wtorek, 11 października 2016

Rozdział 40

You teach me how to see all that's beautiful


              Najlepiej w ogóle nie wracałbym do tego miejsca, które musiałem nazywać domem. Jednak trzeba było zacząć myśleć bardziej realistycznie. Zostawiłem tam wszystko, co miałem, zostając tak naprawdę z niczym. Na szczęście moja wizyta w tym, jakże rodzinnym miejscu była jednorazowa. Nie byłem też sam.
              Do tej pory pamiętam, jak mocno byłem spięty i zestresowany, kiedy spojrzałem na znajomy budynek. Czułem też strach i nawet nie próbowałem temu zaprzeczać. Wspomnienia wróciły, jeszcze bardziej wpychając mnie w szpony niepokoju. Szczególnie, że działo się to na drugi dzień po felernym pobiciu i postawieniu się ojcu. Po tym, jak kazał mi tu nigdy nie wracać. Odetchnąłem z ulgą, kiedy okazało się, że Adama nie ma, a w domu jest, tylko moja matka.
               Nie chciałem iść tam sam. Nie musiałem jednak nic mówić, bo Ray od razu zakomunikował mi, że pomoże mi zabrać rzeczy i przewieść je do siebie. Zaangażował też w to swojego brata, który bez mrugnięcia okiem zgodził się nam towarzyszyć. Bałem się, tylko tego, że mój ojciec może pokomplikować nam plany. Jego nieobecność była dla nas zbawienna.
               Moja matka bez problemów wpuściła nas do środka. Ray otwarcie powiedział jej, dlaczego tu jesteśmy. Zaznaczył również,  że nie życzy sobie, by mój ojciec nachodził mnie w jego domu. I że jeśli jeszcze raz podniesie na mnie rękę, on nie będzie bierny. Lauren milczała i tylko kiwała głową, co jakiś czas spoglądając na moją poobijaną twarz i zagipsowaną rękę.
               Zabrałem większość swoich rzeczy. Zapakowałem je w worki, a potem razem z dwójką Hoodów przenieśliśmy je do samochodów zaparkowanych na podjeździe. Moja matka poinformowała mnie, że ojciec szybko nie wróci, bo pojechał na spotkanie ze swoim znajomym, więc byłem spokojniejszy podczas całego procesu pakowania.
               Zanim ostatecznie opuściłem rodzinny dom, zatrzymałem się przy matce. Nie wiedziałem, dlaczego to zrobiłem. Może liczyłem na to, że chociaż teraz usłyszę od niej, jakieś dobre słowo czy cokolwiek, co sprawi, że choć trochę nasze rozstanie okaże się być milsze. Ona jednak nadal pozostawała wycofana. Zaczynałem się zastanawiać, jak wielki wpływ ma na nią ojciec, skoro nigdy nie stanęła w obronie swojego własnego dziecka. Nigdy nie zapobiegła niczemu, co się działo. A jej podejście było podobne, jak jego. Ale Lauren nie powiedziała mi nic. Nic, czego bym potrzebował. Nic, czego oczekiwałem. Nie usłyszałem nawet głupiego do zobaczenia czy chociażby żegnaj. Jakby i ona pozbywała się zbędnego balastu. Jakby moje odejście było jej na rękę. Zapewniła mnie tylko, że nadal będę miesięcznie otrzymywał od niej pieniądze, dopóki nie znajdę sobie pracy. I tyle.
              Po powrocie do rodzinnego domu Hoodów, długo rozmawiałem z Gabrielle i Ray’em. Z początku nie chciałem siedzieć im na głowie. Powiedziałem wprost, że chcę poszukać własnego kąta, w którym mógłbym się zatrzymać. Ci jednak w końcu przekonali mnie do zmiany zdania. Wiedziałem też, że chcieli mieć na mnie oko. Oprócz tego argumentowali to, że choć jestem pełnoletni, to nadal potrzebuję uwagi starszych od siebie. Nigdy nie otrzymywałem takiego zainteresowania ze strony swoich rodziców, więc było to dla mnie coś naprawdę przyjemnego i miłego. Dlatego zamiast poszukiwać, jakiegoś mieszkania, zostałem z nimi. Do końca szkoły zostały niecałe dwa miesiące, a po wakacjach liczyłem na to, że dostanę się na wymarzone studia i w końcu zejdę im z głowy. Choć oni nigdy nie dali mi odczuć tego, że nie życzą sobie mojej obecności w ich domu. Pokój gościnny stał się moim pokojem. Pozwolili mi go nawet zmienić według mojego własnego uznania, bym czuł się w nim lepiej.
                Szybko odczułem dużą zmianę. U Sam zawsze czułem się swobodnie i bezpiecznie. Czułem się lepiej, niż u siebie. Podejście jej rodziców do mojej osoby wcale się nie zmieniło. Nie litowali się, przesadnie nie niańczyli. Byli tacy, jak zawsze. Czyli tacy, jakich i lubiłem. Doceniałem wszystko, co dla mnie robili. Byłem im cholernie wdzięczny, że otrzymałem od nich nie tylko pomoc fizyczną, ale także i psychiczną. Będąc tu nie czułem się niechciany. Lubiłem przebywać razem z nimi w ciągu dnia. Dawali mi obraz tego, jak powinna wyglądać normalna, kochająca się rodzina. Rozmawiali ze mną, pytali się o oceny, plany na bliższy i dalszy czas. Wychodziliśmy nawet razem całą czwórką. Codzienne rytuały stały się przyjemniejsze, a ja mogłem w końcu odetchnąć i żyć tak, jak każdy. W spokoju, ciszy i wśród ludzi, którzy mnie akceptowali.
               Zaraz po weekendzie poprosiłem Sam, by pojechała ze mną do warsztatu. Obok zakładu mieściła się też myjnia samochodowa. Załatwiłem, więc dwie rzeczy na raz, zostawiając tam auto, które wymagało nie tylko wstawienia nowej szyby, ale także pozbycia się krwi z tapicerki i fotela.
              Przez ten czas, kiedy nie miałem do dyspozycji swojego samochodu, jeździłem do i ze szkoły razem z Calumem. Chłopak nie miał nic przeciwko temu, że zyskał dodatkowego pasażera. Jego stosunek do mnie zmienił się diametralnie, co zacząłem zauważać już wcześniej. Po ostatnich wydarzeniach miałem jednak bardziej namacalne na to dowody. To dodatkowo mnie cieszyło.
              Podejście do mnie zmienili także jego kumple. Michael i Ashton rozmawiali ze mną na całkiem normalnej płaszczyźnie, jakby dawne wojny nigdy nie miały miejsca. Chyba cała nasza czwórka postanowiła wyrzucić z pamięci to, co się działo. Doszło nawet do tego, że kilka razy zjedliśmy wspólnie lunch na stołówce. I choć ludzie z zaciekawieniem zerkali w naszym kierunku, to nie usłyszałem żadnych docinków czy uwag na ten temat. Skoro Hood i jego banda postanowiła ze mną rozmawiać, to i reszta uczniów przestała się czepiać. W ich oczach miałem czystą kartę, odcinając się od wizerunku dziwaka, głupka i zacofańca. Nigdy tez więcej nie usłyszałem ksywki Hommo-Lu. Ona odeszła tak samo, jak wszystkie koszmarne wydarzenia, które urwały się z chwilą, kiedy wyrwałem się z domu. Zaczynałem żyć na nowo.

