sobota, 24 września 2016

Rozdział 39

I'm here alone inside of this broken home


             Spędziliśmy tą noc na sofie w salonie. Widziałam, że blondynowi udało się w końcu zasnąć. Ja również ucięłam sobie kilka drzemek, choć nadal byłam na tak zwanym czuwaniu. Musiałam mieć pewność, że Calumowi, Ashtonowi i Michaelowi nie przydarzą się żadne przykre niespodzianki, podczas schodzenia ze stanu, w jakim byli.
            Wyszliśmy z domu Hooda, kiedy dochodziła godzina dziewiąta. Niechętnie puściłam Luke'a do domu. Chciałam, by został ze mną dłużej. Chłopak jednak uznał, że po spaniu w ubraniach, potrzebuje porządnego prysznica i przebrania się w czyste rzeczy. W sumie miał rację. Spanie w tak zwanym opakowaniu sprawiało, że człowiek czuł się podwójnie brudny. Zanim jednak opuściłam dom kuzyna, zostawiłam na jego biurku wiadomość. Miał mi dać znać, jak się czuje, zarówno on, jak i chłopaki, a także zaproponowałam, że może wpaść na późne śniadanie, gdy już dojdzie do siebie.
              Kiedy dotarłam do swojego domu, okazało się, że mama jeszcze nie wyjechała do pracy. I całe szczęście, bo przez to wszystko, co działo się w nocy, zapomniałam zabrać ze sobą kluczy. Dzięki temu, mogłam normalnie wejść do środka i nie byłam zmuszona wrócić do Caluma. Po krótkiej rozmowie z rodzicielką, od razu ruszyłam na górę, by wziąć prysznic. Zaraz po tym poszłam do pokoju i rzuciłam się na łóżko. Przykryłam się kołdrą, licząc na to, że uda mi się wyrwać jeszcze trochę snu.

              Stałam przy blacie, przygotowując tosty. Nie byłam jednak sama. Mój kuzyn zjawił się, z jakieś pół godziny temu, aby zjeść u mnie śniadanie, na które go wcześniej zaprosiłam. Odwróciłam się, by zerknąć na niego raz jeszcze. Nie prezentował się źle. Byłam pewna, że Hood będzie wyglądał dużo gorzej. Był, tylko odrobinę blady, ale apetyt, jak na osobę będącą na kacu, miał całkiem niezły.  
- Więc w sumie ty i Michael doszliście do siebie – powiedziałam, wyciągając z tostera chrupki chleb.
              Oblizałam usta, czując ten przyjemny zapach pieczonego pieczywa i rozpływającego się sera, pomieszanego z czosnkiem i ziołami. Przełknęłam ślinę, będąc już naprawdę głodną. Ułożyłam ostatnie tosty na zapełnionym talerzu.
- Oprócz Sahary w buzi, mam się dobrze. Mikey też był w całkiem niezłej formie. Gorzej z Ashem. Wyglądał, jak siedem nieszczęść. Jak wspomniałem o jedzeniu, pozieleniał. Na szczęśnie nie wymiotował. Myślę, że jak odeśpi jeszcze parę godzin, to będzie, jak nowo narodzony.
- Pamięta coś? – zapytałam ze śmiechem, stawiając talerz na stole. 
             Usiadłam obok Caluma, który od razu złapał za pierwszego z brzegu tosta. Posmarował go obficie keczupem, a następnie wgryzł się w niego, uśmiechając się szeroko pod nosem.
- Pyszne.
- Dzięki.
- Wracając do Asha – nie wszystko pamięta. O dziwo mi pamięć nie szwankuje. Streściłem mu trochę to, o czym mówił.
- I?
- Powiedział, że narobił sobie obciachu i więcej nie pokaże się tobie i Hemmingsowi na oczy. Ale pewnie i poimprezowe zażenowanie z niego zejdzie, a on podejdzie do tej sprawy z większym luzem. Tak już ma.
- Tak, zdecydowanie Ash tak już ma. Mikey też ma dziurę w życiorysie?
- On nawet nie pamięta tego, jak wychodziliśmy z klubu. Film mu się urwał w trakcie imprezy. Ash przynajmniej ma, jakieś przebłyski. Niewielkie, ale to zawsze coś. Sammy?
- Tak? – Spojrzałam na niego.
- Dzięki za wszystko.
- Nie ma sprawy.
- Muszę też podziękować Luke'owi. Nie musiał wcale nas niańczyć, a jednak ci pomógł. – Uśmiechnęłam się, a Hood szybko odpowiedział tym samym.
- Widzę, że zupełnie zmieniłeś do niego nastawienie.
- Zmieniałem je stopniowo. Luke jest w porządku. Szkoda, że tak późno do tego doszedłem.
- Lepiej późno, niż wcale.

