poniedziałek, 12 września 2016

Rozdział 38

I'm so proud I am the only one who is special in her heart


            Szkolne korytarze były niemalże puste, a to za sprawą tego, że właśnie wybiła przerwa na lunch. Prawie wszyscy uczniowie zgromadzili się w stołówce, aby odczekać swoje w długiej kolejce, która niemalże ciągnęła się po same drzwi. Ja i Luke przeważnie spędzaliśmy ten czas na tyłach budynku. Dzisiaj jednak dla odmiany postanowiliśmy zostać w środku. Z sms-a, którego dostałam od blondyna, dowiedziałam się, że będzie na mnie czekał na ławkach na drugim piętrze. Dlatego od razu skierowałam się w stronę schodów, nawet nie myśląc o tłumach kłębiących się w stołówce.
              Jak tylko znalazłam się na odpowiednim piętrze, zaraz z daleka dostrzegłam znaną sylwetkę. Chłopak siedział odwrócony do mnie plecami. Lekko pochylał się do przodu, jakby coś z ciekawością oglądał. Na mojej twarzy od razu pojawił się uśmiech. Zresztą, nie było to dla mnie żadnym zaskoczeniem. Luke od bardzo dawna tak na mnie działał. Ruszyłam w jego kierunku, starając się być cicho. Nie chciałam, by mnie usłyszał. Gdy podeszłam bliżej, okazało się, że nie musiałam się wcale skradać. Hemmings, bowiem miał na uszach słuchawki, a utwór który w nich rozbrzmiewał, słyszałam nawet ja. Dlatego niewiele myśląc przyspieszyłam kroku, aż w końcu zatrzymałam się tuż za nim.
              Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, wyciągając w jego stronę ręce. Szybkim ruchem zasłoniłam mu oczy. Luke podskoczył gwałtownie w miejscu, raptownie posuwając się do przodu. Odwrócił się zdezorientowany. Dopiero kiedy zobaczył, kto tak naprawdę mu przeszkadza, na jego twarzy pojawił się wyraz ulgi.
- Nie chciałam wystraszyć – powiedziałam, kiedy zsunął z uszu słuchawki.
- Miła niespodzianka - odparł, uśmiechając się.
              Poklepał miejsce obok siebie. Zajęłam je od razu, a on objął mnie. Musnął swoimi ustami moją skroń, co wywołało przyjemne ciepło. Przysunęłam się bliżej, kładąc dłoń na jego udzie. Luke złapał za leżącą obok niego siatkę.
- Sałatka dla ciebie i…
- Znowu – jęknęłam, marząc nos. – Myślałam, że przywieziesz, jakiegoś hamburgera.
- Hamburger jest dla mnie. – Prychnęłam pod nosem, niezadowolona. Chłopak zaśmiał się, jednocześnie kręcąc głową. – Miałaś się dobrze odżywiać i…
- To nie znaczy, że nie mogę wciągnąć hamburgera - pociągnęłam tonem małego, rozkapryszonego dziecka.
- Nie jęcz – powiedział, pukając mnie w nos. – Przywiozłem dwa hamburgery.
- To chciałam usłyszeć. Dawaj go, jestem głodna.
               Luke po raz kolejny zaśmiał się, a następnie zanurkował do reklamówki. Stamtąd wydobył zwiniętego hamburgera. Dopiero wtedy poczułam jego intensywny zapach. Dziwiłam się, jakim cudem nie doszedł do mnie szybciej. Blondyn podał mi go razem z plastikowym widelcem. Od razu rozwinęłam sreberko.
- Naprawdę jesteś głodna - powiedział, widząc, że nie czekałam zbyt długo z zaczęciem jedzenia.
- Jestem. Dzisiaj zapomniałam zjeść śniadania i…
- Sammy…
- Nigdy nie zaspałeś do szkoły? – mruknęłam, przekręcając oczami. – Kujon. – Hemmings ponownie parsknął śmiechem, powoli rozpakowując swojego hamburgera. – Nie miałam czasu na śniadanie.