              Wyszedłem z pokoju. Przez chwilę nasłuchiwałem, ale wokół mnie panowała cisza. Ray miał nocny dyżur, więc wiedziałem, że pewnie odsypia. Sammy również nie należała do rannych ptaszków. Musiałem też przyznać, że odkąd zamieszkałem u Hoodów mój sen stał się spokojniejszy. W końcu się wysypiałem, nie mając przytłaczających wizji związanych z ojcem. Mogłem bez niepokoju kłaść się do łóżka i budzić się, wiedząc, że nic złego się nie stanie. Nie będzie krzyków i wyzwisk. Nie będzie toksycznego udawania, że wszystko jest w porządku. Byłem z nimi już od dwóch tygodni, czując się naprawdę szczęśliwy. Dawali mi to, czego nie miałem. Czego nigdy nie dostałem od swoich rodziców.
             Dopiero kiedy zszedłem na dół, usłyszałem krzątaninę dochodzącą z kuchni. Wszedłem do pomieszczenia, zatrzymując błękitne oczy na kobiecie zaglądającej do jednej z szafek. Odchrząknąłem, dając jej znać, że nie jest sama. Gabrielle odwróciła się, a na jej twarzy pojawił się uśmiech.
- Dzień dobry. Mam nadzieję, że dobrze spałeś.
- Dobrze, dziękuję – powiedziałem, podchodząc do niej.
- Jeśli chcesz się napić kawy, to cię rozczaruję. Skończyła się. Właśnie robie listę zakupów – odparła, stukając paznokciem w zapisaną kartkę.
- Mogę zrobić zakupy i…
- Nie przeginaj. Rozmawialiśmy o tym nie raz. Nie chcemy od ciebie pieniędzy.
- Zakupy, to nie pieniądze. Zresztą, też mogę mieć wkład, chociażby w jedzenie, które wam wyjadam i…
- Przestań. Nie ma takiej potrzeby.
- Ale ja…
- Luke, dajemy sobie finansowo radę. Nie jesteśmy w żadnym dołku. Starcza nam na wszystko. Odkąd Sam przestała chorować jest naprawdę dobrze, więc nie masz, o co się martwić. Nie wyrzucimy cię też na ulicę, bo zużywasz za dużo wody czy prądu. Jesteś dzieckiem. Ciesz się tym, póki możesz. Będziesz mieć w swoim życiu jeszcze czas na myślenie o rachunkach czy choćby o zakupach. – Poklepała mnie po ramieniu, nadal mając na twarzy szeroki uśmiech.
- Ale jak będziecie państwo potrzebować…
- Odezwiemy się do ciebie od razu. To się jednak nie zdarzy. Doceniam to, że chcesz pomóc…
- Powinienem.
- Powinieneś skupić się na nauce – powiedziała ze śmiechem. – I na obowiązkach domowych, typu dbanie o porządek i tak dalej.
- Akurat to drugie robię automatycznie.
- Wiem. Mam porównanie widząc twój pokój a pokój Sam – odparła, a potem oboje zaczęliśmy się śmiać. – Powinna się tego od ciebie nauczyć. – Spojrzała na listę zakupów. – Nie ma też chleba, ale są płatki. To musi ci wystarczyć na śniadanie.
- Poczekam z tym. Nie jestem, aż tak głodny.
- W porządku. Potrzebujesz, czegoś ze sklepu?
- Chyba wszystko mam. Pojechać z panią?
- A chcesz?
- Tak.
- W takim razie zbieraj się.