~***~
               Gdy przyszedłem do domu, okazało się, że jestem sam. Rodzice na szczęście byli w pracy lub gdziekolwiek indziej. Ważne jednak dla mnie było to, że nie ma ich w tym samym miejscu, w którym byłem ja. Wziąłem dłuższą kąpiel, a potem poszedłem do pokoju. Zupełnie nie chciało mi się spać, więc chwyciłem za swoją gitarę, aby oddać się muzyce. Umówiłem się z Sam, że wpadnę do niej później i razem spędzimy resztę dnia. Wiedziałem, że dziewczynie przyda się więcej snu, po tym wszystkim, co działo się w nocy.
              Moi rodzice zjawili się w domu kilka godzin później. Jak tylko usłyszałem dźwięk znanego silnika za oknem, od razu przerwałem grę. Wstałem z podłogi, odkładając gitarę na bok. Nie chciałem w żaden sposób zakłócać domowej ciszy, a tak by było, gdybym postanowił kontynuować. Ojciec nigdy nie lubił mojej muzyki. Będąc z nimi pod jednym dachem, miałem zachowywać się cicho. Najlepiej tak, jakbym w ogóle nie istniał.
               Usłyszałem ich głosy, gdy weszli do środka. Zebrałem z ziemi pozapisywane kartki, chowając je w szufladzie w biurku. Gitarę ustawiłem na stojaku, który znajdował się w kącie pokoju. Odruchowo poprawiłem też łóżko, aby nie mogli się do niczego przyczepić. W moim królestwie zawsze panował nieskazitelny porządek. Tak chcieli i tak miało być. Nie trzymanie się tej zasady groziło kolejnymi wrzaskami i wyzwiskami. Nieraz prowadziło do podniesienia na mnie ręki. Ich pojawienie się w domu było też dla mnie sygnałem, by z niego wyjść. Od zawsze wolałem być, jak najdalej od swojej rodziny. Wtedy czułem się lepiej. Dlatego szybko wyszykowałem się do wyjścia. Przed opuszczeniem pokoju, zabrałem jeszcze klucze od samochodu. Nie wiedziałem, jak ja i Sam spędzimy dzisiejszy dzień, a auto zawsze mogło nam się przydać. Przez chwilę pomyślałem, że dobrym pomysłem będzie wybranie się na plażę.
                 Zatrzymałem się na cichym korytarzu. Z dołu dochodziła znana mi krzątanina. Kroki i szelest papierów wypełniał salon. Rodzice, nawet po przyjeździe do domu, pogrążali się w pracy. Miałem cichą nadzieję na to, że uda mi się wyjść, zanim mnie zauważą.
                 Zszedłem powoli po schodach, starając się robić, jak najmniej hałasu. Miałem nadzieję, że nie usłyszą tego, jak moje buty uderzają w odsłonięte drewniane deski. Jednak nic z tego. Ja tylko pojawiłem się w holu na dole, moja matka stanęła w progu. Zerknąłem na nią, a potem bez słowa podszedłem do szafki z butami. Wcisnąłem na nogi trampki, nadal będąc pod czujnym okiem rodzicielki.
- Nie zamierzasz mi powiedzieć, gdzie zniknąłeś na całą noc?
                 Zamarłem. Dopiero po chwili powoli wyprostowałem się. To pytanie całkowicie mnie zaskoczyło. Oboje zawsze mieli to gdzieś. Mieli w głębokim poważaniu to, że nie sypiam w domu, będąc gdzieś indziej. Co jej się nagle odmieniło?
- Odpowiesz mi w ogóle? – odezwała się ponownie, nie odrywając ode mnie swoich zielonych oczu.  
- Byłem z przyjaciółmi.
- Z przyjaciółmi?! Ty nie masz przyjaciół, gnoju! – odparł ojciec z pokoju obok.
                 Mimo tego, że próbowałem udawać, że to, co powiedział wcale mnie nie rusza, to jednak nie powstrzymałem się przed zaciśnięciem dłoni w pięści. Moja matka przekręciła oczami. Odwróciła się i weszła do salonu. Słyszałem, jak przechodzi do kuchni. Byłem pewny, że to koniec mojego przesłuchania i mogę w końcu wyjść z domu. Jednak, jak tylko o tym pomyślałem, ojciec odezwał się po raz kolejny.
- Chodź tutaj!
                Zacisnąłem zęby, czując, jak robi mi się gorąco. Nie chciałem słuchać jego irytującego głosu, a co dopiero na niego patrzeć. Musiałem jednak wykonać polecenie. Niechętnie ruszyłem w stronę salonu. Zatrzymałem się w jego wejściu. Zimne oczy ojca spojrzały wprost na mnie.
- Teraz też zamierzasz zniknąć? Może w ogóle powinieneś się wyprowadzić, skoro traktujesz ten dom, jak hotel!
- Wcale go tak nie traktuję – odpowiedziałem cicho.
- Więc masz przyjaciół, tak? Kim oni są? – pociągnął, zupełnie ignorując to, co powiedziałem wcześniej. – Kolejne pojebane pedały? Kto w ogóle chciałby mieć kogoś takiego, jak ty, w gronie swoich przyjaciół? Jesteś nikim.
- Mogę już wyjść?
- Jeszcze nie skończyłem – powiedział, podchodząc bliżej. Puknął mnie palcem w klatkę piersiową. Zrobił to z taką siłą, że aż zakołysałem się na stopach. – Jestem pewny, że pod słowem przyjaciele masz na myśli tą swoją pustą dziwkę, z którą się spotykasz. Jak jej tam? Samantha?
- Jak ją nazwałeś? – warknąłem, automatycznie się prostując.
- Nie może być normalna, jeśli związała się z takim zerem, jak ty. Normalna dziewczyna miałaby cię gdzieś, bo jesteś nikim. Nie masz nic do zaoferowania, oprócz kasy, którą masz od nas.
- Mylisz się…
- Czyżby? Jest tak samo pusta, jak ty. Głupia, mała suka.
               Spojrzał na mnie triumfalnie, widząc, że prawie doprowadził mnie na skraj kontroli. Zacząłem się trząść, jednocześnie zgrzytając zębami. Modliłem się w duchu, aby ojciec w końcu się zamknął i nie powiedział nic więcej. Chciałem, by w końcu się odczepił. Chciałem w końcu stamtąd wyjść. Nie rozumiałem, dlaczego mnie prowokuje. Nie rozumiałem tego, co ma być celem tej bezsensownej wymiany zdań. W końcu jednak doszedłem do wniosku, że jest to jego sposób na odreagowanie po pracy. Wyżycie się na mnie. A na razie nie miał widocznej przyczyny do tego, by mnie uderzyć.
- I co, gnoju? Nadal masz pewność, że ona cię tak naprawdę kocha czy może naszły cię wątpliwości?
- Jest o wiele lepsza od was – wycedziłem przez zaciśnięte zęby. – Wszyscy są lepsi od was.
- Coś ty powiedział?
- Wszyscy są lepsi od was – powtórzyłem, choć nie do końca wiedziałem, skąd wziąłem na to odwagę.
                To był moment, jak ojciec złapał mnie za białą koszulę. Jego palce zacisnęły się mocno na materiale. Szarpnął mną, a ja uderzyłem we framugę, przy której stałem. Poczułem ostry ból, który przebiegł wzdłuż kręgosłupa. Miałem to, czego chciałem. Już znalazł powód, by użyć siły.
- Jesteś zwykłym gównem, które się przypadkowo urodziło i które muszę znosić. Jesteś zwykłym, nikomu niepotrzebnym śmieciem!
                Gdy mnie puścił, pomyślałem, że to koniec. Że może już mu się znudziło i ojciec odpuścił. On jednak odsunął się, a potem uderzył mnie w twarz. Musiałem kilkakrotnie zamrugać, by odzyskać ostrość widzenia, bo przed oczami pojawiła mi się mgła. Zachwiałem się, ponownie wpadając na framugę.
- Nadal jesteś taki wyszczekany? Ta mała suka podbudowała na tyle twoją pewność siebie, że zacząłeś odszczekiwać?!
- Nie mów tak o niej…
- Będę mówił to, co mi się podoba! Jesteś w moim domu! Panują moje reguły! Jesteś idiotą, który dał się owinąć, jakieś zdzirze, wokół palca.
- Samantha nie jest…
- Jest zwykłą puszczalską szmatą!
                W tym momencie coś we mnie pękło. W tym momencie kompletnie straciłem nad sobą panowanie. Mógł mnie obrażać, mógł wyzywać od najgorszych, ale nie miał prawa rzucać takich słów w kierunku osoby, która tak wielokrotnie podnosiła mnie z dołka. Która była dla mnie wszystkim. Która była całym moim światem i dla której chciałem żyć dalej. Po tym, co usłyszałem, zagotowało się we mnie podwójnie. Wtedy też zrobiłem coś, czego do tej pory nigdy nie odważyłem się zrobić.
                Oczy Adama powiększyły się, kiedy zacisnąłem pięść. Miałem wrażenie, że wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. Zamachnąłem się i uderzyłem go prosto w twarz. Jego głowa odskoczyła, a mężczyzna zachwiał się. Zrobił kilka kroków do tylu, by złapać równowagę. Kiedy ponownie na mnie spojrzał, zauważyłem cienką stróżkę krwi, która wypłynęła mu nosa. Miałem teraz przerąbane po całości.
- Ty skurwielu!
                Słysząc jego rozwścieczony krzyk, odwróciłem się na pięcie. Chciałem uciec z tego miejsca, jak najszybciej. Chciałem uciec i już nigdy tu nie wrócić. Chciałem całkowicie i na zawsze odciąć się od tej pseudo rodziny, którą tworzyliśmy.
                Adam miał jednak inne plany. Musiał bardzo szybko rozszyfrować moje zamiary. Zdążyłem zrobić krok do przodu, gdy poczułem jego palce zaciskające się na mojej koszulce. Pociągnął mnie do tyłu, a ja straciłem równowagę. Gruchnąłem na ziemię. Kolejna fala bólu rozeszła się po moim ciele. Skrzywiłem się.
                Nie miałem jednak czasu na to, by zacząć się zastanawiać, co dalej. Musiałem działać szybko. Musiałem się stąd natychmiast wydostać. Musiałem się znaleźć, jak najdalej od niego. Wkurzyłem go jeszcze bardziej. Teraz byłem pewny, że jest tak mocno wściekły, jak nigdy dotąd. A ta jego całkiem nowa twarz wywoływała we mnie strach i panikę. Ucieczka stała się priorytetem.
- Pierdolony gnojek! – warknął, widząc, że próbuję się odczołgać, by być jak najdalej od niego. – Ty skurwielu!
               Jego twarz była cała czerwona, kiedy rzucił się w moją stronę. Złapał za moją stopę, przyciągając do siebie. Próbowałem się wyrwać, co skutkowało tym, że kopnąłem go w brzuch. Przekręciłem się, by jak najszybciej wstać. On jednak znów powalił mnie na podłogę. Zahuczało mi w uszach, gdy trafił pięścią w moją głowę. Zaczęliśmy się ze sobą szarpać.
- Adam!
- Idź do kuchni, Lauren! – krzyknął, nawet na nią nie patrząc.
               Uderzył mnie w bok, przez co połowa potrzebnego mi tlenu opuściła moje usta. Obaj mieliśmy przyspieszone oddechy. Czułem na czole spływającą stróżkę potu. Zaraz po tym dostałem po raz kolejny i kolejny. W oddali doszedł do mnie trzask zamykanych drzwi, co tylko utwierdziło mnie w tym, że jestem w tym całkiem sam. Matka, jak zwykle odcięła się od tego, co się działo.
               Ojciec odwrócił mnie. W jego oczach lśniła czyta furia i gniew. Uderzył mnie, rozcinając łuk brwiowy. Kolejny cios sprawił, że poczułem metaliczny smak krwi w ustach. Ubranie zaczęło kleić mi się do ciała, bo pod wpływem paniki, pociłem się jeszcze bardziej. Teraz dodatkowo moja i jego krew moczyła mi koszulkę.
- Zabiję cię, gówniarzu! Zabiję cię za to, że śmiałeś podnieść na mnie rękę!
              Wykorzystałem to, że się odezwał. To była ta chwila jego nieuwagi, w której zamiast na ciosach, skupił się na słowach. Zepchnąłem go z siebie. Adam poleciał na podłogę, wpadając na stojącą obok szafkę. Poustawiane na niej ozdoby, zagrzechotały w miejscu. Poderwałem się na równe nogi, czując, jak kolejny ból rozprzestrzenia się po moich komórkach.
              Zdążyłem, tylko spojrzeć w stronę drzwi, a ojciec zaatakował po raz kolejny. Uderzył mnie w brzuch. Odruchowo zgiąłem się. Mężczyzna kopnął mnie w bok, a ja krzyknąłem z bólu, nie mogąc tego powstrzymać. Złapał za moją brudną już koszulkę, podciągając mnie do pionu. Uniósł zaciśniętą dłoń, ale odepchnąłem go. On jednak zaraz naparł na mnie ponownie. Szamotaliśmy się ze sobą przez dłuższą chwilę, ciężko dysząc. Próbowałem wyswobodzić się z jego rąk, ale Adam jeszcze mocniej je zacisnął, wbijając mi paznokcie w skórę. Spróbowałem po raz kolejny odepchnąć go od siebie. Ponowiłem tę próbę raz jeszcze, wkładając w to więcej siły. Napraliśmy na siebie w tym samym momencie, sprawiając, że obaj straciliśmy równowagę.
              Poczułem, jak grube szkło wbija mi się w ciało, kiedy polecieliśmy w dół, trafiając w szklany stolik. Mebel pod naszym ciężarem roztłukł się na drobne kawałki. Jęknąłem cicho pod nosem, czując ostry ból w nadgarstku. Upadłem tak niefortunnie, że wylądowałem praktycznie na nim. Czułem, że tracę siły. Nie mogłem się jednak poddać. Nie teraz. Przed oczami stanęła mi Samantha. Jej obraz spowodował kolejne uderzenie adrenaliny i chęci do uwolnienia się z tego koszmaru. Kiedy palce ojca zacisnęły się na mojej szyi, odruchowo chciałem złapać go za dłoń, ale ból w mojej lewej ręce mi to uniemożliwił. Drugą na oślep wyciągnąłem w bok. Zaczynało mi brakować powietrza. Z moich ust wydobył się głośny charkot, kiedy próbowałem jednocześnie złapać odrobię tlenu i znaleźć coś, czym mógłbym sobie pomóc. W końcu natrafiłem dłonią na ozdobny świecznik matki, który stał zawsze na stole. Chwyciłem go i niewiele myśląc, uderzyłem nim ojca w głowę. Mężczyzna warknął pod nosem, będąc przez chwilę zamroczonym. Odepchnąłem go, a potem szybko dźwignąłem się z podłogi. Szkło posypało się z mojego ubrania. Nie czekałem dłużej, tylko chwiejnym krokiem ruszyłem w kierunku wyjścia. Zerknąłem jeszcze przez ramię, widząc, że i Adam powoli się podnosi.
              Wypadłem na zewnątrz. Nogi miałem, jak z waty, a płuca walczyły o każdą porcję tlenu. Miałem nadzieję, że moje ciało jeszcze odrobinę wytrzyma. Że nie podda się teraz, kiedy udało mi się uciec. Dopadłem do samochodu, szybko go otwierając. Wsunąłem zakrwawiony kluczyk do stacyjki, który ślizgał się w mojej dłoni. Podniosłem głowę w momencie, kiedy Adam wyskoczył z domu. Odruchowo zamknąłem drzwi od środka.
              Ojciec doskoczył do mojego auta. Zaczął szarpać za klamkę i walić w szybę, wyrzucając kolejne wyzwiska. Gdzieś z oddali usłyszałem kobiecy głos, który należał do naszej starszej sąsiadki. Kazała mu przestać albo wezwie policje.
- Nie wpieprzaj się! – odpowiedział, ponownie skupiając się na mnie.
             Przekręciłem szybko kluczyk w stacyjce. Silnik zaskoczył od razu. W tym samym momencie Adam podniósł z ziemi kamień, a potem uderzył w szybę, roztrzaskując ją na drobne kawałki. Próbowałem nie dać się złapać, ale miałem małe pole manewru. Jego palce zacisnęły się na moich włosach. Naparł dłonią na moją głowę, zmuszając do tego, bym przycisnął twarz do kierownicy. Postanowiłem się nie wyrywać. Walka w samochodzie nie miała sensu. Dlatego zamiast próbować go odepchnąć, na oślep zmieniłem bieg, a potem nacisnąłem pedał gazu. Ruszyłem z piskiem opon. Ojciec puścił mnie, przewracając się na podjazd.

