piątek, 19 sierpnia 2016

Rozdział 37

We want the same things, we dream the same dreams


              Spędziłam w szpitalu trzy dni. Trzy dni, które były niemalże identyczne. Badania, posiłki, odwiedziny i sen – jakbym zapętliła się w czasie. Na szczęście nie trwało to długo. Jak tylko wróciłam do domu, poczułam się lepiej. Poczułam, że mogę odetchnąć od tego sterylnego świata. Odetchnąć i wyrzucić z myśli wizję choroby. W końcu nie powiedzieli mi niczego wprost. Nie wspomnieli o niczym, co mogłoby mnie zaniepokoić. Wiedziałam jednak, że mogli celowo nie zdradzać mi prognoz. Mimo wszystko uczepiłam się nadziei, niczym topielec, który za wszelką cenę chce po raz kolejny zaczerpnąć drogocennego tlenu. Znów chciałam żyć chwilą i nie myśleć o tym, co może być później.
               Jednak w kolejnym tygodniu musiałam wrócić na ziemię. Mianowicie, zadzwoniono do nas ze szpitala, że skompletowano wszystkie wyniki badań. Mój lekarz prowadzący zanalizował je, a ja miałam poznać ostateczny werdykt. Jestem chora czy nie? Jest dobrze czy raczej źle? Od momentu porannego telefonu, chodziłam spięta i zniecierpliwiona. Naprawdę chciałam mieć już to za sobą. Wolałam wiedzieć, niż żyć w niewiedzy, wymyślając coraz to nowe scenariusze.
               Konsultacja z lekarzem miała się odbyć w czasie moich lekcji, więc mama skontaktowała się ze szkołą, by po raz kolejny usprawiedliwiając moją nieobecność. Nauczyciele znali mój przypadek i problemy zdrowotne, jakie miałam wcześniej, dlatego nie psioczyli i nie gadali o tym, że wykręcam się specjalnie od nauki. Zresztą, ja i moi rodzice mielibyśmy to gdzieś. W tym momencie miałam pozmieniane priorytety i edukacja nie była najważniejsza.
                Rodzice pojechali ze mną do szpitala, choć mogłabym sama załatwić tę sprawę. Wiedziałam jednak, że by mi nie odpuścili. W takich momentach dawali mi potrzebne wsparcie. Nawet w obliczu najgorszego. Ich obecność pozwoliła mi odrobinę zminimalizować stres. A prawda była taka, że cholernie denerwowałam się wizytą u lekarza. Bałam się tego, co mogę usłyszeć. W jakiś sposób mój mózg nawet nie chciał tego zaakceptować. Część mnie broniła się przed rzeczywistością, która być może nie będzie taka kolorowa. Że być może znów stanie się brutalniejsza, wyrywając mnie z w miarę spokojniejszego życia, jakie udało mi się tu zbudować.
               Zabębniłam palcami w podłokietnik krzesła. Chciałam już mieć to za sobą. Chciałam, jak najszybciej opuścić teren szpitala. Byłam zniecierpliwiona i przerażona jednocześnie. Miałam wrażenie, że siedzę tu zdecydowanie za długo. Jakby każda kolejna minuta trwała dłużej, niż poprzednia. 
               Nagle drgnęłam raptownie, kiedy drzwi od gabinetu otworzyły się. Starszy mężczyzna, w białym kitlu rozejrzał się po korytarzu. Po chwili jego oczy spojrzały wprost na mnie. Poprawił okulary, które zjechały mu na czubek nosa.
- Samantha Hood, zapraszam – powiedział, a ja miałam wrażenie, jakby wykrzyczał mi to w twarz. 
               Zanim zdążyłam się podnieść z krzesła, doktor zniknął w gabinecie, zostawiając dla mnie i dla rodziców uchylone drzwi. Jeszcze trochę i wszystko stanie się jasne. Jeszcze krótki moment, a dowiem się, co tak naprawdę się ze mną dzieje.