               Nigdy nie byłem na zakupach ze swoją matką. Kiedyś takie wyprawy odbywałem sporadycznie, tylko z babcią, dlatego wyjście do supermarketu z panią Hood było dla mnie całkiem niezłym urozmaiceniem i czymś nowym. Inni być może nie widzieli w tym nic wyjątkowego. Ja miałem jednak całkiem inne doświadczenia, dlatego moje podejście również się różniło.
              Powoli przechodziliśmy przez wysokie, kolorowe alejki napchane różnorodnymi produktami. Gabrielle nie trzymała się stricte listy, biorąc też rzeczy spoza niej. Ja również dorzuciłem coś od siebie. Oczywiście, automatycznie zapewniłem panią Hood, że sam zapłacę za siebie. Ona jednak nie chciała o tym słyszeć. Znów pociągnęliśmy temat pieniędzy, a przerwaliśmy go w momencie, kiedy zagroziła mi, że się na mnie obrazi. Rodzice Sam byli jednym z tych ludzi, którzy nieśli ci bezinteresowną pomoc nie chcąc nic w zamian. Liczyło się dla nich nie tylko ich własne szczęście, ale także szczęście innych osób. I to cholernie mi się podobało. Byli dla mnie wzorem, za którym chciałem iść. Dawali mi też przykład, jak powinna funkcjonować normalna rodzina.
               Zatrzymałem się przy półce z makaronami, opierając się zdrową ręką o poręcz wózka. Gabrielle złapała za dwa opakowania wybranego produktu, a potem wrzuciła je na stertę inny rzeczy, które zamierzała kupić.
- Jeśli nie będziecie mieli innych planów, możecie iść z nami – odparła, kontynuując temat wspólnego wyjścia do kina.
- Jutro?
- Idziemy na komedię. – Uniosłem jedną brew. – I to nie jest komedia romantyczna – dodała ze śmiechem. – Fajnie by było, gdybyśmy wybrali się tam razem. Przed lub po zjedlibyśmy, jakąś wspólną kolację.
- Mi pasuje – odpowiedziałem, kiwając głową.
- Super. Sam pewnie też chętnie pójdzie.
- Luke?
              Drgnąłem na dźwięk znanego głosu. Poczułem, jak spinają mi się wszystkie mięśnie. Powoli odwróciłem się w stronę kobiety, która stała niedaleko nas. Pani Hood z ciekawością zerknęła na moją matkę, która pchała przed sobą wózek z zakupami. W tym momencie znów poczułem się niepewnie. Widok, któregoś z moich rodziców zawsze wywoływał dyskomfort i negatywne odczucia. Nie tak powinno reagować dziecko na swoich bliskich.
              Lauren zmierzyła mnie wzrokiem od góry do dołu, zapewne oceniając to, jak się prezentuję. Opuchlizna już dawno zeszła z mojej twarzy, a ślady zadrapań również były ledwo widoczne. Teraz najbardziej wyrazistą pamiątką, po tych makabrycznych wydarzeniach, była moja ręka pokryta gipsem.
- Wyglądasz lepiej – skomentowała, a ja spojrzałem na nią z niedowierzaniem. – Co u ciebie?
- Jest naprawdę dobrze.
- Gdybyś potrzebował więcej pieniędzy – zaczęła, przez moment zatrzymując wzrok na pani Hood. Potem jej oczy znów skupiły się na mnie. – To mów.
- Typowe – mruknąłem, krzywiąc się.
- Typowe? – odparła, najwidoczniej nie rozumiejąc, do czego zmierzam.
- Tylko to jest najważniejsze, prawda? Nie mieszkam z wami już od dwóch tygodni. Przez ten czas nie zadzwoniłaś do mnie ani razu. – Lauren zmieszała się. – Ale przyzwyczaiłem się, że jedyne co potrafisz robić, to dawać mi pieniądze. I tak jest chyba lepiej. Skoro nie chcesz mieć ze mną nic wspólnego, niech zostanie tak, jak jest.
- Chodźmy już – powiedziała cicho Gabrielle, przejmując ode mnie wózek.
- Do widzenia, mamo – rzuciłem, odwracając się.
- Spokojnie, Luke – pociągnęła pani Hood, lekko klepiąc mnie po plecach.
                Wziąłem głębszy oddech, dopiero teraz zdając sobie sprawę z tego, że praktycznie cały się trzęsę. Nigdy nie powiedziałem tego otwarcie. Nigdy nie pisnąłem słowa, odnośnie tego, jakie podejście miała do mnie matka. Zawsze trzymałem to w sobie. Teraz jednak będąc od nich odizolowanym, poczułem się pewniej i w końcu wyrzuciłem to z siebie.
               Zerknąłem przez ramię na Lauren. Kobieta stała w miejscu, spoglądając na to, jak oboje odchodzimy w przeciwnym kierunku. Jej twarz, jak zwykle nie wyrażała żadnych emocji, choć w którymś momencie byłem pewny, że wyłapałem w jej oczach odrobię smutku. To jednak tak szybko zniknęło, jak się pojawiło. Wyprostowała się, a następnie odwróciła się, ruszając w stronę kolejnej alejki.
- Wszystko w porządku? – zapytała Gabrielle, spoglądając na mnie z uwagą.
- Dziękuję.
- Za co?
- Za to, że pani jest tak inna od niej. Za to, że dostaję od pani i pani męża to, czego nie dostawałem nigdy od własnych rodziców. – Dostrzegłem w jej oczach łzy. – Dziękuję, za wszystko. 
             Uśmiechnęła się, a potem zgarnęła mnie w swoje ramiona. Objęła czule, tak jak matka przytula swoje dziecko. W tym momencie mieliśmy gdzieś to, że stoimy pośrodku sklepu.
- Jesteś częścią rodziny, Luke. – I po tych słowach poczułem się jeszcze lepiej.