- Mogłaś powiedzieć. Kupiłbym ci coś przed szkołą.
- Wystarczy, że załatwiłeś ten wypasiony lunch – odparłam, nabijając na widelczyk odrobinę surówki. – I są warzywa! – pociągnęłam, machając mu jedzeniem przed nosem. – Czyli jest to też zdrowy posiłek.
- Nie skomentuję twojego podejścia.
- Rozchmurz się, smutasie. Nie musisz się już o mnie martwić.
- Zawsze będę się martwił. Tego nie zmienisz.
- Nie masz już czym.
- To i tak nic nie zmienia.
- Nie zaczynajmy znowu.
- Dobry pomysł – powiedział ze śmiechem, wgryzając się w bułkę, którą trzymał w prawej dłoni. - Masz na dzisiaj plany?
- Tak – odparłam z pewnością w głosie. Luke uśmiechnął się lekko i kiwnął głową. – A ty?
- Pojadę na cmentarz, a potem… Nie mam pojęcia. A ty? Co planujesz robić?
- Spędzę czas z pewnym fantastycznym facetem. – Nasze spojrzenia spotkały się ze sobą. – Na pewno go znasz. Blondyn, niebieskie oczy, ma kolczyk w wardze i słucha tej samej muzyki, co ja. Fajne ciacho.
- Jakiś nudziarz.
- Wcale nie. To mój chłopak i nie obrażaj go – rzuciłam, szturchając go łokciem w przedramię. Skutkiem tego było to, że część jedzenia z jego widelca z powrotem wleciała do hamburgera. – Jest najlepszy.
- Skoro tak uważasz – powiedział ze śmiechem, teatralnie wzruszając ramionami.
- Jechać z tobą do Julianne?
- Chcesz?
- Pewnie. Zaraz po lekcjach?
- Spotkamy się przy samochodzie i…
               Zerknęłam na niego, czekając, aż dokończy. Jednak blondyn wpatrywał się, gdzieś w głąb korytarza. Powoli odwróciłam głowę, by zobaczyć, co takiego się tam dzieje, że Luke przestał mówić. Uniosłam brwi, jednocześnie odrobinę spinając mięśnie. Na korytarzu pojawiła się Sadie i Ally. Dziewczyny jednak, tylko posłały nam szybkie spojrzenia, krzywiąc się na nasz widok. Potem, jak gdyby nigdy nic, odeszły w stronę drugich schodów.
              Wypuściłam cicho powietrze z ust, ciesząc się, że odpuściły. Zresztą, od dłuższego czasu zauważyłam, że ich grupa zaczęła nas ignorować. Skończyły się zaczepki, wyzwiska i w przypadku Luke'a, przemoc fizyczna. Po krótkiej rozmowie z kuzynem doszłam do wniosku, że to on był ogniwem do tego, że cała sytuacja między nami a nimi złagodniała. Ally, Sadie i bliźniaki odpuścili. Najwidoczniej do ich małych móżdżków w końcu doszło to, że nie staną nam na drodze i w żaden sposób nie rozdzielą i nie pokomplikują zbytnio życia. Byłam z tego cholernie zadowolona. Oboje mogliśmy odetchnąć i stać się w pewien sposób niewidzialni. Bo, jak oni nas nie zaczepiali, to i reszta szkoły miała nas gdzieś. A to było nam na rękę.
- Lukey?
- Przepraszam – odparł, spoglądając na mnie. Na jego twarzy ponownie zawitał lekki uśmiech. – Byłem pewny, że się przyczepią. – Również się uśmiechnęłam, czule gładząc jego udo. – Chyba się do tego przyzwyczaję.
- W końcu dali nam spokój.
- W końcu – powiedział, a ja wychwyciłam w jego głosie ulgę.
- Wszystko idzie w dobrym kierunku.
- Podoba mi się to – odparł, trącając swoim nosem mój policzek. – Wracając do naszych piątkowych planów. Jedziemy na cmentarz, a potem?
- Co powiesz na polanę? Dawno tam nie byliśmy.
- Pasuje.