~***~
               Spojrzałam na Caluma, który rozłożył się na kanapie w salonie. W ręku miał pilota od telewizora i zawzięcie pstrykał kanałami, aby znaleźć, jakiś ciekawy kanał. Przekręciłam oczami, podchodząc do niego. Puknęłam go w nogi, by zrobił mi trochę miejsca. Jak tylko chłopak odrobinę się przesunął, usłyszałam dźwięk dzwonka.
              Odwróciłam się, ruszając w stronę korytarza. Na środku drogi leżały rozrzucone buty kuzyna, więc przesunęłam je nogą bardziej w kierunku ściany, aby nikt się przez nie przypadkiem nie przewrócił. Podeszłam do drzwi, łapiąc za zimną klamkę. Otworzyłam je. Jak tylko zobaczyłam osobę stojącą na progu, poczułam nieprzyjemny dreszcz na plecach. Jednocześnie zrobiło mi się gorąco. Luke wyglądał fatalnie. Jakby stoczył, jakąś nierówną walkę z większym od siebie przeciwnikiem. Zachwiał się na nogach, opierając się o framugę drzwi. Lewą dłoń przyciskał do swojej klatki piersiowej. Jego biała koszulka w wielu miejscach pokryta była lepką krwią. Nie musiałam pytać. Podświadomie wiedziałam, kto mógł mu to zrobić.
- Sammy… Potrzebuję pomocy – powiedział cicho, zachrypniętym głosem.
                Jego zaszklone, błękitne oczy były pełne bólu i smutku. Wyłapałam w nich także odrobinę wstydu, choć jak dla mnie on nigdy nie powinien tak się czuć. Oddychał ciężko, jakby przebiegł maraton. Otworzyłam szerzej drzwi. Blondyn chciał sam wejść do środka, ale nie utrzymał równowagi i poleciał do przodu. W porę udało mi się go złapać i uchronić przed upadkiem. Oparł się na moim ramieniu. Był słaby i wykończony.
- Jezu, Luke – wymamrotałam, czując, jak oczy zachodzą mi łzami. – Będzie dobrze, okej… Będzie dobrze… Calum! Calum!
- Pali się czy co? – Kuzyn wyłonił się z salonu. Gdy tylko spojrzał w naszą stronę, rozchylił usta. – O, kurwa! - Podbiegł do nas, od razu łapiąc blondyna w pasie. Przerzucił sobie jego dłoń przez barki, podciągając go do góry. – Trzymaj się, stary. – Powoli ruszyli w kierunku salonu. – Jeszcze kawałek. Co się do cholery stało?
               Zamknęłam drzwi, a potem szybko skierowałam się do pokoju. Wyprzedziłam ich, doskakując do kanapy. Rozłożyłam na niej koc, a potem ułożyłam poduszki na jej końcu. Hood ostrożnie pomógł mu się położyć.
- Luke – powiedziałam cicho, gdy jego oddech stał się płytki i przerywany.
- Co się stało? – ponowił pytanie Hood, patrząc to na mnie, to na niego.
- Mój…
- Znowu ci to zrobił – dokończył Calum, szybko dodając jeden do jednego. Blondyn pokiwał głową. Skrzywił się, gdy chciał podciągnąć się do góry. – Poczekaj pomogę ci. Ułożymy poduszki wyżej, to będzie ci łatwiej oddychać.
- Oprzyj się o mnie – powiedziałam, siadając obok. Zaasekurowałam Luke'a, gdy Calum pomagał mu się podnieść. Kiedy ja przetrzymywałam go w takiej pozycji, chłopak zmienił układ poduszek. Potem oboje pomogliśmy mu się położyć.
- Nie chciałem… tu przychodzić w takim stanie… ale… nie mam dokąd pójść i…
- Spokojnie, Luke – powiedziałam cicho, gładząc jego policzek.
- Bardzo dobrze zrobiłeś – odparł Calum, kiwając głową. – Powinniśmy zawieźć cię do szpitala. Nie wiadomo, co ten chuj ci zrobił i…
- Nie, nie… Proszę…
- Luke, spokojnie – powtórzyłam, kiedy chłopak raptownie się poruszył. Mruknął pod nosem, kiedy poczuł kolejną falę bólu, która rozeszła się po jego ciele. – Już nic się nie dzieje. Jesteś bezpieczny.
                Jego oczy ponownie zaszły łzami. Błagałam w myślach samą siebie, by jakoś to wytrzymać i samej się nie popłakać. Ten widok jednak łamał mi serce na pół, a bezsilność była cholernie niefajnym uczuciem. Nie wiedziałam, co mogę zrobić, by choć trochę mu pomóc. Calum dokładnie zlustrował chłopaka, a potem wyszedł do kuchni, zostawiając nas samych.
- Będzie dobrze – wyszeptałam, całując jego czoło.
- Nie chciałem… byś to widziała, ale…
- Nie gadaj głupot.
- Przepraszam.
- Nie masz mnie za co przepraszać. – Przejechałam dłonią przez jego włosy. – To nie twoja wina.
- Pierwszy raz mu oddałem – odparł, kiedy do salonu wrócił Calum, niosąc w rękach miskę z wodą, a pod pachą naszą domową apteczkę.
- Oddałeś mu? – zapytał Hood, stawiając wszystko na stole. - I dobrze. Pewnie wkurzył się jeszcze bardziej.
- Wpadł… Wpadł w furię… Myślałem, że mnie…
               Urwał, kiedy znów rozległ się dźwięk dzwonka. Ja i Calum spojrzeliśmy w kierunku holu. Luke nerwowo drgnął. Po raz kolejny przejechałam dłonią po jego włosach, chcąc, by się uspokoił. Między nami zapanowała cisza. Kiedy ktoś zadzwonił po raz kolejny, poczułam niepokój. Mimo wszystko wstałam i ruszyłam w stronę drzwi, by je otworzyć. Gdzieś w głowie cichy głos podpowiadał mi, że nie jest to dobry pomysł. Zanim doszłam do drzwi, dzwonek rozdzwonił się po raz trzeci.
              Poskoczyłam, kiedy ktoś załomotał w drzwi. Wzięłam głębszy wdech, łapiąc za klamkę. Instynkt jednak podpowiadał mi, by nie otwierać ich na oścież, jak to miałam w zwyczaju. Uchyliłam je do połowy, przetrzymując je stopą. Momentalnie wstrzymałam oddech, kiedy przed oczami stanął mi ojciec Luke'a. Jego wściekłe spojrzenie przeszyło mnie na wylot. Od tego wzroku zrobiło mi się zimno, a ramiona i uda pokryły się gęsią skórką. Rozchyliłam usta, by się odezwać, ale mężczyzna mnie uprzedził.
- Gdzie on do cholery jest?
- Kto?
- Ten gnojek. Wiem, że jest u ciebie!
- Luke'a tu nie ma.
- Nie? – zapytał z kpiną. – To co robi na twoim podjeździe jego samochód? Nie rób ze mnie idioty! Wiem, że tu przylazł!
- Nic o tym nie wiem.
- A ja sądzę, że kłamiesz!
              Drgnęłam nerwowo, kiedy wychylił się bardziej w moją stronę. Niewiele myśląc, złapałam za drzwi, by je zamknąć. Adam jednak był szybszy. Wstawił stopę między framugę, sprawiając, że drzwi odbiły się od niej, uniemożliwiając mi ich zamknięcie. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, ale za wszelką cenę chciałam nie dopuścić go do poobijanego chłopaka, który leżał na mojej kanapie. Mimo ogromnego strachu, jaki we mnie wywoływał, stanęłam naprzeciwko niego, zagradzając mu drogę.
- Uważasz, że on jest tego wart? – odparł z kpiną.
- Jest wart o wiele więcej, niż pan sądzi. Proszę wyjść!
               Mój podniesiony głos zaalarmował Caluma, który został w salonie z Hemmingsem. W momencie, kiedy Adam z łatwością odepchnął mnie na bok, Hood wyłonił się na korytarz. Zdołałam utrzymać równowagę, odbijając się od ściany. Adam prychnął pod nosem, widząc chłopaka przed sobą.
- Ty też masz zamiar mi się stawiać? – zapytał, mierząc Caluma wzrokiem. Dostrzegłam, jak kuzyn poczerwieniał na twarzy.
- Dotknij ją jeszcze raz…
- Grozisz mi?
- Tylko uprzedzam – powiedział Hood, który w ogóle nie okazywał wobec niego strachu. Adam musiał być przyzwyczajony do tego, że inni się go boją. Na jego twarzy pojawiło się zmieszanie, kiedy Hood ruszył pewnym krokiem w jego stronę. – Wypieprzaj z tego domu, bo inaczej zawiadomię policję.
- Trochę szacunku do starszych, gnoju.
- Nie mam szacunku do osób, które nie mają go dla innych, a tym bardziej do własnego syna.