             Podniosłem głowę znad komputera, kiedy drzwi od mojego pokoju otworzyły się. Sammy uśmiechnęła się szeroko, podchodząc do łóżka, na którym siedziałem. Od razu weszła na materac, a potem wtuliła się w moją klatkę piersiową. Musnąłem ustami jej czoło, wracając do przeglądania oferty, która mnie zaciekawiła. Dziewczyna mruknęła niezadowolona.
- Sammy?
- Zainteresuj się mną – jęknęła, wiercąc się. Zaśmiałem się, zerkając na nią.
- Daj mi chwilę, a potem będę cały twój.
- Pójdziemy na polanę?
- Chcesz?
- Tak.
- Pójdziemy – zapewniłem, po raz kolejny całując ją w skroń.
- Co przeglądasz? – zapytała, wlepiając ciemne oczy w ekran laptopa. – Wyjeżdżasz?
- Nie całkiem.
- Lukey? – pociągnęła, podnosząc się. Zanim zdążyłem zareagować, zabrała mi komputer, opierając go na swoich udach. – Chcesz jechać do Francji?
- My pojedziemy do Francji.
- Co? – Jej oczy zrobiły się wielkości spodków. – Jak to my?
- Ten pomysł podsunęła mi nieświadomie moja matka – odparłem powoli, nie spuszczając z niej wzroku. Chciałem dokładnie widzieć każdą reakcję i emocję, jaka pojawiała się na jej twarzy. – Opowiadałem ci o naszym dzisiejszym spotkaniu. – Pokiwała głową. – Powiedziała, że gdy będę potrzebował więcej pieniędzy, to mam jej dać znać. Więc dałem. 
- Ale, Luke…
- Nie miałem skrupułów, serio – odparłem, wzruszając ramionami. – Mają pieniądze i tego nie ukrywają. Zarabiają tyle, że niejeden normalny człowiek chciałby mieć, choć minimalną część tego, co kiszą na swoich kontach bankowych. Zapytałem o większą sumę, mówiąc, że chcę pojechać do Europy zanim zacznę studia. Zrobiła mi przelew niemalże od razu. Wtedy też uznałem, że faktycznie mogę to przeznaczyć na wycieczkę.
- Na co chciałeś to przeznaczyć wcześniej? – zapytała ostrożnie.
- Na nic konkretnego. Pomyślałem, że może wrzucę to na lokatę, a potem coś z tym zrobię. Wycieczka jest jednak znacznie przyjemniejszą opcją. Pojedziemy tam razem i…
- Nie mogę – jęknęła, odkładając laptopa na bok.
- Ale, Sammy…
- Nie mogę żerować na pieniądzach twoich rodziców i… 
             Urwała, kiedy dotknąłem jej policzka. Zauważyłem, jak wstrzymała oddech. Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, a potem złączyłem nas w krótkim i spokojnym pocałunku, nie dając jej możliwości kontynuowania wypowiedzi.
- Postanowiłem i już. To będą nasze wakacje. Chyba, że Francja ci nie pasuje. Możemy zmienić miejsce.
- Pasuje, ale…
- Planów nie zmienię – rzuciłem, kręcąc głową. – Za to wszystko, co mi robili, niech chociaż zafundują mi wyjazd. I nie uważam to za podłe podejście – dodałem ze śmiechem. Dziewczyna uśmiechnęła się. – Zmieniłaś zdanie? Widzę ten uśmiech.
- Pokaż tę ofertę – powiedziała, biorąc laptopa z powrotem na kolana.
- Jest naprawdę dobra. Nie mają nie wiadomo, jak wygórowanej ceny. Hotel w samym sercu Paryża, więc wszędzie blisko. Pomyślałem, że na kilka dni można by było też wpaść do Włoch lub Hiszpanii, co ty na to?
- Zawsze chciałam pojechać do Europy.
- Czyli jesteś na tak?
- Jak najbardziej na tak.