                Stanęłam na krawędzi góry. Przymknęłam oczy, biorąc głębszy oddech. Uśmiechnęłam się pod nosem, przypominając sobie ten moment, w którym pierwszy raz zobaczyłam Luke'a. A to było właśnie w tym miejscu. To właśnie z tej góry omalże nie spadłam, a on zjawił się w ostatniej chwili, by pomóc mi wdrapać się z powrotem na stabilny grunt.
- Nie zamierzasz mi pomóc?!
- Wspominam! – odpowiedziałam, nawet się nie odwracając.
- Nie mogłaś z tym poczekać?!
- Faceci – mruknęłam, przekręcając oczami.
               Odsunęłam się od krawędzi. Spojrzałam przez ramię na krążącego po polanie Hemmingsa. Chłopak właśnie wypakowywał nasze rzeczy. Posłusznie porzuciłam rozpamiętywanie przeszłości, ruszając w jego stronę. Pomogłam mu rozłożyć koce i zakupy – czyli nasze przekąski i napoje. Po chwili miejscówka była gotowa.
               Usiadłam na kocu. Luke od razu rozłożył się na nim, opierając głowę o moje kolana. Odruchowo wsunęłam mu dłoń we włosy, przeczesując delikatnie jasne kosmyki. Chłopak zamknął oczy, a na jego ustach znów zagościł uśmiech.
- Uwielbiam, jak to robisz.
- Wiem – odpowiedziałam ze śmiechem.
               Rozejrzałam się dookoła. Polana wcale się nie zmieniła od ostatniego razu, kiedy tu byliśmy. A było to jedno z naszych miejsc, w których oboje czuliśmy się dobrze. Czuliśmy się sobą i z niczym nie musieliśmy się ukrywać. Teraz, kiedy prawda o mnie i o nim wyszła na jaw, nie musieliśmy też grać przed innymi, udając tylko parę przyjaciół. Mogliśmy zachowywać się, jak dwójka zakochanych w sobie osób, bo każdy już wiedział, co tak naprawdę jest miedzy nami. I byłam z tego naprawdę zadowolona. Mimo wszystko, polana zawsze będzie częścią nas. To tu przeżywaliśmy wzloty i upadki, wyjawialiśmy sobie sekrety, bawiliśmy się i odkrywaliśmy siebie. Miałam do tego miejsca sentyment.
- O czym myślisz?
- Co? – zapytałam, spoglądając na niego.
- Zamyśliłaś się. Powiesz mi, o czym tak bardzo myślałaś?
- O tych wszystkich chwilach spędzonych tutaj. – Luke od razu uśmiechnął się. – Cieszę się, że to wszystko tak się potoczyło.
- Jak?
- Że postanowiłam kiedyś tu przyjść. Dzięki temu odkryłam twoje tajne miejsce.
- Prawie zrobiłaś sobie krzywdę, gdy omal nie zleciałaś na dół.
- Tego też nie żałuję. Przez to w końcu cię zobaczyłam.
- I twoja ciekawość wzrosła.
- Nie zaprzeczę.
- Byłaś i jesteś ciekawska.
- Tak już mam.
- Lubię to w tobie, choć czasami było to w pewien sposób przerażające.
- Ja za to musiałam wszystko wyciągać z ciebie siłą. Byłeś bardzo skryty. – Musnęłam palcami jego policzek. – Na szczęście w końcu się przede mną otworzyłeś. Cieszy mnie to.
- Mnie również. Tylko na tym zyskałem. – Jego błękitne oczy spojrzały wprost w moje ciemne tęczówki. – Znalazłem swoje prywatne źródło szczęścia.
             Poruszyłam się, a Luke od razu uniósł się, bym mogła wysunąć nogi spod jego głowy. Położyłam się obok. Przez moment obserwowaliśmy się w milczeniu, nie zaprzestając się uśmiechać. W końcu chłopak oparł się na łokciu, jednocześnie nachylając się nade mną. Przejechał palcami po moich ustach, a potem połączył nas w spokojnym i czułym pocałunku, od którego dostałam gęsiej skórki.
- Kocham cię.
- Ja ciebie też, Lukey.