- Ty, szczeniaku – warknął Adam, łapiąc go za koszulkę. Przybliżył twarz do jego twarzy. W tym momencie trzęsłam się, jak galareta, bojąc się tego, co może się zaraz wydarzyć.
- Wynocha!
- Nie przyszedłem tu po was, przyszedłem tu…
- Wypieprzaj! – przerwał mu Calum, popychając go do tyłu.
              Zakryłam usta dłońmi, odsuwając się od nich, kiedy oboje zaczęli się ze sobą szarpać. Na szczęście ani jeden, ani drugi nie użył do tego pieści. Adam chyba nie sądził, że Hood może mu się tak stawiać. Z pewnością też nie chciał narobić sobie problemów, gdyby niby przypadkowo go uderzył. Calum, zaś był mocno zdenerwowany, a ja byłam pewna, że słyszę to, jak zgrzyta zębami.
              Przemknęłam na drugi koniec korytarza, kiedy Hood po raz kolejny mocno popchnął starszego od siebie mężczyznę. Ojciec Hemmingsa zakołysał się, znajdując się prawie przy samych drzwiach. Calum ponowił próbę, co skutkowało tym, że Adam wyleciał na zewnątrz. Zdołał ustać na nogach, choć chłopak użył wobec niego naprawdę dużo siły.
- Ten gnój ma się więcej nie pokazywać w moim domu – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Słyszysz, dupku! Masz tam więcej nie wracać!
             Calum przekręcił oczami, a następnie pchnął drzwi, które zamknęły się z hukiem tuż przed nosem Adama. Przekręcił zamek, a potem spojrzał na mnie. Dopiero teraz zadałam sobie sprawę z tego, jak szybko oddycham.
- Nic ci nie jest?
- Nie.
- Zamknij drzwi od tarasu – rozkazał, a ja tylko kiwnęłam głową. – Chcę mieć pewność, że ten skurwiel tu nie wejdzie.
- Jasne – rzuciłam, szybko przechodząc do salonu. Doskoczyłam do tamtych drzwi, zamykając je.
- Twój tatusiek jest w chuj milutki – odwróciłam się, kiedy Calum wrócił do pokoju. Podeszłam do chłopaków. Widziałam, jak Luke się zmieszał. Na jego twarzy pojawił się wstyd i rozgoryczenie. – Ej, ale to nie twoja wina. Rodziny się nie wybiera. To dupek.
- Nie powinienem tu przychodzić – zaczął Hemmings, próbując się podnieść.
- Co ty wyprawiasz?
- Nie wiedziałem, że za mną przyjdzie. Przepraszam i…
- Wyluzuj, Luke – odparł Calum, kładąc mu dłoń na ramieniu. – Bardzo dobrze się stało, że tu jesteś. Przynajmniej odciąłeś się od tego psychopaty.
- Mógł wam coś zrobić – jęknął blondyn, kręcąc głową.
- Ale nie zrobił. A teraz kładź się z powrotem i pozwól, by Sammy cię odrobinę połatała. Potem pojedziemy na pogotowie i…
- Nie, nie…
- Tam też nic ci się nie stanie. Zresztą, twoja ręka nie wygląda zbyt dobrze. Powinien ją zobaczyć lekarz.
- Ale…
- Masz już osiemnaście lat, nie będą zawiadamiać rodziców, jeśli nie będziesz chciał – pociągnął Hood, otwierając apteczkę. Usiadłam na kanapie obok blondyna, nie odrywając wzroku od chłopaków. – Będziemy tam z tobą i poczekamy na ciebie. Przyniosę lód, może to zmniejszy opuchliznę.
- Dziękuję – powiedział cicho Luke.
- W porządku. Trzeba sobie pomagać. Ty pomogłeś mi wczoraj, ja pomagam dziś tobie. Transakcja wiązana – odparł Calum, a potem poszedł do kuchni.
- Nie wrócisz do domu - rzuciłam, kiedy zaczęłam wyjmować z apteczki gazy i bandaże. - Nie wiem jeszcze, jak to rozegramy, ale nie pozwolę ci tam wrócić. Coś wymyślę i…
- Sammy…
- Nie, Lukey. To się musi wreszcie skończyć – powiedziałam, a potem zacisnęłam usta, czując, jak do oczu napływają mi łzy. – Przepraszam, jeśli zaboli – dodałam, kiedy zaczęłam zajmować się jego ranami.
                Po chwili do salonu wrócił Calum, niosąc zamrożone okłady i dwie długie, drewniane łyżki. Kiedy ja zajmowałam się rozcięciami, on prowizorycznie unieruchomił jego lewą rękę, a potem obłożył ją okładami. Na samym końcu mokrym ręcznikiem wytarłam twarz i dłonie Hemmingsa, zmywając zaschniętą już krew.
- To, co? Jedziemy? – odparł chłopak, kiedy ogarnęłam stół. – Żadnego ale Luke, potrzebujesz lekarza – dodał, kiedy blondyn otwierał już usta. Zerknął na mnie, a ja szybko kiwnęłam głową. – Mamy większość. Zostałeś przegłosowany. Daj mi kluczyki od auta. Widziałem, że masz rozbitą szybę, więc wstawię ci samochód do garażu.
- Zostawiłem je w środku.
- W porządku. Zaraz wracam. Sammy, pójdę po swój samochód, ale to ty nim pojedziesz do szpitala. Na kacu wolę nie prowadzić po mieście.
- Jasne.
- To uzgodnione – powiedział, lekko się przy tym uśmiechając.
                Odwrócił się i ruszył w kierunku korytarza. Zatrzymał się jednak w wejściu. Dopiero wtedy usłyszałam szczęk przekręcającego się zamka. Luke poderwał się do pozycji siedzącej, a potem sykną z bólu. Przetrzymałam go, szepcząc cicho, że ma się nie denerwować. Po chwili drzwi otworzyły się, a ja usłyszałam głosy rodziców.
- I wtedy mówię jej… O! Czołem, chłopie – rzucił mój ojciec, widząc swojego bratanka.
- Cześć, wujku. Cześć, ciociu.
- A co ty masz taką minę? – zapytała mama. Calum odwrócił się, zerkając w naszą stronę. Potem znów spojrzał na moich rodziców.
- Co jest? – dopytał tata. – Coś się stało?
- Stało – odpowiedział Cal, wskazując na salon.
- Dobry Boże, Luke – rzuciła moja mama, która jako pierwsza weszła do pokoju. Od razu znalazła się obok nas. – Co się stało?
- To… długa historia – powiedział cicho blondyn. Matula zerknęła na mnie.
- To długa historia – odpowiedziałam, a potem lekko zacisnęłam usta.
- Powinniśmy zawieść cię…
- Właśnie to chcieliśmy zrobić – wtrącił Calum.
- Ray! – krzyknęła, a tata od razu wpadł do salonu.
             Zrobił wielkie oczy, dokładnie lustrując wzrokiem Hemmingsa. Potem na jego twarzy pojawiła się ta lekarska, poważna mina, kiedy usiadł obok niego. Zadał chłopakowi kilka podstawowych pytań, odnośnie tego, co mu się stało. Dokładnie go obejrzał, uznając, że nie obejdzie się bez wizyty w szpitalu. Luke odpowiadał na każde pytanie, najwyraźniej uznając, że niema już sensu kłamać ani zatajać prawdy.
- Mój Boże – wydusiła mama, przyciskając dłoń do ust. – Jak długo to trwa?
- Odkąd pamiętam – powiedział cicho Hemmings, skupiając wzrok na swojej dłoni. Drugą miał unieruchomioną i przyciśniętą do swojej klatki piersiowej. Tata poprawił nieco prowizoryczny opatrunek, który zrobił mu Hood. Przełknęłam ślinę, gdy ciemne oczy mamy spojrzały wprost na mnie.
- Zabierzemy go do szpitala – pociągnął tata, pomagając chłopakowi wstać. – A wy – machnął palcem na mnie i na Caluma. – Macie tu zostać. Porozmawiamy po powrocie.
- Jasne – odpowiedzieliśmy jednocześnie.
              Razem z nimi przeszłam na korytarz. Poczekałam, aż wyjdą, by zamknąć drzwi. Potem wróciłam do salonu. Calum złożył brudny koc, na którym wcześniej leżał Hemmings. Zwinął go w rulon, odkładając na podłogę. Następnie pacnął na kanapę. Poszłam w jego ślady, zajmując miejsce obok. Przez chwilę między nami panowała cisza.
- Cal…
- Sammy?
- Cholernie się cieszę, że dzisiaj tu byłeś – powiedziałam, zerkając na niego. Hood uśmiechnął się, a potem objął mnie. Oparłam głowę o jego ramię. – Wolę nie wiedzieć, jakby to się skończyło, gdybym była w domu sama.
- Ja też się cieszę, że tu byłem. Jego ojciec to skończony świr. Ale teraz będzie już tylko lepiej, prawda?
- Mam nadzieję.