               Powoli podniosłem się z koca. Przez moment zatrzymałem wzrok na dziewczynie. Sammy właśnie rozmawiała z Calumem przez telefon, żywo gestykulując wolną ręką. Co jakiś czas śmiała się i przedrzeźniała z kuzynem. Uśmiechnąłem się pod nosem. Uwielbiałem, kiedy była szczęśliwa. To oddziaływało też na mnie.
                W końcu odwróciła się. Spojrzała na mnie z uśmiechem. Podeszła bliżej, obejmując mnie w pasie. Nachyliłem się w momencie, kiedy zadarła głowę do góry. Musnąłem jej usta swoimi, czując przyjemne ciepło, które powoli rozchodziło się po całym ciele. Sam właśnie tak na mnie działała.
- Dzwonił Calum – powiedziała, nie odrywając ode mnie swoich ciemnych oczu.
- Domyśliłem się. Chciał coś konkretnego, o ile mogę wiedzieć?
- Chce się spotkać.
- Jasne. Baw się dobrze z…
- Nie. Chciał się spotkać z nami – odparła, obdarowując mnie kolejnym uśmiechem. Uniosłem brwi, robiąc zaskoczoną minę. Zaśmiała się. – Ty też jesteś zaproszony.
                Przez chwilę myślałem, że się przesłyszałem. Calum jeszcze nigdy nie zaprosił mnie od tak do siebie, by spędzić razem czas. Owszem, rozmawialiśmy czasami na korytarzu, w samochodzie, szkolnej stołówce czy w domu jego wujostwa, kiedy wpadał z wizytą. Nigdy jednak nie oficjalnie nie rzucił propozycji, bym i ja pojawił się u niego.
- Będzie też Michael i Ash – pociągnęła, dokładnie mnie obserwując. – Mamy nie przyjeżdżać samochodem, bo ma piwo. Powiedział, że nie przyjmuje odmowy, ale jeśli nie chcesz iść…
- Ja… W sumie…
- Mów, Lukey – odparła, przejeżdżając dłonią po moich plecach. – Jeśli nie masz ochoty, powiedz to wprost. Nie będę cię zmuszać.
               Przez chwilę się nad tym zastanawiałem. Moje kontakty z Calumem i jego paczką naprawdę mocno się polepszyły. Zaczęliśmy od nowa. Skoro on nie miał nic przeciwko temu, bym i ja się tam pojawił, to czemu miałem odrzucać jego zaproszenie. Wojna między nami dobiegła końca, a być może zyskam przez ten naprawiony kontakt coś jeszcze. Kolejnych kumpli, z którymi od czasu do czasu będę się widywał. Przełamałem się do rozmowy z nim już wcześniej. Czemu by nie zrobić tego po raz kolejny i jeszcze bardziej poszerzyć naszą znajomość?
- Chętnie pójdę.
- Naprawdę?
- Tak – odpowiedziałem, kiwając dodatkowo głową.
                 Na twarzy Sammy wymalował się jeszcze szerszy uśmiech. Wiedziałem, że bardzo jej zależy na tym, bym miał jeszcze lepszy kontakt z Calumem i chłopakami. Dostrzegłem w jej oczach te znane iskierki, które tym bardziej utwierdziły mnie w tym, że podjąłem słuszną decyzję.