            Kiedy na dworze zaczęło się ściemniać, uznaliśmy, że to jest odpowiedni czas, by w końcu wrócić do domu. Mieliśmy jeszcze w planach zrobić sobie maraton filmowy, a ja po cichu liczyłam na to, że stanie na moim ulubionym serialu. Chciałam, by Luke również się w niego wciągnął, a dzięki temu będziemy go mogli oglądać we dwoje. Na pomysł z maratonem wpadliśmy podczas rozmowy na polanie, kiedy to zeszliśmy na tematy filmów, które niedługo miały się pojawić w kinach.
            Rodzice nie mieli nic przeciwko temu, że Luke zjawił się u nas wieczorem i że zostanie na dłużej. Nadal go lubili i uważali – szczególnie Gabrielle – że naprawdę dobrze zrobiłam stawiając na niego. Zresztą, blondyn stawał się pupilkiem mojej mamy, co mocno mnie cieszyło.
             Było po północy, kiedy skończył się kolejny odcinek Supernatural. Luke nie miał nic przeciwko, kiedy – niby od tak – zaproponowałam, by obejrzeć ten serial. Oczywiście udałam, że wpadłam na ten pomysł dopiero przed chwilą, choć tak naprawdę myślałam o tym, od samego początku, jak tylko wyjechaliśmy z polany.
              Chłopak wcisnął kolejną garść popcornu do buzi, kiedy ja zastopowałam odtwarzacz. Blondyn, jak zwykle leżał rozłożony na moim łóżku, jakby był u siebie. I wcale mi to nie przeszkadzało. Od zawsze chciałam, by czuł się tu swobodnie. 
              Gdy podniosłam się z materaca, doszedł do mnie znany dźwięk dzwonka, który po chwili wypełnił cały pokój. Szybko doskoczyłam do szafki, łapiąc za komórkę. Uniosłam brwi, będąc zaskoczona imieniem, które wyświetliło mi się na ekranie.
- Co się stało?
- To Calum – powiedziałam, a następnie odebrałam. Byłam ciekawa, co takiego chce ode kuzyn i to, o takiej porze. – Tak?  
- Sammy! – krzyknął, a ja od razu odsunęłam od siebie urządzenie. – Kocham cię! –Widziałam, jak Luke marszczy czoło. Nie odrywał ode mnie wzroku, dokładnie mnie obserwując. – Sammy, moja droga… Sammy!
- Ile wypiłeś, Cal?
- Niewiele… W sumie nic.
- Przyćpałeś się?
- Nie ćpam.
- Ile wypiłeś? – ponowiłam pytanie, słysząc w tle znany chichot Ashtona. – Gdzie jesteście?
- Otóż to… Mogę mieć prośbę? – wybełkotał, a potem sam zaczął się śmiać, jakby to wszystko mocno go bawiło. – Maleńką?
- Co jest?
- Zrób coś.
- Co takiego?
- Zabierzesz mnie do domu?
- Ty tak na poważnie?!
- Proszę, proszę, proszę!
- Jest z wami Michael?
- Śpi.
- Jak to śpi?
- Wyszliśmy z imprezy i… Zasnął. Przyjedziesz?
- Daj mi chwilę. Gdzie jesteście?
- Park.
- Jaki park, Cal?
- W centrum.
- Byliście w klubie Seven?
- Dokładnie, kochana Sammy. Dokładnie… Bardzo… Dokładnie.
- Macie się stamtąd nie ruszać. Zaraz będę.
- Rozkaz… O, chłopie…
- Co?
- Ashton się porzygał.
- Nie ruszać się! – warknęłam, a następnie rozłączyłam się.
              Przekręciłam oczami, wsuwając telefon do kieszeni. Miałam ochotę zamordować Hooda telepatycznie. Jego i jego kumpli. Oni czasami naprawdę nie używają mózgów. Nie miałam jednak czasu na to, by stać i na nich psioczyć. Byli w centrum Sydney, a była piątkowa noc, co oznaczało, że kręciło się tam więcej policji. Nie chciałam, by ich zgarnęli, bo wtedy mieliby naprawdę przewalone. Wolałam sobie nie wyobrażać wściekłej ciotki, która by urządziła mu w domu piekło, gdyby musiała go odebrać z izby wytrzeźwień.
- Co się stało? - Dopiero głos Luke'a sprowadził mnie na ziemię. Spojrzałam na niego, krzywiąc się.
- Calum i chłopaki się nawalili. I to dosłownie. Mam po nich pojechać.
- Gdzie są?
- Wnioskuję, że w parku niedaleko klubu Seven. Są mocno pijani. Sami sobie nie poradzą.
- Okej… W takim razie – podniósł się z materaca – zatargajmy ich do domu.
- Nie musisz ze mną jechać.
- Muszę. Nie zostawię cię z tym samej. Jedźmy po tych imprezowiczów – powiedział ze śmiechem. Zrobiłam zdziwioną minę. – Co?
- Nic, naprawdę – odparłam z uśmiechem, ciesząc się, że blondyn sam zaproponował mi pomoc. Odetchnęłam z ulgą, że nie będę musiała mierzyć się z nimi w pojedynkę. - Dzięki.