~***~
               Nie chciałem robić państwu Hood jeszcze większych problemów, więc poprosiłem ich, by nie mówili o prawdziwej przyczynie mojego stanu. Wytłumaczyłem im, że mój ojciec jest naprawdę nie obliczalny i lepiej będzie, jak ukryjemy niektóre fakty. Ray zgodził się, tylko pod jednym warunkiem. Jeśli Adam faktycznie się ode mnie odczepi, to nie zgłosi tego na policję – zgodnie z moją prośbą. Jednak, jeśli znów coś mi zrobi, Ray będzie pierwszym, który pojawi się na posterunku, by opowiedzieć im wszystko. Przystałem na to. Widziałem, że jego żonie wcale się to nie podobało, ale i ona postanowiła milczeć. W szpitalu ja i Ray sprzedaliśmy klasyczną bajeczkę o rzekomym pobiciu. Wymyśliłem wszystko na szybko, raz za razem powtarzając, ze nie widziałem twarzy dwóch oprawców, którzy mnie zaatakowali, jak wysiadałem z samochodu. Uciekli, kiedy pojawił się Ray.
             Dzięki znajomością pana Hooda, od razu zostałem przyjęty na badania, omijając długą kolejkę pacjentów zgromadzonych w izbie przyjęć. Wyraziłem też zgodę na to, by państwo Hood mogli się dowiadywać o stanie mojego zdrowia. Pojawiła się też opcja, bym został na noc na obserwacji, a tego cholernie nie chciałem. Nadal bałem się tego, że Adamowi nie przeszła złość i być może uda mu się, jakimś cudem, mnie to znaleźć. Powiedziałem o tym panu Hoodowi, a on od razu porozmawiał ze swoim kolegą, by odwieść go do tego pomysłu. Zapewnił go, że będzie miał na mnie oko i w razie, gdyby coś się działo, od razu przywiezie mnie tu z powrotem.
             Nie wiem, ile czasu dokładnie spędziliśmy w szpitalu, ale rodzice Sam nie odstępowali mnie na krok. Byłem tym mile zaskoczony, bo to zachowanie tak mocno różniło się od tego, w jaki sposób podchodzili do mnie moi rodzice. Oni mieliby to gdzieś. Ray i Gabrielle zajmowali się mną, jakbym był częścią ich rodziny. Kobieta, co chwilę dopytywała się, czy niczego nie potrzebuję i czy aby na pewno czuję się już lepiej. Ray natomiast skrupulatnie kursował między gabinetami, chcąc zdobyć wyniki moich badań tak szybko, jak to jest tylko możliwe. Ich troska sprawiała, że psychicznie czułem się dobrze. Było to przyjemne i miłe, wiedząc, że są ludzie, dla których nie jesteś skreślony po całości.
            Ray załatwił nam małą salkę, w której mnie tymczasowo umieścili. Kiedy zostałem sam z jego żoną, kobieta zaczęła mnie dokładnie o wszystko wypytywać. Postanowiłem się przed nią otworzyć, opowiadając całą moją żałosną historię. Musiałem przezwyciężyć gorycz, żal i wstyd, by zacząć mówić. Ona cierpliwie czekała. Miała w sobie coś z Sam, dzięki czemu w końcu odważyłem się na to, by przyznać się do wszystkiego. Kilkakrotnie głos mi się załamał, a ona złapała moją zdrową dłoń, by dodać mi otuchy i pewności siebie. Po wszystkim objęła mnie, jakbym był jej dzieckiem, szepcząc cicho, że ten koszmar w końcu się skończył. A ja chciałem w to wierzyć.
             Po badaniach okazało się, że tylko tak tragicznie wyglądałem. Adam na szczęście nie zrobił mi, aż tak wielkiej krzywdy, jak podejrzewał z początku Ray. Skończyło się na klasycznych siniakach, do których byłem przyzwyczajony, czterech szwach na łuku brwiowym, pęknięciem kości w nadgarstku – założyli mi gips, aż do łokcia – i lekkim wstrząśnieniem mózgu. Przepisali mi także leki przeciwbólowe. Po kilku godzinach wypuścili mnie ze szpitala. Nie wróciłem jednak do swojego domu. Państwo Hood szybko uznali, że zatrzymam się u nich. Z początku chciałem zaprotestować. Nie chciałem się, aż tak narzucać. I tak już wiele dla mnie zrobili. Gabrielle jednak kazała mi się nie stawiać, grożąc tym, że zaciągnie mnie do siebie siłą. Przystałem na to, raz zarazem dziękując im za wszystko.

