                 Byłem pod miłym rażeniem tego, że oboje zachowywaliśmy się normalnie. Jakby spięcie między nami nigdy nie istniało. Calum zwracał się do mnie w taki sposób, że nawet nie dało się odczuć tego, że jestem tam niechciany. Skoro on pochodził tak do mnie, ja odpowiadałem tak samo, co doprowadziło do tego, że w pewnym momencie pogrążyliśmy się w temacie muzyki, a Sam tylko się temu przysłuchiwała, nie przestając się uśmiechać. Wiedziałem, że zauważyła tę zmianę między nami. I ta zmiana naprawdę jej się podobała.
                 Po tej rozmowie dowiedziałem się kilku rzeczy na temat Hooda i jego paczki. Nigdy jakoś szczególnie nie wnikałem w wiadomości i plotki, jakie chodziły po szkole. Odcinałem się od nich, przez co teraz zauważyłem swoje luki w informacjach na temat Mulata. Zainteresowało mnie szczególnie to, że on, Michael i Ashton nadal mają swój zespół – 5 Seconds of Summer – i nikt z nich nie porzucił muzyki i grania, mimo tego, że zaczynali jako małe dzieciaki. Wyszło na to, że mamy podobny gust pod tym względem i nawet lubimy te same zespoły. Nic dziwnego, że był to stabilny grunt, po którym mogliśmy się poruszać w rozmowie.
                 Wyszliśmy z budynku. Poczułem chłodne powietrze na swojej twarzy. Zapiąłem szybko bluzę, próbując znaleźć swój samochód. Było ciemno, a jedynym źródłem światła były uliczne latarnie. Wiedziałem, że będę musiał iść w głąb parkingu, by w końcu trafić na swoje auto.
                  Drgnąłem, czując, że Calum się zatrzymał. Odruchowo zrobiłem to samo. Powoli odwróciłem się w jego stronę. Ciemne oczy chłopaka ponownie skupiły się na mnie. Nie odezwałem się, tylko w milczeniu czekałem na to, co chce mi powiedzieć. A wiedziałem, że chce to zrobić. Z góry założyłem, że może mi się to nie spodobać. Jednak moje przypuszczenia okazały się być mylne.
- Jesteś w porządku – stwierdził, wsuwając dłonie do kieszeni w spodniach.
- Um… dzięki – wydusiłem, nie będąc do końca pewny, czy powinienem się odzywać czy jednak czekać na coś, co chce jeszcze powiedzieć. – Ty też jesteś w porządku.
- Nie zawsze byłem – odparł, wzruszając ramionami.
- Nie wracajmy do tego.
- Cieszę się jednak, że z nią jesteś – pociągnął, a ja uniosłem brwi. Calum zaskakiwał mnie coraz bardziej. – Sprawiasz, że Sam jest naprawdę szczęśliwa.
- To transakcja wiązana. Ona tak samo działa na mnie.
- Myślę, że potrzebowała kogoś takiego. Dbasz o nią i zawsze przy niej jesteś.
- Nie zamierzam odpuszczać.
- To dobrze – skwitował, powoli kiwając głową. – Z początku… Wcale mi się nie podobało to, że się koło niej kręcisz.
- Wiem, dosadnie to okazywałeś.
- Przepraszam. – Wytrzeszczyłem na niego oczy. Chłopak zaśmiał się cicho. – Zrozumiałem swój błąd. Trochę to trwało… Trochę…
- Musiałeś się dowiedzieć kilku rzeczy.
- Śmiało mogę powiedzieć, że to otworzyło mi oczy i rzuciło nowe światło na to, co się kiedyś stało. Byłem głupi, a ty nie ufałeś na ma tyle, by zdradzić to, co się działo.
- To tak do końca nie była kwestia zaufania - odpowiedziałem, nie odrywając od niego wzroku. – Byliśmy dzieciakami. Wy mieliście to, czego ja nigdy nie miałem. W dużej mierze wam tego zazdrościłem, jednocześnie wstydząc się tego, co dzieje się u mnie.
- Teraz wiem, że postępowaliśmy głupio i nierozważnie i…
- Stało się. Tego nie cofniemy.
- Jeszcze raz przepraszam – powiedział powoli, a potem wyciągnął w moją stronę dłoń. Zerknąłem na niego. Calum ciężko westchnął pod nosem. W końcu, choć myślałem, że minęły wieki od mojego kroku, który wykonałem w jego stronę, podałem mu swoją rękę. Hood uścisnął ją. – Do zobaczenia w szkole.
- Do zobaczenia.
               Chłopak kiwnął raz jeszcze głową, a następnie odwrócił się. Ruszył w przeciwnym kierunku, by znaleźć swój samochód. Odprowadziłem go wzrokiem, do momentu, aż nie zniknął za wielkim filarem. W głowie na szybko analizowałem wszystko to, co przed chwilą się stało. Jakoś jeszcze do końca nie docierało do mnie to, że Calum mnie przeprosił. Mimo tego wszystkiego, co się działo, uznałem to za naprawdę wielki postęp. Choć jego metody, jakie stosował względem mojej osoby do najprzyjemniejszych nie należały, a ja wielokrotnie mierzyłem się z uczuciem poniżenia i niechęci, to jednak gdzieś w środku przyjąłem jego przeprosiny, odczuwając jednocześnie ulgę. Ewidentnie nastąpiła zmiana. Pozytywna zmiana. Teraz byłem tego pewny.


***
Mamy ewidentnie duży postęp między chłopakami :) Nasz Calum zdobył się na przeprosiny. Może chłopaki na razie nie stali się big kumplami, ale długo wytrzymali ze sobą w jednym pomieszczeniu i nawet ze sobą rozmawiali na spokojnie :) 
O ile dobrze pamiętam, to do końca tego ff zostały nam cztery rozdziały + epilog. Szybko zleciało.

Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Standardowo zapraszam na Aska i Twittera - @RoxyDonau
Tam znajdziecie informacje o tym, co i kiedy zostaje opublikowane.

Nie przedłużam...
Pozdrawiam i do następnego!


6 komentarzy:

  1. 💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜 <-- tyle w temacie. ~Luna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. WOW :D Na początku myślałam, że mi się zacięło i dlatego tak tych serduszek jest dużo :D
      Dziękuję!

      Usuń
    2. Nie, to po prostu moja miłość do cb. 😁😁😁😁😙
      💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜

      Usuń
    3. Awww *-* Zostałam zaserduszkowana <3 :)

      Usuń