            Dotarcie na miejsce nie zajęło nam dużo czasu. Drogi były niemalże puste i jedyne, co nas zatrzymywało, to sygnalizacja świetlna na ulicach. Luke zaparkował samochód najbliżej wejścia do parku. Uznaliśmy, że skoro ta trójka jest tak mocno wstawiona, to nie zaszli zbyt daleko i znajdziemy ich, gdzieś w pobliżu bramy.
            Zdążyliśmy wejść do parku, a od razu usłyszeliśmy głosy imprezowiczów. I faktycznie byli niedaleko wejścia. Zatrzymali się przy pierwszej ławce, dzięki czemu nie musieliśmy ich w ogóle szukać. Byli widoczni i dobrze słyszalni.
            Pierwsze, co zobaczyłam, to śpiący na ławce Michael. Rozłożył się na całej jej długości, z ręką przyciśniętą do policzka. Calum siedział na trawie, a Ashton próbował go podnieść do pionu. Problem był jednak taki, że sam Irwin ledwo stał na nogach. W efekcie doprowadziło to do tego, że poleciał do tyłu, zaliczając spektakularny upadek na plecy. Jedyne, co po tym widziałam, to jego dyndające w górze nogi. W końcu chłopak zmęczył się na tyle, że gruchnął nimi o ziemię, wybuchając przy tym śmiechem.
- Nie sądziłem, że ich stan będzie, aż taki – powiedział cicho Luke, kiedy ruszyliśmy szybko w ich stronę.
            Zatrzymałam się naprzeciwko pijanego Hooda. Chłopak dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że oprócz nich w parku pojawił się ktoś jeszcze. Powoli poderwał głowę do góry, próbując skupić rozbiegany wzrok na mojej twarzy. Czknął i uśmiechnął się z ulgą. Chyba naprawdę miał dość.
- Sam! Już nie mogłem się doczekać.
- Mam wsparcie – powiedziałam, wskazując na blondyna.
- Luke… To Luke Hemmings!
- Luke? – zapytał Ash, nadal leżąc na ziemi tuż za plecami Caluma. – Ten Luke Hemmings? Nie widzę go!
- Cześć – rzucił blondyn, podchodząc bliżej Irwina, tak by mógł go w końcu zobaczyć.
- Znalazłem go! – Wskazał na niego palcem. – Tu jesteś! Co tu robisz, Luke?
- Pomaga mi przewieźć wasze zwłoki do domu – odparłam, przekręcając oczami.
- To bardzo miłe z twojej strony – teraz to Ashton czknął – bardzo miłe, Luke. – Ponowne czknięcie. -  Jesteś w porządku.
- Dzięki.
- Będziesz bardziej w porządku, jak pomożesz mi wstać. Nie czuję, kurwa, nóg.
- Zostaw go – mruknął Cal.
- Nie bądź dupkiem –skarciłam Hooda, a ten, tylko machnął ręką.
- Chcę do domu – wyjęczał, kiwając się na siedząco.
- Zabierzmy ich stąd – zarządził w końcu Luke, kiedy Ash znów przeszedł w tryb chichotania z niczego. Najwidoczniej dalej dobrze się bawił.
- Ej! Ej! Luke! – zawołał, kiedy Hemmings złapał go pod ramiona.- Wiesz, co?
- Co takiego, Ash? – Teraz blondyn zmienił się w tego cierpliwego, bo ja miałam ich ochotę udusić.
- Porzygałem się trzy razy. Czemu nie mogę rzygać tęczą?
- Matko, Ash – jęknęłam, krzywiąc się.
- Nie chcę być obleśny, ale… Czemu nie… Czemu nie… rzygamy tęczą, skoro pije się kolorowe drinki?
- Było by dobrze, gdybyś zechciał ze mną trochę współpracować.
- Dlaczego nie rzygamy tęczą? – ponowił pytanie, w końcu wysilając się na tyle, by choć odrobinę pomóc Hemmingsowi w podnoszeniu go z ziemi. – Jesteś mądry, Luke, więc dlaczego?
- Proces trawienny i te sprawy.
- Nie jesteś jednorożcem, Irwin! – warknął Calum.
- Chcę być jednorożcem i rzygać po pijaku tęczą – mruknął niezadowolony Ash, robiąc minę nadąsanego dziecka. Luke podniósł go do pionu. Przerzucił sobie jego ramię przez barki, aby pomóc mu utrzymać równowagę.
- Wstajemy, Cal – oznajmiłam, łapiąc go za ręce. Musiałam użyć więcej siły i zaprzeć się nogami, by i Hood podniósł z ziemi swoje cztery litery. Na szczęście, to było o wiele łatwiejsze, niż proces podnoszenia z trawy Irwina.
- Zaprowadźmy ich do samochodu – powiedział Luke, wskazując brodą bramę. – Potem tam z nimi zaczekasz, a ja wrócę po Clifforda.
- Dasz sobie radę sam?
- Mam nadzieję. – Zerknął na mnie, kiedy złapałam Caluma w taki sam sposób, jak on trzymał Asha. Miałam tylko nadzieję, że utrzymam go tak przez całą drogę z parku do samochodu. – Sammy?
- Jest okej. Cal będzie grzeczny.
- Jestem grzeczny – powiedział, a potem wyszczerzył się do nas szeroko. – Będę grzecznie szedł.