~***~
              Siedziałam z Calumem w kuchni, będąc pod czujnym wzrokiem obojga rodziców. Mama znajdowała się naprzeciwko, dokładnie nas obserwując. Tata stał oparty o blat, ze skrzyżowanymi na piersiach rękami. Właśnie urządzali nam szczegółowe przesłuchanie, odnośnie tego wszystkiego, co się wydarzyło. Przed tym, jak zaciągnęli nas na rozmowę, udało mi się wymienić kilka słów z Lukiem, który przyznał się do tego, że powiedział im wszystko. Zwolnił mnie z trzymania tajemnicy, którą razem z nim ukrywałam od tak długiego czasu. Dlatego teraz, zarówno ja, jak i Calum, otworzyliśmy przed nimi wszystkie karty, opowiadając to, co wiemy i to, co widzieliśmy.
- Czyli wtedy jego ojciec też go pobił? – zapytała cicho mama. Przytaknęłam. – Dlaczego nic nie powiedziałaś?
- Obiecałam, że będę siedzieć cicho.
- Sam – odparła, kręcąc głową. Teraz dopiero zrozumiałam, że moje milczenie pozwalało Adamowi na kontynuowanie tego, co robił chłopakowi. I z tą myślą czułam się naprawdę koszmarnie i źle. – Ty też wiedziałeś?
- Dowiedziałem się przypadkiem – odparł Calum, wiercąc się na swoim miejscu. - Potem przypomniałem sobie te wszystkie siniaki, jakie widziałem u niego w szkole. Wcześniej byłem pewny, że to przez bliźniaków, którzy też nie byli wobec niego święci.
- I ty też postanowiłeś milczeć – powiedziała mama, a chłopak pokiwał głową.
- To ja ich o to prosiłem. – Cała nasza czwórka drgnęła, gdy w kuchni pojawił się Luke. Zagryzłam wargę, bojąc się spojrzeć w jego oczy. Czułam się winna. – Nie chciałem, by mieli przeze mnie kłopoty. Bałem się tego, że mój ojciec może coś zrobić, gdy to, co się dzieje, wyjdzie na jaw.
- Tak, mówiłeś nam już o tym – odparł Ray.
- To nie ich wina – pociągnął dalej blondyn.
- Żadne z nas ich nie wini – powiedziała mama, spoglądając na mnie i na Caluma. – Wolałabym jednak, byście mówili nam o swoich problemach otwarcie. I to tyczy się całej waszej trójki. Ciebie też Luke. Obiecacie nam to?
- Obiecujemy.
- Świetnie. Weźcie też pod uwagę to, że wasz pełnoletni wiek nie zwalnia was z tej obietnicy.
- Jasne, ciociu.
- I bardzo dobrze.
- Skoro wyjaśniliśmy sobie wszystko, to przejdźmy teraz do przyjemniejszej rzeczy. – Spojrzeliśmy na Ray’a. – Jaką zamówimy sobie pizzę?
- Och, tak… Jestem głodny - rzucił Calum z uśmiechem.