~***~
               Wybiła pora lunchu. Jak zwykle znajdowałem się na tyłach budynku, unikając reszty uczniów. Siedziałem na starych, nieużywanych schodach. Co i rusz zerkałem na ekran telefonu, który leżał obok mojego uda. Zniecierpliwiony, zacząłem nieświadomie skubać zadartą skórkę przy paznokciu. Dopiero czując lekki, piekący ból, zrozumiałem, co takiego zrobiłem. Niewielka kropla krwi pojawiła się na mojej skórze. Przekręciłem oczami, wsuwając zraniony palec do ust.
              Denerwowałem się. Miałem wrażenie, że dzisiaj denerwuję się i martwię podwójnie. Czułem się tak, jak wtedy, gdy Sam mówiła mi o podejrzeniach odnośnie jej stanu. Jakby cały świat zwalił mi się na głowę. Jakby stabilny grunt znów usunął mi się spod stóp. Niewiedza w tym momencie była najgorsza. Cholernie chciałem, by Sam w końcu się odezwała. By napisała cokolwiek. Bym mógł wyrwać się z niepewności i strachu.
              Sam jednak milczała. Dostałem od niej, tylko jedną wiadomość, w której poinformowała mnie o przyczynie swojej nieobecności w szkole. Miała dać mi znać, jak dowie się wszystkiego na temat tego, co jej dolega. Co sprawiło, że ostatnio jej stan zdrowia się pogorszył. Od tego pierwszego sms-a minęło już sporo czasu, więc wnioskowałem, że dziewczyna ma już za sobą wizytę u lekarza. Dlaczego nic mi nie napisała? Dlaczego się nie odzywała?
              W końcu złapałem za telefon. Postanowiłem sam do niej napisać. Moje palce szybko przesuwały się po gładkim ekranie, kiedy wchodziłem w wiadomości. Zacząłem powoli wypisywać kolejne słowa, które w ostateczności ułożyły się w jedno krótkie pytanie.

Do Sam:
Sammy, jak Twoje wyniki?

             Nie odrywałem wzroku od telefonu, wierząc w to,  że zaraz otrzymam odpowiedź. Liczyłem na to, że za chwilę komórka zawibruje mi w dłoni, a Sam w końcu da mi znać, że wszystko jest w porządku. Nie chciałem myśleć inaczej. Nie chciałem zbaczać na te złe scenariusze, które mogły mieć miejsce. Chciałem mieć tę nadzieję do końca. Nadzieję na to, że naprawdę będzie dobrze.
             Sam jednak milczała dalej. Tępo wpatrywałem się w cyfrowy zegar, który widniał na ekranie komórki. Mijały kolejne długie minuty. Minuty bez podpowiedzi. Trzy, pięć, siedem, dziesięć… Dostrzegłem, że moje dłonie zaczęły się niebezpiecznie trząść. Zrobiło mi się zimno. Co jeśli wiadomości nie były dobre? A jeśli Sam załamała się po tym, co usłyszała u lekarza?
             Poskoczyłem w miejscu, kiedy rozległ się głośny dźwięk dzwonka. Przerwa na lunch dobiegła końca. Zacisnąłem zęby, zrywając się się z miejsca. Złapałem za czarny plecak, który leżał tuż pod moimi nogami. Ruszyłem przed siebie, zwiększając tempo marszu. Nie miałem szans na to, by zdążyć na lekcje na czas. Byłem spóźniony. Jednak w tym momencie miałem to gdzieś. Teraz nie było to dla mnie ważne. Priorytetem była dla mnie ona. Dlatego zamiast do szkoły, udałem się na parking. Szybko odnalazłem swój samochód, który stał wśród innych kolorowych aut. Odrzuciłem na bok kartkę, którą ktoś wsunął mi za wycieraczkę. Mimo wszystko i tak zdołałem dostrzec słowo, które było na niej wypisane. Świr. Wsiadłem do środka, odkładając plecak na siedzenie obok. Włożyłem kluczyk do stacyjki, a następnie odpaliłem silnik. Po chwili wyjechałem z terenu szkoły. Moim celem był dom Sam.