                 Ruszyliśmy w stronę bramy. Przez całą drogę towarzyszyła nam ożywiona gadka Asha, który tym razem zastanawiał się, czy można zostać syreną. Kiedy doszliśmy do samochodu, był już tak daleko posunięty w swojej rozprawce na ten temat, że uznał, że Michael może być męską wersją tego mitycznego stworzenia i koniecznie Luke powinien to sprawdzić, wylewając na jego głowę wiadro z wodą. Potem kiedy blondyn wciskał go na tylne siedzenie swojego samochodu, mamrotał coś o łuskach, które być może Michael posiada pod koszulką i koniecznie musimy je zobaczyć. Nie wnikałam głębiej w ten cały jego wykład. Wolałam to zostawić bez komentarza.
                Luke zostawił mnie przy samochodzie z chłopakami. Cal usiadł z przodu, a Ash zajął miejsce na tylnym siedzeniu. Sam poszedł po śpiącego na ławce Michaela. Miałam nadzieję, że przez naszą nieobecność, Clifford się nie obudził i nigdzie nie poszedł. Odetchnęłam z ulgą, kiedy po długich minutach – i kolejnej paplaninie Asha, tym razem na temat wpływu księżyca na syrenki – Luke znów pojawił się w zasięgu mojego wzroku. Widziałam, że jest już nieco zmęczony, bo praktycznie Michael nadal był w stanie głębokiego niekontaktowania ze światem rzeczywistym. Poruszał nogami, choć i tak ciężar całego ciała opierał się na przygarbionym chłopaku, który transportował go do czarnego auta.
                 Po krótkiej rozmowie i szybkiej organizacji, uznaliśmy, że to ja poprowadzę samochód. Luke miał zająć miejsce z tyłu, siedząc między Michaelem i Ashem. Chcieliśmy mieć pewność, że żadnemu z nich się nie pogorszy i ominą nas nieprzyjemne wypadki losowe, które mogłyby się zdarzyć. Oprócz tego dowiedziałam się, że cioci i wujka nie ma, więc to dom Hooda stał się naszym głównym celem. Było to dobre miejsce na ukrycie imprezowiczów, którzy mogli dojść do siebie, nie będąc pod wściekłym i czujnym wzorkiem swoich rodziców. Ja również postanowiłam zostać tam z nimi, aby mieć pełną kontrolę nad tym, co będzie się tam działo. Poinformowałam mamę, że Calum zaprosił nas do siebie, więc to u niego spędzimy resztę nocy, oglądając filmy. Nie lubiłam kłamać, ale była to sytuacja wyjątkowa i bez wyjścia.
                Byłam pełna podziwu dla Luke'a, który niczym oaza spokoju, wytrzymywał nakręconego Ashtona. Irwin nie przestawał mówić i pytać, a zanim dojechaliśmy na miejsce, już uznał Hemmingsa za swojego przyjaciela. Mój kuzyn, zaś zupełnie się wyłączył i tępo wpatrywał się przed siebie. Dopiero po wejściu do domu, okazało się, że przez całą drogę nie czuł się za dobrze, co skutkowało dłuższą rozmową z toaletą. Stan Michaela pozostawał niezmienny.
                Hood i Clifford bez problemów poszli spać. Inaczej było z Ashem, który nie mógł się od nas odczepić i w końcu udać się na spoczynek, by wytrzeźwieć. Doszedł już do tego momentu, w którym to zaczął nas przepraszać za wszystko, co stało się przez ich dawną część grupy – Sadie, Ally i bliźniaków. Kulminacyjną akcją było to, że się popłakał, chlipiąc w ramionach blondyna. Kiedy ja miałam ochotę się przez to wszystko zastrzelić, Luke ze stoickim spokojem odprowadził go z powrotem do pokoju gościnnego, w którym miał spać z Michaelem. Dopiero po tym Ash zapadł w głęboki sen. Mogliśmy w końcu odsapnąć.
              Hemmings usiadł na sofie. Jedynym źródłem światła, była niewielka lampka, którą ciocia ustawiła w kącie pokoju. Objął mnie, a ja od razu wtuliłam się w jego klatkę piersiową. Westchnęłam ciężko pod nosem. Usłyszałam cichy śmiech, więc podniosłam głowę, by spojrzeć na rozbawionego chłopaka.
- Co jest?
- Ash jest upierdliwy po pijaku, ale jednocześnie mega zabawny.
- Jutro będą umierać.
- W to nie wątpię. Zmęczona? – zapytał, splatając swoje palce z moimi.
- Tak.
- Ja też.
- Zostaniesz ze mną?
- Jeśli tylko chcesz.
- Chcę. – Pochylił się, całując czubek mojej głowy.
- Zostanę.
- Nie tak wyobrażałam sobie nasz wieczór filmowy.
- Serialowy.
- W sumie racja – powiedziałam z uśmiechem.
- Ale też było ciekawie.
- I denerwująco.
- Zabawnie.
- Dla ciebie. Ciocia, by oszalała, gdyby teraz ich zobaczyła. Jak mogli doprowadzić się do takiego stanu?
- Widocznie impreza mocno ich wciągnęła.
- Czy ty próbujesz ich usprawiedliwiać? – Luke zrobił niewinną minę. – Och, proszę – mruknęłam, kręcąc głową.- Irwin już przeciągnął cię na swoją stronę? – Blondyn zaśmiał się, a ja mimo tego, że próbowałam zachować powagę, szybko do niego dołączyłam.