               Weszłam cicho do pokoju gościnnego, który zajmował Luke. W środku było ciemno, ale ja i tak dostrzegłam leżącą na łóżku sylwetkę chłopaka. Podeszłam bliżej. Gdy zatrzymałam się przy materacu, poczułam, że blondyn na mnie spogląda.
- Obudziłam cię?
- Nie spałem – powiedział cicho.
                Przesunął się, robiąc mi miejsce. Wspięłam się na materac, układając się obok niego. Luke leżał na plecach, opierając o swoją klatkę piersiową rękę pokrytą gipsem. Uniosłam się, odnajdując jego usta. Musnęłam je swoimi, czując, jak Hemmings uśmiecha się pod nosem.
- Twoi rodzice mnie wykopią z domu, jak cię tu znajdą o tej porze.
- Nie wykopią - zapewniłam, obejmując go delikatnie w pasie. – Jak się czujesz?
- Leki przeciwbólowe działają, więc jest dobrze.
- Będzie okej.
- Będzie - powiedział, a ja uśmiechnęłam się. – Musi być.
- Razem damy radę.
- Razem brzmi jeszcze lepiej - odpowiedział, przesuwając chorą rękę w moją stronę.
              Splotłam swój mały palec z jego palcem. I naprawdę liczyłam na to, że wszystko się ułoży, a Luke w końcu rozpocznie nowy rozdział w swoimi życiu, w którym nie będzie miejsca na ból, przemoc i poniżanie ze strony jego ojca. 