             Zaparkowałem na podjeździe, tuż obok samochodu Ray’a. Dzięki temu wiedziałem, że ktoś jest w domu. Miałem nadzieję, że znajdę tam też Sam. Wyskoczyłem na zewnątrz, pospiesznie zamykając auto. Chciałem mieć to już za sobą. Chciałem po prostu wiedzieć.
             Podszedłem do drzwi, od razu naciskając biały guzik. Po drugiej stronie usłyszałem dźwięk dzwonka. Zacząłem za zniecierpliwieniem lekko tupać nogą, nie mogąc tego w żaden sposób kontrolować. Jakby to zachowanie było silniejsze ode mnie. W końcu do moich uszu doszły ciche kroki. Ktoś kierował się w moją stronę.
              Wstrzymałem oddech, gdy drzwi otworzyły się. Od razu spiąłem się, widząc przed sobą Sam. Lekko zmarszczyła czoło. Była zaskoczona moją wizytą i nawet nie próbowała tego ukryć. Mokre włosy opadały na jej ramiona, pozostawiając na białej koszulce niewielkie mokre plamki. Nie dostrzegłem na jej twarzy żadnych oznak płaczu, co odrobię mnie uspokoiło.
- Lukey, co ty…
- Zerwałem się z lekcji – odparłem, kiedy otworzyła szerzej drzwi, wpuszczając mnie do środka. Wszedłem na jasny hol. – Nie odpisałaś mi…
- Właśnie przed chwilą chciałam i…
- Martwiłem się.
- Brałam kąpiel – powiedziała i uśmiechnęła się.
- Ja… Ja wiem, że panikuję, ale myślałem, że coś się stało i… Naprawdę nie chciałem cię nachodzić, ale musiałem mieć pewność, że...
- Kochanie – odparłam, ujmując moją twarz w dłonie. – Uspokój się.
- Ja po porostu… Przesadzam, wiem, ale to nie dawało mi od rana spokoju i… - Słowa wypływały z moich ust bez żadnej kontroli i umiaru. Praktycznie nie pozwoliłem jej mówić, a przecież chciałem uzyskać od niej konkretną odpowiedź. – Zestresowałem się jeszcze bardziej, kiedy mi nie odpisałaś i pomyślałem, że naprawdę coś się dzieje, a mnie nie ma obok ciebie i…
               Wstrzymałem oddech po raz kolejny, kiedy Sam musnęła swoimi ustami moje. Potem złączyła nas w spokojnym i czułym pocałunku, który mnie naprawdę uspokoił. Poczułem, jak wszystkie nagromadzone emocje ze mnie schodzą. Jak całe napięcie opuszcza moje ciało. Przykre myśli stawały się blade i mniej wyraźne. Jej palce lekko potarły moją skórę na policzkach. Objąłem ją, mocniej przyciągając do siebie.
              Nagle coś w nas uderzyło. Coś miękkiego. Odskoczyliśmy od siebie, jak oparzeni. Spojrzałem w dół. Pod naszymi stopami znajdowała się ozdobna poduszka, która zazwyczaj leżała na sofie u niej w salonie. Podniosłem powoli głowę. W wejściu do pokoju obok stał Ray. Poczułem, jak oblewam się szkarłatem. Zdecydowanie nie chciałem, by ojciec Sam przyłapał nas w takim momencie. Z drugiej strony, cholernie żałowałem, że nam przerwał. Że wyrwał nas z naszego własnego przyjemnego świata.
- Nie na moich oczach, smarki – mruknął, krzyżując dłonie na klatce piersiowej.
- Smarki? – odparła Sam, a potem parsknęła śmiechem.
- Jestem zdegustowany – pociągnął, kręcąc głową. Jego oczy skupiły się na mnie. Przez chwilę byłem przekonany, że pan Hood zacznie się na mnie wydzierać. – Luke, zawiodłeś mnie.
- Ja... – Kompletnie nie wiedziałem, co mogę w tej chwili powiedzieć, aby jeszcze bardziej nie pogorszyć sytuacji.
- Daj spokój, tato…
- Zawiedliście mnie oboje. Nie powinniście robić takich karygodnych rzeczy. To nie przystoi takim młodym ludziom, jak wy. Takie rzeczy, tylko po ślubie.
- Przepraszam  - wydusiłem, bo tylko to słowo przychodziło mi teraz do głowy. 
               Splotłem palce Sam ze swoimi, odruchowo wysuwając się na przód. Mogło to wyglądać tak, jakbym chciał ją zasłonić własnym ciałem, przed jakimś niespodziewanym atakiem. Mój oddech przyspieszył, a wszystko przez to, że w głowie pojawiła mi się wizja mojego ojca. Wściekłego ojca.
- Hej, Luke, ja tylko żartowałem – powiedział Ray, śmiejąc się pod nosem. – Ale miałeś minę.
- Tato!
- Ale gadkę to miałem niezłą, nie? – pociągnął, a jego śmiech zmienił się w cichy chichot.
- Prawie miałem zawał – odparłem, rozluźniając się.
- Aż pobladłeś – rzucił, podchodząc do nas. – Bez stresu, nie jestem wariatem. – Poklepał mnie po ramieniu. – Ale skrzywdź ją, a się nim stanę.