***
Mamy kolejny luźniejszy rozdział z imprezowiczam w tle XD Ash, Calum i Michael raczej nie będą mieli przyjemnego poranka, jak nawiedzi ich zły kac morderca XD
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)
Historia ta dobiega końca - zostały nam jeszcze dwa rozdziały + epilog. Jakoś szybko mi to zleciało :)

Dziękuję Wam za wszystkie komentarze! 

Standardowo przypominam o Asku i Twitterze - na oba zapraszam! @RoxyDonau

Pozdrawiam i do następnego!

8 komentarzy:

  1. Cieszę się strasznie, że to piszesz. Chyba bym oszalała gdybyś nagle skończyła to pisać. Podziwiam cię i jak zawsze świetny rozdział. ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja się cieszę, że rozdział się podobał :)
      Dzięki za komentarz
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Jejku, brakuje mi słów, żeby opisać to opowiadanie. Kocham sposób w jaki piszesz, to jak utrzymujesz napięcie, jak odkrywasz przed nami ich emocje, to takie piękne... Od wczorajszego ranka siedzę przed telefonem i czytam. Nie mogłam się w prost od tego oderwać, co poskutkowało raptem czterema godzinami snu. Przyznam, że jestem zmęczona, ale warto było.
    Cieszy mnie to, że Sammy nie ma nawrotu, a jej brat i przyjaciele zaakceptowali jej ukochnego <3
    Na pewno ląduje u mnie w "ulubionych", bo pokochałam spędzać tu czas. Gdy przeczytałam notkę o tym, że będą jeszcze tylko dwa rozdziały, zrobiło mi się bardzo smutno... Nie wiem, czy wytrzymam koniec tej historii.
    Pozdrawiam cieplutko i do następnego, Kasia
    escape-in-your-arms.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za tak miłe i przyjemne słowa :) Bardzo się cieszę, że ta historia, aż tak Cię wciągnęła i że przypasował Ci styl, w jakim jest pisana :)
      Raz jeszcze dziękuję za tak pozytywny komentarz, który mocno motywuje do dalszego pisania.
      Również pozdrawiam! :)

      Usuń
  3. Omg! Uwielbiam pijaną trójcę! Więcej takich akcji :D (Ashton poruszał bardzo ciekawe tematy, nie wiem co wkurzało Sam xd). Rozdział genialny c:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, nie ma już czasu na "więcej takich akcji", bo historia dobiega końca :\ Mimo wszystko cieszę się,że się podobało :)
      Pozdrawiam!

      Usuń