***
Jak wrażenia? Kochany ojczulek powrócił.
Przed ostatni rozdział za nami! Jesteśmy coraz bliżej końca i nie powiem, ale trochę mi smutno :(
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Standardowo zapraszam Was na Aska i Twittera - @RoxyDonau
Tam znajdziecie informacje o tym, co i kiedy się pojawia. 

Dziękuję również za Wasze komentarze, które naprawdę dają dobrego motywującego kopa do pracy :)
Dzięki wielkie!

Pozdrawiam i do następnego!

7 komentarzy:

  1. Jejku, prawie się popłakałam ;( To cudowne, że w końcu poczuł miłość. W końcu ktoś traktuje go z miłością i szacunkiem, nie ważne, że to obcy mu ludzie, ważne, że traktują go jak syna <3 Też nie mogę uwierzyć, że zbliżamy się do końca...
    Ściskam, Kasia ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że rozdział wywołał emocje :)
      Dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Już czuje taki dziwny ucisk w żołądku na myśl,że się to skończy. Mam nadzieję, że wszystko skończy się dobrze. Tak wiele już przeszli, że im się należy. Życzę weny, bo naprawdę nie mogę się doczekać już następnego rozdziału (mimo iż chciałabym to przeciągać w nieskończoność to jednak...) ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, jest już bliżej końca, niż dalej :\
      Dziękuję za komentarz :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Przed ostatni?
    Jak to?
    To nie możliwe.
    Czemu tylko 40 rozdziałów?
    Wiesz jak to jest.
    Jak się coś kocha chcę się by było to jak najdłużej.
    Zdecydowanie kocham twoje opowiadania.
    I ciebie też.
    Masz zamiar założyć jeszcze jakiś blog z opowiadaniami?
    Boski piszesz i przeczytałam wszystkie twoje blogi.
    Pokochałam wszystkie historie i nie umiałabym wybrać najlepszą .
    Pierwszym opowiadaniem twojego autorstwa , które przeczytałam to "Pod jednym dachem".

    😍

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki wielkie! Mega się cieszę, że to ff tak Ci się spodobało i że inne historie także przypadły Ci do gustu :)
      Nie zamierzam kończyć z pisaniem, więc dalej będę to robić. Nowy blog? Dzisiaj mam zamiar wystartować z kolejną historią :D
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam :)

      Usuń