- Tato!
- Myszko?
- Przestań…
- Rybko, złotko, moja mała córeczko, mała księżniczko, mała pyzuniu…
- Źle mi – wydusiła Sam, krzywiąc się.
- Co pani dolega? – zapytał Ray udając poważny lekarski ton.
- Zemdliło mnie. Mam odruch wymiotny – skwitowała, a jej ojciec parsknął śmiechem. Sam uśmiechnąłem się pod nosem. – Musiałeś?
- Nie mogłem się powstrzymać. Luke – po raz kolejny klepnął mnie w ramię – wybacz, że znowu cię wkręciłem.
- Muszę się do tego w końcu przyzwyczaić.
- O nie… Nie będzie wtedy zabawy – mruknął, z miną nadąsanego dziecka. – Żałuję, że nie mogę z wami posiedzieć i podenerwować mojego pączusia dłużej, ale muszę jechać do pracy.
- Pączusia? – zapytałem ze śmiechem, zerkając na Sam. Musiałem mocniej zacisnąć usta, by nie parsknąć śmiechem. Byłem pewny, że usłyszałem, jak dziewczyna zazgrzytała zębami.
- Miłego dnia, dzieciaki. – Minął nas i otworzył drzwi. Zanim jednak wyszedł, odwrócił się po raz kolejny. – Bądźcie grzeczni.
- Miłego dnia, tato – powiedziała Sam, a kąciki jej ust podjechały ku górze.
- Dowidzenia, panie Hood.
- Do zobaczenia, Luke – rzucił przez ramię, a następnie wyszedł z domu, zamykając za sobą drzwi.
- Naprawdę prawie miałem zawał – wydusiłem, kiedy zostaliśmy sami.
- Widziałam.
- Wiedziałaś, że nas wkręca?
- Tak. Mam wrażenie, że nie potrafi się przy tobie powstrzymać – powiedziała i znów zaśmiała się pod nosem. Uwielbiałem, gdy to robiła. – Przynajmniej wyluzowałeś.
- Wyluzowałem. Jednak chcę wiedzieć, czy…
- Nie mam nawrotu. 
            Odetchnąłem z ulgą. W tym momencie poczułem się cholernie dobrze. Przyciągnąłem ją do siebie, ponownie obejmując ją mocno. Wtuliłem twarz w jej szyję. Poczułem zapach szamponu, który niedawno używała.
- Cholernie się cieszę. Tak bardzo się cieszę – wyszeptałem, czując, jak jej palce zaciskają się na mojej koszulce. Odsunąłem się, by móc na nią spojrzeć. - A ten krwotok i…
- Tymczasowy spadek formy. Muszę nieco zmienić dietę, bo jestem bliska anemii. Dostałam też zestaw kolorowych pigułek.
- Pigułek?
- Witaminy. Nic poważniejszego się nie dzieje.
- Przypilnuję cię, byś się zdrowo odżywiała i…
- Sam zacznij się zdrowo odżywiać – rzuciła ze śmiechem, pukając mnie palcem w klatkę piersiową.
- Nie ja jestem bliski anemii.
- Zejdź ze mnie.
- Zależy mi na twoim dobrym samopoczuciu i…
- Zależy ci?
- Bardzo mi zależy – powiedziałem, muskając jej usta swoimi.
- W takim razie chodźmy na górę.
- Sammy?
- Wykorzystajmy to, że mamy wolną chatę…
- Jestem za – przerwałem jej, a potem zachłannie wpiłem się w jej usta.
                 W tym momencie byłem cholernie szczęśliwy. Wszystko w końcu ułożyło się po mojej myśli. Było tak, jak tego chciałem. Sam była zdrowa. Nic jej nie groziło. Teraz czułem, że naprawdę będzie dobrze. Może w końcu życie przestanie bawić się z nami w kotka i myszkę, i znów rzuci nam odrobinę więcej szczęścia i lepszych dni? Oby, bo tego oboje teraz potrzebowaliśmy. 


***
Wszystko się wyjaśniło odnośnie stanu zdrowia Sam - jak widać praktycznie wszystko jest w porządku :) Oprócz tego Ray przyłapał ich na pocałunku i biedy Luke znów się zestresował XD 
Rozdział wyszedł krótszy, ale nie chciałam go niepotrzebnie przeciągać - myślę, że nie miałoby to sensu. 
Jesteśmy też coraz bliżej końca tego ff. Zostało w sumie - o ile dobrze pamiętam - trzy rozdziały + epilog.

Dziękuję Wam za wszystkie komentarze, które są ogromną motywacją do pisania! 

Standardowo też zapraszam Was na Aska i Twittera - @RoxyDonau

Pozdrawiam i do następnego!

5 komentarzy:

  1. 💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜
    Genialny rozdział! 😁 Bardzo się cieszę, że to nie nawrót.
    Haha uwielbiam Reya. 😂😂😂

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że się podobało :)
      Dziękuję!

      Usuń
  2. Oh ten Rey.On zawsze taki był,pamiętam jak w liceum ciągle tak wkrecal ludzi.Stare dobre czasy no i Rey...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha XD Jak widać nic się nie zmieniło XD

      Usuń