                 Zatrzymaliśmy się przed domem Caluma. Dziewczyna od razu podeszła do drzwi, kładąc dłoń na chłodnej klamce. Otworzyła je, w ogóle nie dzwoniąc ani nie pukając. Powoli ruszyłem za nią, wchodząc do jasnego korytarza. Byłem w tym domu nie raz. Kiedyś, jako dziecko. Niedawno też pilnowałem go razem z Sam w salonie, kiedy chłopaki zaliczyli dość mocno zakrapianą imprezę. Mimo tego i tak nie czułem się w stu procentach swobodnie. Próbowałem nie dać tego po sobie poznać.
- Nie mam pojęcia, gdzie jest ciocia i wujek – powiedziała, zaglądając do salonu, który okazał się być pusty.
                Oboje podnieśliśmy głowy, kiedy doszła do nas melodia, wygrywana na gitarze, a także ciche głosy dochodzące z góry. Sammy uśmiechnęła się pod nosem, kierując się od razu w stronę schodów. Bez słowa poszedłem za nią. Im byliśmy bliżej pokoju, tym dźwięki gitary były wyraźniejsze. Słyszałem też podniesiony głos Ashtona, który spierał się o coś z Hoodem. Zanim weszliśmy do środka, wszystko ucichło.
                Dziewczyna otworzyła drzwi. W tym momencie trzy pary oczu, zwróciły się w naszą stronę. Calum uśmiechnął się, zapraszając nas gestem do środka. Rozejrzałem się szybko po jego królestwie, zauważając plakaty z zespołami, które również lubiłem i czarny bas, ustawiony w kącie pokoju.
- Fajnie, że wpadliście – powiedział Hood, podnosząc się z fotela.
- Dzięki za zaproszenie – odparłem od razu, a on klepnął mnie w plecy, zabierając jedną z siatek z zakupami. Przed przyjazdem do niego, zahaczyliśmy o sklep, by nie przyjść z tak zwaną gołą ręką.
                Odwróciłem się, podchodząc do pozostałej dwójki, siedzącej na jego łóżku. Podałem im dłoń w geście przywitania, a ci odpowiedzieli tym samym, dodatkowo uśmiechając się. To dodało mi trochę pewności siebie, a także sprawiło, że nieco się rozluźniłem.
- Siadaj gdziekolwiek – rzucił Calum, wciskając mi w zdrową rękę butelkę z piwem. – Czuj się, jak u siebie.
- Dzięki.
- Właśnie dyskutowaliśmy nad melodią do jednego z kawałków, który stworzyliśmy – powiedział Ash, wskazując na Michaela z gitarą.
- To powinno lecieć szybciej – odparł Hood.
- Wcale nie – mruknął Irwin, krzywiąc się.
- Luke, ty też grasz. – Kiwnąłem głową. – Zagram, a ty powiedz, co o tym sądzisz.
- A moje zdanie już się nie liczy? – zapytała Sam, udając rozczarowaną.
- Ty się na tym nie znasz – rzucił Michael, przekręcając oczami.
- Uraziło mnie to dogłębnie – powiedziała, a potem teatralnie prychnęła pod nosem. Zaśmialiśmy się. – Grajcie, bo sama jestem ciekawa, co tam udało wam się wykombinować.



***
Za nami ostatni rozdział tej historii. Został tylko epilog, na który zapraszam jutro. Wtedy też oficjalnie pożegnamy się z tym ff :) 
Mam nadzieję, że ten rozdział Wam się spodobał - jak widać, w życiu Luke'a wszystko zaczęło się w końcu tak naprawdę układać :)

Standardowo zapraszam Was na Aska i Twittera - @RoxyDonau

Dziękuję również za wszystkie komentarze! 

#BrokenFF

Pozdrawiam i do jutra!

7 komentarzy:

  1. O nie... Jeszcze tylko epilog. Po tym wszystkim. Jak zwykle głupia ja przywiązuję się do tego typu rzeczy... Chyba (na pewno) przeczytam to po raz kolejny od nowa. Już mam ochotę wygłosić mowę (kretynka) ale poczekam na epilog. Pozdrawiam i czekam na epilog, mam nadzieję, że nie będę długo. ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak nie umiem czytać ze zrozumieniem najwyraźniej. JUTRO. Epilog. Jutro.

      Usuń
    2. Mam nadzieję, że jeśli zdecydujesz się na ponowne czytanie tego ff, to że będzie Ci się go dobrze czytać, jak za pierwszym razem :)
      Hehe zdarza się :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. I kolejny blog sie kończy? Dlaczeeego? :( ehh no ale jak to mówią wszystko co dobre kiedyś się kończy... kocham twoje wszystkie blogi a ten chyba przeczytam jeszcze raz :) pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety :( Strasznie szybko mi to zleciało. Cieszę się bardzo, że nie tylko ta historia tak Ci się podoba :)
      Pozdrawiam :*

      Usuń
  3. Super rozdział ale szkoda ze koniec ��

    OdpowiedzUsuń